Druga połowa dziewiętnastego wieku była dla pomorskiej wsi czasem wielkiego ubywania. Z portów Hamburga i Bremy ruszały statki pełne emigrantów, a wśród nich nie brakowało ewangelików, którzy za oceanem szukali ziemi, chleba i — nierzadko — swobody wyznawania wiary po swojemu. Dla niejednej parafii oznaczało to powolne wykrwawianie się: ławki pustoszały rok po roku. A jednak była w Słupsku wspólnota, która w tych właśnie latach osiągnęła swój liczebny szczyt — i stało się to za posługi człowieka, o którym dziś przypomina jedno z zabytkowych „okien pamięci” kościoła Świętego Krzyża: księdza Heinricha Brachmanna.
Jego życiorys był od początku europejski w skali, jakiej dziś łatwo nie docenić. Heinrich Ewald Ferdinand Brachmann urodził się w 1851 roku w Stuttgarcie, w rodzinie o korzeniach łotewskich — rodzice pochodzili z nadbałtyckich prowincji ówczesnej Rosji.1 Ordynację przyjął w 1876 roku we Wrocławiu, ówczesnym ośrodku pruskiego staroluteranizmu, a w 1878 roku objął parafię staroluterańską w Słupsku. Stanął więc na czele wspólnoty wciąż jeszcze niezamożnej, dźwigającej pamięć po długach budowy kościoła, lecz zahartowanej w wierności wyznaniu, dla którego jej ojcowie odmówili niegdyś wejścia do pruskiej unii.
✦ ✦ ✦To, co wydarzyło się za jego rządów, najlepiej widać w liczbach. Na początku lat osiemdziesiątych XIX wieku przez Pomorze przeszła silna fala emigracji do Ameryki. Wiejskie parafie staroluterańskie straciły wówczas około jednej piątej wyznawców, którzy wyruszyli za chlebem na drugą półkulę; miejski Słupsk stracił jedynie około dziewięciu procent. Co więcej, za posługi Brachmanna parafia osiągnęła rekordową liczbę 718 wiernych.1
Nie wiemy z całą pewnością, co złożyło się na ten wynik; źródło parafialne odnotowuje fakt, nie analizuje przyczyn, i my za nim pójdziemy, nie dopowiadając tego, czego nie wiemy. Wolno jednak zauważyć, że miasto zatrzymywało ludzi lepiej niż wieś, bo dawało pracę, rzemiosło i handel, których ziemia odmawiała. Można też przypuszczać, że żywej wspólnoty nie utrzyma się bez pasterza, który ją scala. Materialnym śladem tej stabilizacji stała się nowa plebania, wzniesiona przy ulicy Drewnianej — znak, że parafia nie tylko trwa, ale i się zadomawia.
✦ ✦ ✦W 1892 roku Brachmann opuścił Słupsk, lecz nie dla emerytury ani znużenia — powołano go na proboszcza w Berlinie i na superintendenta, czyli biskupa diecezjalnego, diecezji berlińskiej.1 Z pomorskiej parafii, którą postawił na nogi, przeszedł więc do jednego z najważniejszych urzędów w całym pruskim Kościele staroluterańskim. Dla niewielkiego Słupska był to zarazem zaszczyt i strata: oto ich pasterz okazał się dość wybitny, by powierzono mu zwierzchnictwo nad diecezją stołeczną.
Najtrwalszy ślad zostawił jednak Brachmann nie w urzędach, lecz we własnym domu. Trzej jego synowie zostali ordynowani na duchownych staroluterańskich, a najmłodsza córka wstąpiła do diakonatu — została diakonisą.1 Z czworga jego dzieci wszystkie poszły więc na służbę Kościołowi. W rodzinie, w której wiara była powietrzem codzienności, wyrosło całe pokolenie sług ołtarza i miłosierdzia — dziedzictwo, którego nie sposób zmierzyć liczbą parafian ani godnością urzędu. Heinrich Brachmann zmarł w 1915 roku w Bad Freienwalde nad Odrą.
✦ ✦ ✦W tej sylwetce uderza pewien paradoks. Kościół maleńki, wzgardzony niegdyś jako garstka uparciuchów, w epoce wielkiego odpływu nie tylko się obronił, ale i wzrósł, a do tego wydał z siebie rodzinę, która całą sobą stanęła na jego służbie. W dziejach pomorskiego protestantyzmu, tak często naznaczonych ubywaniem i wygnaniem, sylwetka Brachmanna należy do jaśniejszych: opowiada nie o końcu, lecz o trwaniu. Bywają bowiem czasy, gdy wbrew prądom dobry pasterz potrafi utrzymać owczarnię, powiększyć ją i zostawić w rękach własnych dzieci.