Utracone społeczności · historie

Ostatni, który pamiętał morze

Między jeziorami Gardno a Łebsko żył słowiański, luterański lud — a potem zniknął tak cicho, że dziś świadczy o nim głównie skansen.
Czas czytania ~6 min · źródła w przypisach

W 1959 roku w Klukach umarł człowiek, a wraz z nim umarł język. Był to ostatni mieszkaniec wsi, który potrafił jeszcze płynnie mówić dialektem słowińskim — odmianą mowy kaszubskiej, która przez stulecia rozbrzmiewała nad jeziorami Gardno i Łebsko.1 Po nim zostały już tylko strzępy: pojedyncze zdania, których starsi używali w mieszanej, słowiańsko-niemieckiej gwarze, i pozdrowienie „dobricyn drachu”, które nie miało komu zostać przekazane.2 Lud, który nazwano Słowińcami, dożywał swoich dni nie jako wspólnota, lecz jako wspomnienie.

Nazwę nadał im obcy. W XIX wieku rosyjski etnograf i slawista Aleksander Hilferding przemierzał południowe wybrzeże Bałtyku, szukając resztek dawnych Słowian, i to on określił mieszkańców okolic Gardny mianem Słowińców — od mowy, którą jeszcze słyszał.2 Sami pewnie nazwy tej nie używali; byli kaszubskimi rybakami i rolnikami znad jezior, oddzielonymi od reszty Kaszubów pasem bagien, wydm i wody. Ta izolacja przez długi czas chroniła ich odrębność. Ona też uczyniła ich osobliwością — grupą, do której badacze przyjeżdżali jak do żywego skansenu, jeszcze zanim skansen w Klukach powstał.

Hilferding zapisał wówczas zdanie, które brzmi jak diagnoza wystawiona całej wspólnocie. Starsza kobieta z Gardny Wielkiej powiedziała mu: „Mój chłop nie rozumeje nic po słowensku, a moje dzece nie umieją nic po słowinsku”.2 Było to w połowie XIX wieku — a więc ponad sto lat przed śmiercią ostatniego mówiącego. Język umierał wolno, przez pokolenia, w tempie tak rozłożonym, że trudno było wskazać moment, w którym przestał być żywą mową.

✦ ✦ ✦

A przecież to był lud, który umiał świętować. Od drugiej połowy XIX wieku, gdy nad jeziorami kopano torf na opał, narodził się zwyczaj zwany „Czarnymi Weselami”. Cała wspólnota — mężczyźni, kobiety, nawet dzieci — szła na torfowe łąki, krajała i układała kostki torfu do suszenia, a potem zasiadała do obfitego posiłku. Najważniejsza była jajecznica. Jadano najpierw na płótnie rozpostartym wprost na ziemi, przy odkrywkach, a z czasem zapraszano się do domów; ten, dla kogo danego dnia kopano torf, miał obowiązek ugościć pozostałych.3 Czarne od torfu ręce, biały obrus, wspólny stół — w tym obrazie mieści się cała ekonomia tej społeczności: praca była wzajemna, a święto wyrastało wprost z pracy.

Swojski był też sposób, w jaki nazywali samych siebie. Prawie każda rodzina w Klukach nosiła przydomek — Klick Lugowi, Klick Zeloni, Klick Domowi — bo samych Klicków było tak wielu, że bez tego nie dało się ich rozróżnić. Starych ludzi określano mieszaną fleksją: „dai stori Klek”, „dai stora Kleka” — niemiecki rodzajnik zrośnięty z przymiotnikiem w formie słowiańskiej.3 W tych drobnych słowach widać już cały los Słowińców: dwa języki splecione tak ciasno, że nie sposób było ich rozdzielić, aż jeden wchłonął drugi.

✦ ✦ ✦

Bo germanizacja nie przyszła nagle. Słowińcy, jak całe Pomorze, przyjęli po reformacji wiarę luterańską, i przez pewien czas to właśnie z kościelnej ambony płynęła do nich mowa ojczysta — pastorzy głosili kazania w miejscowym dialekcie.4 Ale od XVIII wieku władze pruskie krok po kroku wprowadzały niemiecki, także do nabożeństw. Daty ostatnich kazań po słowińsku czy kaszubsku w kolejnych wsiach układają się w smutny kalendarz odwrotu: Smołdzino 1832, Gardna 1845, Łeba 1850, Charbrowo 1871, Cecenów 1876, Główczyce 1886.4

O jeden z tych momentów rozegrał się otwarty spór. W 1832 roku do parafii w Smołdzinie przysłano pastora H.F. Edelbüttela, który nie znał języka miejscowych. Parafianie zaprotestowali, domagając się kazań po kaszubsku. Według własnej relacji pastora, po pierwszym niemieckim kazaniu ludzie zażądali polskiego, on zaś odmówił, oświadczając, że wygłosi je, „kiedy regencja nakaże”. Gromada mężczyzn i kobiet wtargnęła wówczas na plebanię, by — jak zapisał — „krzyczeć po kaszubsku”; pastor groził posłaniem po rentmistrza. Ostatecznie, za radą superintendenta, ustąpił i wygłosił kazanie po kaszubsku na Boże Narodzenie 1832 roku. 1 stycznia 1833 roku został odwołany.4 (Relacja pochodzi od samego Edelbüttela, a więc oddaje przede wszystkim jego punkt widzenia.)

Ostatni akt był najokrutniejszy, bo odwrócił całą logikę poprzednich stuleci. Przez dwieście lat Słowińcy stawali się Niemcami wbrew sobie — a gdy w 1945 roku ich ziemie znalazły się w granicach Polski, potraktowano ich właśnie jako Niemców. Tych, którzy mówili po niemiecku i nosili niemieckie nawyki, szykanowano i wysiedlano; niszczono rybackie łodzie, sieci, przecinano wiosła. Część rodzin trafiła do obozu przesiedleńczego w Finkenwerder pod Hamburgiem. W Klukach udało się zatrzymać może setkę osób, ale i one odchodziły — w drugiej połowie lat 50. wyjechało kilkadziesiąt, około 1970 roku wyruszyła większość ostatnich, a w latach 70. wieś opustoszała ze Słowińców ostatecznie.5 Lud, który przez wieki bronił słowiańskiej mowy przed niemczyzną, na koniec wyemigrował do Niemiec, by przestać być obcym we własnej wsi.

W 1963 roku, gdy żywa wspólnota już dogasała, w Klukach otwarto muzeum — skansen, do którego przeniesiono i odtworzono słowińskie chaty z charakterystyczną szachulcową ścianą „w kratę”, a w nich rozstawiono ocalałe sprzęty codziennego użytku.6 Na zjazdy przyjeżdżali jeszcze sami Słowińcy, rozsiani już po Niemczech. Jedni przyznawali się do polskości, inni do niemieckości — ale, jak zanotowano, wszyscy podkreślali jedno: „jesteśmy przede wszystkim Słowińcami”.5 Język już nie żył, wieś należała do muzeum, a oni trwali w tej jednej, upartej deklaracji — ostatni, którzy pamiętali, że nad jeziorami szumiało kiedyś morze ich własnej mowy.

← wszystkie odcinki cyklu „Utracone społeczności”

PrzypisySkąd to wiemy

  1. Data śmierci ostatniego płynnie mówiącego dialektem słowińskim mieszkańca Kluk (1959) — Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach, muzeumkluki.pl — „Słowińcy”; por. hasło „Dialekt słowiński”, Wikipedia.
  2. Nazwa „Słowińcy” nadana przez Aleksandra Hilferdinga oraz jego zapis wypowiedzi Słowinki z Gardny Wielkiej; resztki gwary i pozdrowienie „dobricyn drachu” — tekst „Słowińcy” w serwisie reformacja-pomorze.pl (wykorzystano za zgodą redakcji); A. Hilferding, „Resztki Słowian na południowym wybrzeżu Morza Bałtyckiego”, 1857.
  3. „Czarne Wesela”, obowiązek ugoszczenia kopiących oraz rodzinne przydomki (Klick Lugowi/Zeloni/Domowi, „dai stori Klek”) — tekst „Słowińcy”, reformacja-pomorze.pl (wykorzystano za zgodą redakcji).
  4. Luteranizm Słowińców, kalendarz ostatnich kazań po słowińsku/kaszubsku oraz konflikt pastora H.F. Edelbüttela z parafianami Smołdzina (1832–1833) — tekst „Słowińcy”, reformacja-pomorze.pl (wykorzystano za zgodą redakcji).
  5. Traktowanie Słowińców jako Niemców po 1945 r., wysiedlenia, obóz w Finkenwerder, emigracja z Kluk (lata 50.–70.) oraz deklaracja „jesteśmy przede wszystkim Słowińcami” ze zjazdów — tekst „Słowińcy”, reformacja-pomorze.pl (wykorzystano za zgodą redakcji); por. muzeumkluki.pl — „Słowińcy”.
  6. Założenie skansenu w Klukach (1963) i jego charakter — Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach; por. hasło „Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach”, Wikipedia.