Jeszcze w 1939 roku Gdańsk był miastem, w którym mniej więcej co dziewiąty na dziesięciu mieszkańców był ewangelikiem. 🟡 prawdopodobne — Wolne Miasto Gdańsk było w przeważającej większości protestanckie, proporcja rzędu 90% to przyjęty szacunek dla okresu międzywojennego. Wieże kościołów — Mariackiego, świętego Jana, świętej Katarzyny — należały do luteran nieprzerwanie od XVI wieku, a niedzielny dzwon był dzwonem protestanckim.1 🟢 pewne Sześć lat później ten świat przestał istnieć. Nie skurczył się, nie osłabł — zniknął. To, co po nim zostało, mieściło się w kilku salkach i liczyło kilkuset ludzi.
Koniec przyszedł wiosną 1945 roku, gdy o miasto biły się Armia Czerwona i broniący go Niemcy. W marcu 1945 pożar strawił drewniany dach kościoła Mariackiego, runęła większość sklepień, a wraz z dachem dopalał się pewien porządek rzeczy, który trwał tu od reformacji.2 🟢 pewne Ale prawdziwy przełom nie był dziełem ognia. Był dziełem decyzji — tych, które zapadały później, gdy wojsko już poszło dalej, a urzędnicy zaczęli dzielić to, co zostało.
✦ ✦ ✦W latach 1945–1947 ludność niemiecka Gdańska i całego Pomorza została wysiedlona. 🟢 pewne Razem z nią odeszli wszyscy niemieccy pastorzy, opustoszały plebanie, zamilkły chóry. Z liczonej w setkach tysięcy społeczności ewangelickiej Wolnego Miasta zostało — w praktyce — niemal nic. Na ich miejsce przyjechali polscy osadnicy: z centralnej Polski, z Kresów odebranych przez Związek Radziecki, repatrianci z Zachodu. W ogromnej większości katolicy.
Puste kościoły trzeba było komuś oddać. I tu rozegrała się rzecz, która zdecydowała o krajobrazie religijnym dzisiejszego Gdańska. Świątynie zbudowane przez luteran — przez stulecia luterańskie — przeszły w ręce nowej, katolickiej większości. Kościół Mariacki przekazano Kościołowi katolickiemu 29 stycznia 1946 roku (uchwałą Rady Miasta Gdańska); odbudowę zaczęto niemal natychmiast, a ponownie poświęcono go 17 listopada 1955 roku — już jako kościół katolicki, dziś konkatedrę archidiecezji gdańskiej.2 🟢 pewne Inne poszły tą samą drogą albo gorszą: jedne stały się parafiami katolickimi, inne magazynami i muzeami, jeszcze inne zostawiono ruinie. Świętego Jana, zniszczonego niemal doszczętnie, odbudowywano przez dziesięciolecia.
✦ ✦ ✦I właśnie w tej pustce trzeba osadzić to, co najważniejsze w tej historii. Bo wśród osadników byli też protestanci — niewielu, ale byli. Ewangelicy z Mazur i ze Śląska, polscy luteranie z dawnych ziem wschodnich, pojedyncze rodziny rozsiane między tłumem katolickim. To z nich, nie z dawnych gdańszczan, narodził się nowy, polski ewangelicyzm nad Motławą. Nie było to wskrzeszenie tamtego Kościoła. Był to Kościół zupełnie inny — mniejszościowy, polskojęzyczny, zaczynający od zera.
Organizacyjnie nowa wspólnota weszła w struktury Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce. Sam ten Kościół musiał się wtedy podnosić z gruzów: jeszcze w 1945 roku ocaleli pastorzy zebrali się w Łodzi i powierzyli tymczasowe zwierzchnictwo księdzu Janowi Szerudzie, a w 1948 roku przeprowadzono nowy podział na diecezje i obsadzono ich władze.3 🟢 pewne W tę odradzającą się mapę wpisała się też ewangelicka resztka Trójmiasta.
✦ ✦ ✦Centrum nowej wspólnoty nie powstało jednak w samym Gdańsku, lecz w sąsiednim Sopocie. Od 1946 roku tamtejszą parafią opiekował się ksiądz Edward Dietz (1911–1988) — najpierw jako administrator, od 1948 roku jako proboszcz, później senior diecezji pomorsko-wielkopolskiej.4 🟢 pewne Pod jego ręką dawny niemiecki zbór dźwignięto z wojennych zniszczeń i nadano mu nowe imię: kościół Zbawiciela.5 Wokół niego skupiło się ewangelickie życie aglomeracji — Gdańska, Gdyni i Sopotu naraz. Jeden ksiądz, jedna odbudowana świątynia, garstka wiernych liczona nie w tysiącach, lecz w setkach na całe województwo.
Edward Dietz prowadził tę parafię ponad cztery dekady — od 1946 roku aż do śmierci w 1988 — co samo w sobie mówi wiele o naturze takiej wspólnoty.4 Tam, gdzie katolicki proboszcz zmieniał się co kilka lat, a wiernych liczono w dziesiątkach tysięcy, ewangelicki duszpasterz znał swoje owce po imieniu i zostawał z nimi przez całe życie. Mała liczebność, która z zewnątrz wyglądała na słabość, w środku była więzią. 🟡 prawdopodobne — przy tak nielicznej i rozproszonej wspólnocie ciągłość trzymała się nie na instytucji, lecz na pojedynczym człowieku przy ołtarzu.
✦ ✦ ✦Nad tym wszystkim wisiał jeszcze jeden cień — państwo. Powojenna Polska Ludowa patrzyła na Kościoły podejrzliwie, a na mniejszościowe szczególnie czujnie. Sprawami wyznań zawiadywał osobny Urząd do Spraw Wyznań, który decydował, gdzie wolno odprawiać nabożeństwa, a gdzie nie. W regionie mazurskim zachowały się ślady, jak działała ta machina: w 1953 roku urzędnicy zakazali nabożeństw misyjnych w domach prywatnych, a sami ewangelicy obawiali się, że upomnienie się o własny kościół może sprowokować „weryfikację" całego ich majątku.6 🟢 pewne Strach przed upomnieniem się o swoje był tu codziennością.
Bywało gorzej niż czujność. Służba Bezpieczeństwa prowadziła wobec Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego osobne rozpracowanie operacyjne o kryptonimie „August", w ramach którego werbowano duchownych do współpracy.3 🟡 prawdopodobne — skala tej infiltracji bywa różnie oceniana, ale sam fakt jej istnienia jest udokumentowany. Mała wspólnota była łatwiejsza do obserwowania niż wielki Kościół katolicki. Każdy pastor był na widoku, każde nabożeństwo policzalne. Przetrwać znaczyło tu nie tylko wytrzymać niedostatek wiernych i pustkę po dawnym świecie, lecz także żyć pod stałym, cierpliwym spojrzeniem władzy, która tolerowała, ale nie ufała.
✦ ✦ ✦A jednak przetrwali. Gdy w 1989 roku skończył się tamten ustrój, ewangelicka wspólnota Trójmiasta wciąż istniała — niewielka, ale żywa, z własnym kościołem, własnym duszpasterzem i nieprzerwaną nicią pamięci ciągnącą się od księdza Dietza i pierwszych powojennych osadników. Dzisiejsza parafia ewangelicko-augsburska aglomeracji jest ich bezpośrednią spadkobierczynią.
To nie jest opowieść o triumfie. Tamten wielki, niemiecki, luterański Gdańsk nie wrócił i nie wróci — jego kościoły służą dziś innym, jego wierni leżą na cmentarzach z napisami, których nowi mieszkańcy nie umieją odczytać. Ale obok tej wielkiej nieobecności trwała mała obecność. Garstka ludzi, której nie starczyło, by wypełnić choćby jeden z tych potężnych ceglanych kościołów, wystarczyła, by ewangelicyzm nad Motławą się nie urwał. Historia bywa pisana przez wielkie liczby. Czasem jednak wszystko, czego trzeba, by coś nie zginęło do końca, to kilkuset ludzi, jeden ksiądz i upór, by w niedzielę znów się zebrać.