Są państwa, które rodzą się z marzenia. Wolne Miasto Gdańsk narodziło się z kłopotu. Kiedy w 1919 roku zwycięzcy pierwszej wojny światowej rozkładali na stole mapę Europy, natrafili na problem nie do rozwiązania: wielkie, bogate, w przeważającej mierze niemieckie miasto portowe, którego odradzająca się Polska potrzebowała jak powietrza — bo bez dostępu do morza nowe państwo byłoby gospodarczym kaleką. Oddać Gdańsk Polsce? Niemcy nigdy by tego nie zaakceptowali. Zostawić Niemcom? Polska zostałaby uduszona. Więc dyplomaci zrobili coś, co robi się tylko w ostateczności — postanowili nie oddać go nikomu.
I tak, na mocy traktatu wersalskiego, 15 listopada 1920 roku powołano do życia Wolne Miasto Gdańsk — Freie Stadt Danzig — autonomiczny twór pod ochroną Ligi Narodów.1 Obejmowało niespełna dwa tysiące kilometrów kwadratowych: sam Gdańsk, kąpielowy Sopot i wianuszek okolicznych miejscowości. Miało własną konstytucję, własny parlament — Volkstag — własny senat, a nawet własną walutę, gulden gdański. Na papierze wyglądało to jak prawdziwe państwo. W praktyce było czymś znacznie dziwniejszym.
✦ ✦ ✦Bo Wolne Miasto wolne było tylko z nazwy. Polityką zagraniczną zajmowała się za nie Polska. Polska reprezentowała je za granicą, Polska kontrolowała koleje i pocztę, a Gdańsk wraz z całym terytorium włączono do polskiego obszaru celnego.1 Nad wszystkim czuwał Wysoki Komisarz Ligi Narodów — bezsilny zwykle arbiter w sporach, które wybuchały bez końca. Gdańszczanie czuli się Niemcami i nie chcieli mieć z Polską nic wspólnego. Polacy traktowali miasto jak swoje okno na świat i budowali tuż obok, w Gdyni, konkurencyjny port, który miał Gdańsk ominąć. To było małżeństwo z przymusu, w którym żadna ze stron nie chciała powiedzieć „tak".
A jednak przez większość lat dwudziestych to dziwne państwo jakoś żyło. I miało swoje oblicze duchowe, dziś niemal całkiem zapomniane: było miastem w przeważającej części protestanckim. Według spisu wyznaniowego z 1924 roku na terytorium Wolnego Miasta mieszkało około 260 tysięcy ewangelików i ponad 130 tysięcy katolików.2 W spisie z 1929 roku ewangelicy stanowili 58,5 procent ludności, katolicy 36,3 procent, a wyznawcy judaizmu 2,4 procent.2 Gdańsk był więc tym, czym Pomorze bywało od czasów reformacji — krajem luterańskich wież, mieszczańskiej powagi i chorałów płynących z kościelnych empor.
✦ ✦ ✦Spokój skończył się wraz z latami trzydziestymi — i skończył się gwałtownie. Wielki kryzys gospodarczy uderzył w port i w miasto żyjące z handlu boleśniej niż gdziekolwiek indziej. Bezrobocie, gorycz, poczucie krzywdy wersalskiej — wszystko to stało się paliwem dla ruchu, który właśnie zdobywał Niemcy. 28 maja 1933 roku, w wyborach do Volkstagu, gdańska NSDAP zdobyła 38 z 72 mandatów — bezwzględną większość.3 Gdańszczanie, w demokratycznym głosowaniu, oddali swoje miasto-państwo w ręce nazistów. Na czele partii stał przysłany przez Hitlera Albert Forster, gauleiter, który w nadchodzących latach miał stać się rzeczywistym panem miasta.4
To, co nastąpiło później, było tym samym, co działo się po drugiej stronie granicy w Rzeszy — tylko jeszcze bardziej cynicznym, bo rozgrywanym pod nominalną ochroną Ligi Narodów. Likwidowano partie opozycyjne. Uciszano prasę. A nade wszystko zaczęto niszczyć życie żydowskiej społeczności, która w Gdańsku istniała od stuleci. W listopadzie 1938 roku fala antysemickiej przemocy z Rzeszy — Noc Kryształowa — przelała się i przez Wolne Miasto.(W gdańskich źródłach przemoc tych dni opisywana jest jako część szerszej, zorganizowanej akcji wymierzonej w żydowskich mieszkańców i ich mienie.) Wiosną 1939 roku gmina żydowska — pod naciskiem nazistowskich władz — zgodziła się sprzedać Senatowi swoją chlubę, Wielką Synagogę z 1887 roku. Ostatnie nabożeństwo odprawiono w niej 15 kwietnia 1939 roku. Wkrótce potem zaczęto ją rozbierać. Ogrodzenie wokół placu budowy opatrzono napisem, którego okrucieństwa nie sposób złagodzić: „Przyjdź, drogi maju, i uwolnij nas od Żydów".5
✦ ✦ ✦A potem przyszedł świt, który zapamiętał cały świat. 1 września 1939 roku, kwadrans przed piątą rano, niemiecki pancernik szkolny Schleswig-Holstein, cumujący w gdańskim porcie z rzekomo kurtuazyjną wizytą, otworzył ogień do polskiej składnicy wojskowej na Westerplatte.1 Tym strzałem zaczęła się druga wojna światowa. W tej samej godzinie Forster ogłosił to, czego od dawna pragnęła większość mieszkańców — włączenie Wolnego Miasta do Rzeszy. Dziewiętnastoletni eksperyment skończył się w ciągu jednego poranka. Państwo, którego nie chciał nikt, przestało istnieć dokładnie tam, gdzie wybuchła wojna, która miała pochłonąć dziesiątki milionów istnień.
Gdańsk wyszedł z tej wojny zmieniony nie do poznania. Niemiecka, protestancka większość, która tworzyła to miasto przez stulecia, zniknęła — zabita, wygnana, rozproszona. Luterańskie kościoły dostały nowych, polskich i katolickich gospodarzy. Po Wielkiej Synagodze nie został kamień na kamieniu. Z Wolnego Miasta Gdańska — z jego guldenem, jego Volkstagiem, jego dziwną, niczyją flagą — pozostała garść dokumentów, kilka pieczęci i lekcja, którą historia zapisuje uparcie wciąż na nowo: że twór, którego nie kocha nikt, nie przetrwa. I że czasem najbardziej zapalny punkt na mapie świata to nie ten najpotężniejszy — lecz ten, którego nikt nie chciał wziąć na siebie.
← wszystkie odcinki cyklu „Pomorze: historie”