Nad jeziorami Łebsko i Gardno, na zachodnim skraju Kaszub, żył niegdyś lud, którego już nie ma — Słowińcy. Mówili archaicznym, zachodniosłowiańskim narzeczem, łowili ryby, wypalali węgiel drzewny, trwali na piaszczystych mierzejach przez stulecia. Dziś ich język jest martwy, a po nich zostały głównie nazwy wsi i skansen w Klukach. Ale został też ślad o wiele cenniejszy — kilka książek, dzięki którym wiemy, jak ta mowa brzmiała. A za jedną z nich stoi kobieta z najwyższego rodu Pomorza.
Była nią Anna de Croy, urodzona w 1590 roku jako córka księcia Bogusława XIII — przedstawiciela Gryfitów, dynastii, która rządziła Pomorzem przez kilkaset lat.1 Anna była jedną z ostatnich z tego rodu; gdy Gryfici wygaśli w 1637 roku, ona jeszcze żyła, jako żywa pamiątka świata, który właśnie się kończył. (W starszej literaturze bywa mylnie nazywana „wdową po księciu wołogoskim Filipie Juliuszu" — w istocie była córką Bogusława XIII i żoną Ernesta de Croy.)
✦ ✦ ✦Po owdowieniu Anna osiadła w Smołdzinie, niewielkiej wsi u stóp Rowokołu, którą otrzymała w dobrach od swego brata.1 I tu, jako gorliwa luteranka i pani na słowińskiej ziemi, zrobiła coś, co przerosło horyzont zwykłej dworskiej pobożności. Ufundowała w Smołdzinie okazały kościół, konsekrowany w 1632 roku — budowlę znacznie wykraczającą poza skromne standardy wiejskich świątyń regionu.2 Ale jej najtrwalszy dar był nie z kamienia, lecz ze słów.
Anna rozumiała coś, czego wielu ówczesnych panów nie pojmowało: że jej poddani — słowińscy chłopi i rybacy — nie znają dobrze ani niemieckiego, ani polskiego. Modlili się i myśleli we własnej, słowiańskiej mowie. A skoro reformacja głosiła, że każdy człowiek powinien móc czytać słowo Boże w języku, który rozumie, to konsekwencja była jasna: trzeba dać Słowińcom katechizm w ich własnym narzeczu. Anna zleciła to zadanie tutejszemu pastorowi, Michałowi Mostnikowi, znanemu też pod łacińskim nazwiskiem Pontanus.2
✦ ✦ ✦Efektem był wydany w Gdańsku w 1643 roku „Mały Katechizm" Marcina Lutra w przekładzie na język słowiński — jeden z najważniejszych zabytków piśmiennictwa kaszubsko-słowińskiego.2 Mostnik nie był pierwszy — pół wieku wcześniej, w 1586 roku, pastor Szymon Krofey z Bytowa wydał kancjonał „Duchowne piesnie", najstarszy drukowany ślad kaszubszczyzny.3 Ale to właśnie wokół Smołdzina, dzięki Annie i Mostnikowi, powstało prawdziwe ognisko słowiańskiego słowa drukowanego na luterańskim Pomorzu. Później dołączyły do niego Perykopy smołdzińskie z przełomu XVII i XVIII wieku — kolejny bezcenny zabytek tej mowy.2
Pomyślmy, co to znaczyło. Język Słowińców miał wszystko, by zniknąć bez śladu — nie miał państwa, nie miał szkół, nie miał miast, a jego użytkownicy zostali z czasem zgermanizowani i po 1945 roku wysiedleni. Gdyby nie te nieliczne druki, wiedzielibyśmy o słowińszczyźnie mniej więcej tyle, co o szumie wiatru nad jeziorem Łebsko. A wiemy znacznie więcej — bo pewna księżna uznała, że mowa jej poddanych zasługuje na to, by ją zapisać.
✦ ✦ ✦Anna de Croy zmarła w 1660 roku. Dynastia, z której pochodziła, już nie istniała; świat pomorskich książąt rozpłynął się w wojnach i traktatach. Ale jej najcichszy gest — polecenie, by przełożyć katechizm na język rybaków znad Gardna — okazał się trwalszy niż niejedno księstwo. Bo państwa upadają, a słowo zapisane zostaje. I dziś, gdy językoznawcy pochylają się nad słowińskimi tekstami ze Smołdzina, pochylają się — choć może o tym nie myślą — także nad pamięcią kobiety, która ocaliła mowę skazaną na zapomnienie.