Jesienią 1934 roku w Słupsku zdarzyła się chwila drobna, niemal niezauważona, w której odbił się wielki dramat epoki. Jej świadkiem był młody proboszcz tutejszej parafii staroluterańskiej — ksiądz Gerhard Günther. Urodzony w 1904 roku, przyszedł do Słupska w roku 1933, tym samym, w którym w Niemczech władzę przejął Adolf Hitler.1 Zanim został duszpasterzem, w latach 1929–1931 pracował jako sekretarz do spraw cudzoziemców w YMCA — Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Młodzieży Męskiej. Wnosił więc do parafii doświadczenie człowieka obytego ze światem, przyzwyczajonego do spotykania ludzi różnych narodów i wyznań.
Parafia, którą objął, miała długą i niełatwą pamięć. Słupscy staroluteranie wywodzili się z tych, którzy w XIX wieku odmówili wejścia do narzuconej przez króla pruskiego unii ewangelickiej — i zapłacili za to prześladowaniem. Gdy w czerwcu 1934 roku Günther zorganizował zjazd misyjny w Gałąźni Małej, wspominano tam dawne dni: ucieczki staroluteran do lasu sprzed stu lat, gdy za wierność własnemu wyznaniu groziło więzienie i rozpędzenie nabożeństw.1 Była to pamięć wspólnoty, która już raz nie ugięła się przed państwem.
✦ ✦ ✦W październiku 1934 roku parafia obchodziła siedemdziesiątą piątą rocznicę poświęcenia swojego kościoła. Z tej okazji przeprowadzono remont i wstawiono nowy dębowy ołtarz z rzeźbionym reliefem baranka — znakiem Chrystusa, Baranka Bożego, który gładzi grzech świata.1 Cicha i radosna uroczystość stała się miejscem, w którym na oczach zboru zderzyły się dwie postawy wobec nowej, hitlerowskiej rzeczywistości.
Kazanie wygłosił zaproszony gość — ksiądz Werner de Boor, duchowny Kościoła unijnego, związany z Kościołem Wyznającym, tym nurtem niemieckiego protestantyzmu, który nie chciał poddać Ewangelii narodowemu socjalizmowi. De Boor mówił o sprzeciwie wobec hitleryzmu. Odpowiedział mu jednak radca Gottfried Nagel, wzywając zebranych do wdzięczności wobec przywódcy narodu — w duchu wiernopoddańczym wobec władz Trzeciej Rzeszy.1 Ta druga mowa została przez słupskich staroluteran przyjęta źle. Lud, który pamiętał ucieczki swoich dziadów do lasu, nie dał się łatwo przekonać, że państwu i jego wodzowi należy się religijna wdzięczność.
✦ ✦ ✦Nie wiemy z zachowanego przekazu, jak dokładnie zachował się tego dnia sam proboszcz; źródło odnotowuje jedynie samą różnicę zdań i chłodne przyjęcie słów radcy Nagla przez parafian.2 Wiadomo natomiast, co przyniosły kolejne lata. Günther pozostał w Słupsku tylko do roku 1937. Potem objął posługę w Trzebiatowie nad Regą, a po wojnie pracował misyjnie w Dolnej Saksonii. Zmarł w 1983 roku.1
Jego pamięć utrwaliło jedno z trzynastu zabytkowych „okien pamięci” w słupskim kościele Świętego Krzyża, w których parafia zapisała twarze kolejnych swoich pasterzy. Güntherowi poświęcono okno szóste. To skromne upamiętnienie, a przecież ważne: wspólnota, dla której wierność wyznaniu zawsze była ważniejsza niż wygoda układania się z władzą, w połowie lat trzydziestych — bez wielkich deklaracji — wzdragała się przed kultem wodza.
✦ ✦ ✦Trzeba tu uczciwie powiedzieć, że historia niemieckiego protestantyzmu w czasach Trzeciej Rzeszy nie jest historią prostą ani jednoznaczną. Obok Kościoła Wyznającego, który stawiał opór, istnieli „niemieccy chrześcijanie” gotowi splatać krzyż ze swastyką; między jednymi a drugimi rozciągało się szerokie pole milczenia, wahania i strachu. Tym cenniejszy jest mały słupski epizod z października 1934 roku — bo pokazuje, że w prowincjonalnej parafii, daleko od wielkich sporów teologicznych Berlina, zwykli ludzie potrafili rozpoznać fałsz w wezwaniu do wdzięczności wobec dyktatora i nie przyjąć go z aplauzem.
Gerhard Günther nie był męczennikiem ani wodzem oporu, lecz duszpasterzem, który przez cztery lata pasł nieduży zbór w trudnym czasie i którego pamięć zapisano w kościelnym oknie. W jego historii — w zjeździe, na którym wspominano ucieczki do lasu, i w uroczystości, na której zbór chłodno przyjął pochwałę wodza — widać, że wierność wpisana w pamięć wspólnoty potrafiła przetrwać stulecie i odezwać się w godzinie próby.