Gdy umierał w Poniedziałek Wielkanocny 2020 roku, w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat, ksiądz Alfred Figaszewski był najstarszym duchownym Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce.1 Odszedł w święto Zmartwychwstania — i trudno o stosowniejszy czas dla człowieka, który tyle razy stał o krok od śmierci, a jednak za każdym razem wracał do życia, by je oddać w służbie Słowu.
Urodził się w 1924 roku w Warszawie, w rodzinie ewangelickiego duchownego i kapelana wojskowego.1 Dom rodzinny i wiara były więc dane mu od początku — ale dane były też czasy, które tej wiary nie szczędziły. Gdy wybuchła wojna, miał piętnaście lat; lata okupacji stały się dla niego pasmem prób, z których każda mogła się okazać ostatnią.
✦ ✦ ✦W okupowanej Warszawie przeżył łapankę i niedoszłe rozstrzelanie pod Wawrem — miejscem naznaczonym pamięcią jednej z pierwszych wielkich zbrodni niemieckich na ludności stolicy.2 Uczył się na tajnych kompletach u księdza Henryka Wendta, pracował w znanej ewangelickiej firmie Haberbusch i Schiele, działał w ruchu oporu. Konfirmację — to ewangelickie wyznanie dojrzałej wiary — przyjął z rąk księdza Zygmunta Michelisa, jednej z wielkich postaci ówczesnego warszawskiego luteranizmu. W tym splocie nauki, pracy, konspiracji i Kościoła kształtował się młody człowiek, który wojnę traktował nie jako koniec wszystkiego, lecz jako próbę wierności.
W 1944 roku został wcielony do Wojska Polskiego. Walczył jako plutonowy w 6. Pułku Artylerii Lekkiej 1. Dywizji, przechodząc cały szlak bojowy — od Warszawy aż po Łabę. Za walki nad Łabą odznaczono go Krzyżem Walecznych.1 Były to walki ciężkie i krwawe; artylerzysta widział śmierć z bliska, dzień po dniu. A jednak najmocniejsze świadectwo z tamtego czasu nie dotyczy jego męstwa — lecz cudzej ofiary.
✦ ✦ ✦W swoich autobiograficznych wspomnieniach, ogłoszonych pod znamiennym tytułem „Drogi Pana”, ksiądz Figaszewski przekazał historię, która jak żadna inna tłumaczy całe jego późniejsze życie. Podczas bitwy o Kołobrzeg — jednej z najzaciętszych na polskim szlaku ku morzu — nieznany sanitariusz zasłonił go własnym ciałem i zginął zamiast niego.2 Człowiek bez imienia, którego twarzy ocalony nie zdołał już nigdy przywołać, oddał za niego życie. Trudno wyobrazić sobie głębszą lekcję Ewangelii niż ta, którą daje się nie z ambony, lecz własnym ciałem na polu bitwy: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”.
Kto przeżył dzięki czyjejś śmierci, ten nosi w sobie dług nie do spłacenia — i albo go ten dług zdruzgocze, albo uczyni zeń człowieka świadomego, że każdy dany mu dzień jest darem. U Alfreda Figaszewskiego stało się to drugie. Ocalone pod Kołobrzegiem życie obrócił w czterdziestoletnią posługę kaznodziei.
✦ ✦ ✦Po wojnie studiował teologię w Warszawie. W roku 1952 przyjął ordynację — a okoliczność tej uroczystości sama w sobie jest świadectwem zniszczeń, jakie wojna zadała polskiemu ewangelicyzmowi: ponieważ warszawski kościół Świętej Trójcy leżał wówczas w gruzach, ordynacji udzielono w świątyni ewangelicko-reformowanej.1 Brat oddał bratu dach nad głową — luteranina ordynowano pod sklepieniem braci kalwinów. W ekumenicznym geście tamtej chwili pobrzmiewa cały duch późniejszej drogi księdza Figaszewskiego.
Od 1952 roku aż do przejścia na emeryturę w 1992 — przez pełne czterdzieści lat — był proboszczem w Gliwicach.1 Jego następcą na tej parafii został młody ksiądz Jerzy Samiec, ten sam, który później miał stanąć na czele całego Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce jako jego Biskup. W rodzinną i kapłańską sztafetę wpisał się także wnuk Figaszewskiego, ksiądz Wojciech Płoszek, który poszedł w ślady dziadka. Tak oto żołnierz spod Łaby stał się ogniwem łańcucha pokoleń — od ojca, ewangelickiego kapelana, po wnuka przy ołtarzu.
✦ ✦ ✦Co łączy tę warszawsko-śląską biografię z Pomorzem, o którego twarzach opowiada nasz cykl? Łączy ją Kołobrzeg — pomorskie miasto nad samym Bałtykiem, gdzie w marcu 1945 roku rozegrała się bitwa, w której nieznany człowiek umarł, by Alfred Figaszewski mógł żyć. Pomorze zapisało się w jego życiu nie kościołem ani parafią, lecz tą jedną, najcięższą prawdą: że ktoś oddał tu za niego życie. Kościół przez wieki powtarza, że tak właśnie — raz, za wszystkich — uczynił Chrystus. Ksiądz Figaszewski doświadczył tego dosłownie, na pomorskim piasku, i przez resztę swoich dziewięćdziesięciu pięciu lat głosił Tego, który czyni to samo dla każdego. Dlatego jego twarz — żołnierza, który stał się sługą Słowa — należy do tej galerii.