Krajobraz Kaszub ukształtował lód. Dwanaście tysięcy lat temu z tego terenu wycofał się skandynawski lądolód i zostawił po sobie moreny, jeziora rynnowe, zagłębienia bez odpływu i doliny rzek na tyle płaskie, że woda spływała z nich z najwyższym trudem.1 W powiatach puckim i wejherowskim, na styku wysoczyzny i nadmorskich nizin, to woda przez wieki decydowała, gdzie postawić wieś, którędy poprowadzić drogę i co da się zaorać.
Najwięcej tej wody trzymały dwie doliny — Redy i Płutnicy. Reda, główny ciek powiatu wejherowskiego, schodzi z pojezierza ku Zatoce Puckiej i w dolnym biegu rozlewa się w szeroką, płaską pradolinę, gdzie spadek koryta jest tak mały, że rzeka właściwie się zatrzymuje.2 Wiosną, gdy na morenach topniał śnieg, a dno doliny było jeszcze zamarznięte i nie chłonęło wody, Reda wylewała na całą szerokość. Łąki stały pod wodą tygodniami. Droga z Wejherowa do Pucka, prowadzona dnem doliny, bywała nieprzejezdna miesiącami. W stojącej wodzie lęgły się komary, a wraz z nimi gorączki, które kaszubskie wsie znały aż do połowy XIX wieku.
✦ ✦ ✦Dla Kaszubów to nie było pustkowie. Podmokłe łąki dawały paszę dla bydła od maja do października; na suchszych grzbietach koszono siano dwa razy w roku. Z torfowisk kopano torf na opał — dla rodzin, których nie stać było na drewno, jedyne paliwo. W rozlewiskach łowiono szczupaki i węgorze, na mokradłach polowano na ptactwo. Mokry krajobraz był krajobrazem żywym, używanym od pokoleń w sposób, który nie zostawiał śladu w żadnym podatkowym rejestrze.
Tu zaczynał się problem, bo właśnie podatkowy rejestr był okiem, którym patrzyła nowa władza. Po pierwszym rozbiorze, w 1772 roku, Kaszuby trafiły pod panowanie pruskie.3 Dla pruskiego urzędnika, mierzącego ziemię w morgach zboża i talarach podatku, dolina pełna turzyc i sitowia była nie spiżarnią, lecz marnotrawstwem — hektarami, które mogłyby dawać żyto, a nie dawały nic, co dałoby się wpisać do tabeli.
✦ ✦ ✦Prusy wiedziały już, co się robi z bagnem, bo miały na to wzór tak głośny, że stał się legendą państwową: Oderbruch, rozległą dolinę zalewową Odry między Kostrzynem a Wriezen. W latach 1747–1753 Fryderyk II Wielki kazał ją osuszyć.4 Robotą — przy udziale żołnierzy, według obliczeń samego Leonharda Eulera — kierował holenderski inżynier hydrotechnik Simon Leonhard von Haerlem.4 Przekopano Odrze nowe, proste koryto — sam kanał miał około dwudziestu kilometrów 🟡 — usypano dziesiątki kilometrów wałów, wykopano sieć kanałów. Na odzyskanej ziemi — kilkadziesiąt tysięcy hektarów 🟡 — osadzono kolonistów i założono ponad trzydzieści nowych wsi.4
Koszt sięgnął około sześciuset tysięcy talarów — suma ogromna, która wróciła wielokrotnie w podatkach i plonach.5 Po zakończeniu prac król rzucił zdanie, które przeszło do podręczników: „Tu zdobyłem prowincję w pokoju, bez utraty jednego żołnierza”.4 W tym zdaniu mieści się cała pruska filozofia: bagno było nie przeszkodą przyrodniczą, lecz terenem do podboju, a osuszanie — formą zaboru prowadzoną łopatą i kanałem na własnej ziemi.
Metoda z Oderbruch — państwo płaci, nauka liczy, ludzie kopią, koloniści zasiedlają — stała się modelem powtarzanym w dolinach Warty, Noteci i dolnej Wisły.6 Wykształciła całą tradycję instytucjonalną: kadrę inżynierów melioracji kształconą na politechnikach, prawo wodne i osobne urzędy melioracyjne w każdej prowincji. Zachodniopruski miał siedzibę w Gdańsku, i to właśnie z Gdańska, sto lat po triumfie nad Odrą, przyszli ludzie z niwelatorami nad Redę.
✦ ✦ ✦Prac nad Redą nie dało się zrobić jednym cięciem, jak Fryderykowi nad Odrą. Ciągnęły się etapami od lat trzydziestych XIX wieku po początek XX 🟡 i składały się z czterech rodzajów robót, z których każdy odbierał wodzie kawałek doliny.2 Najpierw prostowano koryto. Reda była rzeką nieujarzmioną i przy każdym wylewie porzucała stare ramię na rzecz nowego, zostawiając za sobą labirynt starorzeczy, które Kaszubi nazywali „jeziorkami”. Pruscy inżynierowie nadali jej regularny, trapezowy profil, a meandry odcięli, tak że nowe koryto wyszło krótsze od naturalnego o blisko połowę. Brzegi umacniano faszyną wierzbową, kamieniem polnym i dębowymi palami — techniką znaną w Europie od średniowiecza.
Potem przyszły wały. Wzdłuż dolnego biegu usypano z miejscowej gliny i piasku ziemne nasypy na półtora–dwa i pół metra ponad wodę, dość szerokie w koronie, by przejechał po nich wóz — bo wał był jednocześnie drogą do łąk. Trzecim frontem była sieć rowów: główne odprowadzały wodę prostopadle do rzeki przez śluzy w wałach, boczne — co kilkadziesiąt metrów — odsączały same łąki. Na najmokrzejszych terenach kładziono pod ziemią glinianą rurkę drenarską, kosztowną, ale skuteczną. I wreszcie mosty oraz przepusty — najpierw drewniane, potem żelazne kratownice, w końcu beton.
Wszystkie te roboty służyły jednemu: skróceniu czasu, przez który woda zalegała na łące. Mokradło utrzymuje się tam, gdzie woda nie ma dokąd spłynąć, więc prostsze koryto, wyższy wał i gęstsza sieć rowów stopniowo osuszały dolinę, aż łąka przestawała być bagnem i nadawała się pod uprawę. Efekt liczono w hektarach odzyskanych dla intensywnej uprawy i w plonach siana, które na zmeliorowanej łące rosły dwa, trzy razy obfitsze niż na zalewanym mokradle.2 Wartość ziemi rosła odpowiednio — ten sam hektar po osuszeniu był wart kilkukrotnie więcej, więc z punktu widzenia pruskiej rachuby przedsięwzięcie się opłaciło.
✦ ✦ ✦Najczystsze powtórzenie Oderbruch rozegrało się jednak nie nad Redą, lecz na Kępie Swarzewskiej pod Puckiem — depresji leżącej miejscami poniżej poziomu morza.7 Tu samo wykopanie rowów nie wystarczało, bo wodzie nie było dokąd spłynąć — leżała niżej niż Bałtyk. Trzeba było ją wypompować. Gdański urząd melioracyjny poprowadził przez kępę kanał główny, sieć rowów bocznych i wał morski chroniący przed spiętrzeniami sztormowymi, a w decydującym punkcie postawił przepompownię.7 Najpierw parową, potem spalinową — maszynę, która dzień i noc przerzucała wodę z lądu do morza, bo gdyby stanęła na dłużej, depresja znów zamieniłaby się w jezioro. Ten mechanizm pracuje, w tej czy innej formie, do dziś, a sucha ziemia pod Swarzewem pozostaje sucha tylko dlatego, że ktoś ją bez przerwy odwadnia.
Koszty dzielono. Część brało państwo, resztę — spółka melioracyjna złożona z miejscowych właścicieli, spłacająca pożyczkę przez dekady.7 I tu pruskie prawo wodne pokazywało drugie oblicze. Przystąpienie do spółki bywało obowiązkowe: gdy urząd uznał, że osuszenie leży w interesie publicznym, opornego właściciela przyłączano decyzją administracyjną, chciał tego czy nie.8 Dobro ogółu stawiano wyżej niż interes jednostki — zasada wygodna dla państwa, lecz dotkliwa dla gospodarza, któremu narzucano cudze osuszenie i dług spłacany przez trzydzieści lat.
✦ ✦ ✦Ten bilans ma jednak drugą kolumnę. Przez sto pięćdziesiąt lat pruskiego panowania powierzchnia terenów podmokłych w obu powiatach skurczyła się o większość 🟡 — z kilkunastu tysięcy hektarów do paru.9 Tam, gdzie była woda, pojawiło się zboże i łąka, co pruskie tabele odnotowały z dumą. W tej samej operacji zniknęło jednak coś, czego tabele nie liczyły: rozlewiska z czaplami, żurawiami i bąkami, torfowiska z rosiczką i wełnianką oraz łęgowe lasy olszowo-jesionowe. Osuszone torfowisko nie trwa w niezmienionej postaci — pozbawiony wody torf utlenia się i zanika, a teren powoli osiada.
Po stu pięćdziesięciu latach historia zatoczyła koło. Dziś, niemałym kosztem, prowadzi się w tych samych dolinach renaturyzację: z powrotem nawadnia się to, co Prusacy z takim trudem osuszyli, żeby odbudować mokradła i powstrzymać degradację gleb.10 Pruski inżynier był pewien, że poprawia naturę; współczesny przyrodnik płaci, żeby tę poprawkę cofnąć. Nie jest to oskarżenie żadnej ze stron, lecz przypomnienie, jak nietrwała bywa pewność co do tego, czym jest „bezużyteczne bagno”.
Reda nadal płynie swoim prostym, pruskim korytem do Zatoki Puckiej, przepompownie wciąż pracują, a łąki koszone dziś pod Wejherowem i Swarzewem leżą tam, gdzie sto pięćdziesiąt lat temu stała woda. To wszystko działa do dziś, i właśnie dlatego ocena tej historii jest trudna. Pruska melioracja nie była ani czystym dobrodziejstwem, ani czystą szkodą; była tym, czym całe pruskie panowanie na Kaszubach — postępem przeprowadzonym w cudzym kraju i według rachunku, w którym części kosztów nikt wtedy nie wpisał. Ziemię wyciągnięto spod wody, a pytanie o to, ile przy tym stracono, zadajemy dopiero teraz.