Jedną z pieśni, które śpiewa się przy konfirmacji, na ślubie i nad grobem, nie pytając, kto ułożył słowa, napisała kobieta naznaczona cichym cierpieniem: Julia Hausmann, urodzona w 1826 roku autorka pieśni religijnych związana z Rygą, stolicą dawnej ewangelickiej Liwonii nad Bałtykiem.1 Była słabowita i przez całe życie dręczyły ją migreny — dolegliwość, która potrafi odbierać tygodnie i miesiące, zamykać człowieka w półmroku i samotności. A jednak właśnie w cierpieniu, nie obok niego, ułożyła ponad sto pieśni.
Warto przyjrzeć się światu, z którego wyszła. Ryga i pozostałe miasta nadbałtyckie były w XIX wieku jednym z dawnych ośrodków niemieckojęzycznego luteranizmu, a tamtejsza pobożność mocno splatała się z ówczesnym ruchem misyjnym, który wysyłał młodych ludzi na odległe stacje w Afryce i Azji — to wiedza ogólnohistoryczna, podana dla tła. W takim środowisku dorastała Julia i stamtąd pochodził człowiek, którego pokochała.
✦ ✦ ✦Jej narzeczony był misjonarzem. Wyjechał na stację misyjną, dokąd miała przybyć i ona — by tam, na obczyźnie, wziąć ślub i rozpocząć wspólne życie w służbie Ewangelii. Gdy jednak dotarła na miejsce, zastała pogrzeb zamiast ślubu: narzeczony zmarł tuż przed planowaną uroczystością.1 Przebyła daleką drogę ku nowemu życiu, a stanęła nad świeżą mogiłą człowieka, dla którego tę drogę odbyła.
I właśnie nad tym grobem, jak głosi przekaz, powstała pieśń, która miała ją przeżyć o półtora wieku — „Za rękę weź mię, Panie, i prowadź sam” (w oryginale niemieckim „So nimm denn meine Hände”), znana polskim ewangelikom ze Śpiewnika Ewangelickiego pod numerem 368.2 Już pierwszy wers nadaje pieśni jej charakter: nie jest to hymn człowieka silnego, który dziękuje za pomyślność, lecz prośba kogoś, kto nie ma sił iść dalej o własnych nogach i powierza się prowadzeniu Bożej dłoni. Pełnego tekstu pieśni — chronionego prawami wydawniczymi — tu nie przytaczamy; pozostajemy przy tytule i znanym incipicie.
✦ ✦ ✦Najtrwalsza pieśń Julii Hausmann zrodziła się z klęski, a nie z triumfu — i jest w tym rys luterańskiej pobożności, która nigdy nie obiecywała, że wiara oddali cierpienie, lecz że w cierpieniu nie zostawi człowieka samego. „Za rękę weź mię, Panie” nie jest protestem przeciw bólowi ani jego zaprzeczeniem; jest aktem zaufania mimo bólu, zgodą na to, by dać się prowadzić tam, gdzie samemu nie umie się już znaleźć drogi. Może dlatego pieśń ta przylgnęła do tylu ludzkich progów — śpiewa się ją zarówno w chwili wyruszenia, jak i pożegnania.
Życie autorki nie stało się od tego łatwiejsze. Słabowita do końca, zmarła w 1901 roku w sanatorium w Estonii — z dala od domu, w miejscu, dokąd chorych posyłano po ulgę, której często nie znajdowali.1 Po ludzku biorąc, była to biografia naznaczona stratą miłości, zdrowia i wreszcie samotną śmiercią na obczyźnie. A przecież po tej kruchej, cierpiącej kobiecie pozostało sto z górą pieśni i jedno wezwanie, które wciąż brzmi w kościołach.
✦ ✦ ✦Sylwetka mieszkanki dalekiej Rygi znalazła się na łamach słupskiego pisma parafialnego, a teraz w cyklu o pomorskim protestantyzmie, ponieważ ewangelicka diaspora Pomorza Środkowego śpiewa z tego samego Śpiewnika, co bracia z innych stron dawnego bałtyckiego luteranizmu. „Za rękę weź mię, Panie” znają w Słupsku, w Lęborku i w Gardnie Wielkiej tak samo dobrze jak niegdyś w Rydze. Do twarzy pomorskiego protestantyzmu należą nie tylko ci, którzy stawali tu na ambonach, ale i ci, których słowa tu zamieszkały. Julia Hausmann nigdy nie była nad Słupią, a jednak ilekroć ktoś w tutejszym kościele prosi Boga, by wziął go za rękę, czyni to jej słowami.