Od księdza Edwarda Dietza zaczyna się — po katastrofie 1945 roku — nowy, polski rozdział dziejów ewangelickiego Pomorza. Urodził się w 1911 roku w Warszawie, w sercu polskiego luteranizmu. Uczył się w stołecznym Gimnazjum imienia Mikołaja Reja — szkole o pięknych ewangelickich tradycjach — ukończył Wydział Teologiczny Uniwersytetu Warszawskiego i odbył studia w Berlinie.1 Był więc człowiekiem dwóch kultur i dwóch języków, co na powojennym Pomorzu, gdzie obok siebie żyli polscy osadnicy i pozostała na miejscu ludność niemiecka, okazało się darem bezcennym.
Pomorze, na które przyszedł w 1946 roku, było ziemią po wstrząsie. Dawne niemieckie parafie ewangelickie opustoszały, ich pasterze zginęli, uciekli albo zostali wygnani; kościoły stały puste albo przechodziły w ręce katolików. Pośród tego krajobrazu zniszczenia ksiądz Dietz podjął się rzeczy pozornie niemożliwej: składania polskiego życia ewangelickiego z rozsypanych okruchów.1
✦ ✦ ✦W maju 1947 roku powołał do życia parafię słupską. Tworzyło ją ponad trzystu słupszczan i około pięciuset wiernych z okolic — ludzi przybyłych z różnych stron Polski oraz autochtonów, których przy tej ziemi zatrzymała wiara ojców. Parafia przejęła opuszczoną świątynię staroluterańską: ten sam kościół Świętego Krzyża, w którym ostatnie niemieckie nabożeństwo odprawiono w Boże Narodzenie 1944 roku.1 Pod jednym dachem, w ciągu niewielu lat, modlił się więc najpierw gasnący zbór niemiecki, a potem rodzący się zbór polski — w tych samych murach, choć w innym języku.
Ale Słupsk był dopiero początkiem. Ksiądz Dietz zakładał parafie i stacje kaznodziejskie wzdłuż całego Wybrzeża i w głębi Pomorza: w Trójmieście, Elblągu, Tczewie, Wierzchucinie, Bytowie, Koszalinie i Lęborku.1 Dojeżdżał też do Kluk — do Słowińców, najdalej na zachód wysuniętej, kaszubskiej gałęzi ludności słowiańskiej, której ewangelicka wiara przetrwała wieki germanizacji. Praca ta wymagała ogromu wysiłku: pojedynczy duchowny w trudnych latach stalinowskich pokonywał setki kilometrów po zniszczonym kraju, by w kolejnej miejscowości zebrać garstkę wiernych i postawić nad nimi dach modlitwy.
✦ ✦ ✦Dietz wziął na siebie również brzemię, o którym łatwo dziś zapomnieć: opiekę nad pozostałą ludnością niemiecką. Jako Generalny Administrator niemieckich zborów na Pomorzu odpowiadał za ponad dwadzieścia pięć tysięcy parafian w trzydziestu ośmiu placówkach.1 Byli to ludzie, którzy po wojnie znaleźli się w obcym już państwie, często w atmosferze podejrzliwości i niechęci, a przy tym potrzebowali sakramentów i słowa pociechy w swoim języku. Polski ksiądz, wykształcony także w Berlinie, mógł im to dać. To, że polski duchowny duszpasterzował niemieckim ewangelikom tuż po wojnie, świadczy o wierze sięgającej ponad świeżą jeszcze granicą krzywdy.
Z czasem ksiądz Dietz został seniorem diecezji pomorsko-wielkopolskiej i znanym działaczem ekumenicznym. Doceniono go po obu stronach wyznaniowej granicy: otrzymał odznakę „Zasłużony Ziemi Słupskiej”, a także medal nadany przez biskupa Tadeusza Gocłowskiego — gest rzymskokatolickiego hierarchy wobec ewangelickiego pioniera.1 Zmarł w 1988 roku w Sopocie; spoczął na gdańskim cmentarzu Srebrzysko. W roku 2008 odsłonięto poświęconą mu tablicę na Starym Cmentarzu w Słupsku — w mieście, któremu dał nową parafię.
✦ ✦ ✦Po księdzu Dietzu nie pozostała żadna wielka świątynia jego ręki — przejmował te, które zostały po innych. Pozostała natomiast sieć żywych parafii, z których część istnieje do dziś, i pamięć o człowieku, który w czasie najtrudniejszym, na ziemi pełnej zgliszcz, zdołał na nowo rozpalić ewangelickie ogniska wzdłuż całego polskiego Wybrzeża. Wśród twarzy pomorskiego protestantyzmu jego twarz należy do tych, bez których nie byłoby ciągu dalszego, bo to on połączył dawne, niemieckie Pomorze ewangelickie z tym, które trwa dzisiaj.