Latem 1856 roku do Gdańska przyjechał dwudziestopięcioletni Rosjanin z poleceniem od Petersburskiej Akademii Nauk: ma jechać na zachód, jak najdalej się da, póki będzie słyszał wokół siebie mowę słowiańską — i zapisać ją, zanim umilknie. Nazywał się Aleksandr Hilferding. To, co znalazł nad jeziorami pomorskimi, weszło potem do nauki pod nazwą, którą sam wymyślił: Słowińcy.1 🟢
Wiek XIX był stuleciem, w którym Europa nagle zaczęła liczyć swoje ludy. Romantyzm kazał szukać tego, co pierwotne; językoznawstwo porównawcze dało narzędzia, żeby to opisać; budzące się nacjonalizmy nadały całej sprawie temperaturę polityczną. W tej atmosferze wiadomość, że na samym brzegu Bałtyku, w państwie pruskim, przetrwała garstka ludzi mówiących archaicznym dialektem słowiańskim i modlących się po luterańsku, brzmiała jak doniesienie o żywej skamieniałości. Dla jednych był to dowód dawnego zasięgu Słowiańszczyzny, dla innych — egzotyczny okaz na obrzeżach germańskiego świata. Mało kto pytał o zdanie samych zainteresowanych. 🟢
✦ ✦ ✦Hilferding nie przyjechał w próżnię. Do Petersburga trafiły wcześniej materiały od Floriana Ceynowy — kaszubskiego lekarza ze Sławoszyna pod Puckiem, który całe życie poświęcił jednej idei: że kaszubszczyzna jest osobnym językiem, a Kaszubi osobną wspólnotą.2 🟢 Ceynowa bywa nazywany „budzicielem Kaszubów”; w 1846 roku omal nie zapłacił za politykę głową, skazany przez Prusaków na śmierć za udział w spisku, ocalony dopiero przez Wiosnę Ludów.2 🟢 To on przez cztery dni był przewodnikiem Rosjanina: prowadził go z Gdańska przez Wejherowo i Lębork ku Główczycom i Bytowowi, tłumaczył, otwierał drzwi, których obcy nie otworzyłby sam.1 🟢
Spotkanie dwóch ludzi, którzy patrzyli na ten sam lud z dwóch przeciwnych stron. Hilferding był panslawistą — widział w Kaszubach i Słowińcach „resztki” Słowiańszczyzny połykanej przez Niemcy, a swoją pracę pojmował także jako głos w sporze o to, czyje były naprawdę te ziemie.1 🟡 Ceynowa nie chciał być ani Niemcem, ani — jak twierdzą jego biografowie — po prostu Polakiem; budował kaszubską odrębność wobec obu.2 🟡 Łączyło ich jedno przekonanie, prostsze niż wszystkie spory: że to, co ginie, trzeba najpierw zapisać.
✦ ✦ ✦Po rozstaniu z Ceynową Hilferding ruszył sam, coraz dalej na zachód, aż dotarł tam, gdzie mowa słowiańska była jeszcze żywa codziennie — do Smołdzina i Gardny Wielkiej, nad jeziora przy ujściu Łeby, do wsi Kluki i okolicznych osad rybackich.1 🟢 Tu spędził najwięcej czasu. Zapisywał słowa, notował teksty mówione, opisywał stroje, połów, obyczaje, rolę kościoła ewangelickiego, który dla tej społeczności był jednocześnie wiarą i resztką osobnej tożsamości. Owocem była rozprawa wydana w 1862 roku — „Ostatki Sławian na jużnom bieregu Bałtijskogo moria”, „Resztki Słowian na południowym brzegu Bałtyku”.1 🟢
To dzieło zrobiło dwie rzeczy naraz. Po pierwsze, dało nauce pierwszy obszerny słownik kaszubsko-słowiński i pierwszy systematyczny opis tej mowy — bywa dziś uznawane za pierwszy naukowy opis kaszubszczyzny w literaturze przedmiotu.1 🟡 Po drugie, ochrzciło lud znad Łeby imieniem, którego on sam o sobie nie używał. „Słowińcy” to nazwa wymyślona przez badacza — wygodna, chwytliwa, być może sztuczna — która przyjęła się w nauce tak mocno, że dziś trudno mówić o tych ludziach inaczej. Tak działa dokumentacja: ratuje pamięć i jednocześnie ją kształtuje. 🟡
✦ ✦ ✦Tam, gdzie Hilferding zaczął, dokończył ktoś inny — i to z drobiazgowością, która do dziś budzi podziw. Friedrich Lorentz (1870–1937), niemiecki językoznawca, poświęcił całe życie zawodowe jednej gałęzi mowy: kaszubskiej i słowińskiej.3 🟢 Wracał nad jeziora raz po raz, siadał przy najstarszych mieszkańcach Kluk, Smołdzina i Gardny, notował wymowę głoska po głosce, zbierał warianty, wyłapywał formy archaiczne, które żyły już tylko w ustach garstki staruszków. Wiedział, że zapisuje język, który nie doczeka następnego pokolenia.
Z tej pracy powstała trójca dzieł, na których stoi cała wiedza o słowińszczyźnie: Slovinzische Grammatik z 1903 roku — pierwsza pełna gramatyka naukowa tego dialektu; Slovinzische Texte z 1905 — zbiór pieśni, opowiadań i modlitw spisanych wprost od mówiących; oraz dwutomowy Slovinzisches Wörterbuch z lat 1908–1912, najpełniejszy zachowany zasób słów.3 🟢 Dziś te tomy są zdigitalizowane i czyta się je w cyfrowych bibliotekach — między innymi w Pomorskiej Bibliotece Cyfrowej.4 🟢 To paradoks, w którym mieści się sens całej tej opowieści: język umarł, ale został zapisany tak dokładnie, że można go jeszcze studiować.
✦ ✦ ✦Hilferding i Lorentz nie byli sami. Niemiecki etnograf Franz Tetzner pod koniec XIX wieku natrafił w Smołdzinie na zapomniany rękopis — zbiór tekstów liturgicznych w mowie miejscowej, który przeszedł potem do nauki jako Perykopy Smołdzińskie; opracował je naukowo właśnie Lorentz.3 🟡 Pieśni i podania zbierał Adalbert Treichel. A już po II wojnie, gdy z dawnej wspólnoty zostały resztki, polski językoznawca Ludwik Zabrocki jeździł do Gardny, Smołdzina, Kluk i Główczyc, by zapisać to, co jeszcze dało się usłyszeć. 🟡
To Zabrocki zostawił najgorsze zdanie tej historii — gorzkie świadectwo, że dokumentowanie kultury i opieka nad ludźmi to dwie różne rzeczy. Stwierdził wprost, że ze strony polskiej nie zrobiono nic, by zaopiekować się ludnością słowińską, a osiedleńcy traktowali autochtonów wrogo. Uczeni opisali ten lud z czułością badacza. Państwa — i pruskie, i polskie — nie potrafiły go uchronić jako żywej wspólnoty. Notes okazał się trwalszy niż dom. 🟡
✦ ✦ ✦Dziś po Słowińcach jako żywej społeczności nie ma śladu — została po nich gramatyka, słownik, garść pieśni i skansen. Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach powstało w 1963 roku jako zagroda muzealna nad jeziorem Łebsko i z czasem rozrosło się w skansen upamiętniający świat, który zniknął; obecną nazwę nosi od 1995 roku, jako oddział Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku.5 🟢 Chodzi się tam po pustych chałupach kryjąc się przed wiatrem od morza i czyta tablice z mową, której nikt już nie wymawia.
Łowcy ostatnich Słowian zostawili po sobie pracę dwuznaczną — i warto to powiedzieć uczciwie. Pisali z zewnątrz, nie byli Słowińcami; idealizowali „pierwotność”; więcej uwagi poświęcali językowi i folklorowi niż polityce, gospodarce, codziennej krzywdzie. 🟡 A jednak bez nich nie wiedzielibyśmy o tych ludziach niemal nic. Hilferding dał im imię i pierwszy słownik. Lorentz dał im gramatykę dokładniejszą, niż mają niejedne języki żywe. Ceynowa dał im głos kogoś, kto był stąd. To dzięki ich notesom lud, który zniknął, nie zniknął zupełnie — a język, którego nie ma, wciąż da się przeczytać.