Są w Gdańsku parki, po których chodzi się jak po każdym innym — park Steffensów u stóp Grodziska, zieleńce ciągnące się wzdłuż alei Zwycięstwa, skwery Siedlec. Mało kto pamięta, że to dawne miasta umarłych. Burzliwa historia miasta wymazała z jego krajobrazu kilkadziesiąt nekropolii różnych wyznań, a w miejscu, gdzie przez sto lat grzebano zmarłych, dziś biegają dzieci i kwitną drzewa.1 Jak do tego doszło — i czy rzeczywiście było to, jak długo sądzono, świadome zacieranie niemieckich śladów po wojnie — to jedno z najtrudniejszych pytań o powojenny Gdańsk. Odpowiedź, jaką przynosi rozprawa doktorska Klaudiusza Grabowskiego z Muzeum Gdańska, jest znacznie mniej oskarżycielska, niż można by się spodziewać.
Sprawa cmentarzy gdańskich jest bowiem nierozerwalnie spleciona z polską refleksją nad niemiecką przeszłością miasta. Po roku 1945 ludność Gdańska wymieniono niemal w całości; do 1946 roku znaczna część dawnych mieszkańców opuściła miasto, a na ich miejsce przybyli nowi — z różnych stron Polski, z różnymi tradycjami pochówku.2 Cmentarze, które zostali po sobie gdańszczanie sprzed wojny, były w przeważającej części niemieckie i w przeważającej części ewangelickie. To, co z nimi zrobiono, stało się z czasem papierkiem lakmusowym stosunku do tej obcej, niewygodnej przeszłości. Dlatego warto opowiedzieć tę historię uczciwie — bez łatwych oskarżeń w którąkolwiek stronę, z szacunkiem dla zmarłych i ze zrozumieniem realiów, w jakich żyli żywi.
✦ ✦ ✦Zacznijmy od faktu, który sam autor uznaje za kluczowy, a który ginie w potocznej narracji: likwidacja cmentarzy i zamienianie ich w parki nie była powojennym wynalazkiem. Powstawanie i znoszenie nekropolii to proces wpisany w urbanistykę każdego rosnącego miasta, powtarzany w Gdańsku od stuleci.3 Już w czasach nowożytnych zabudowywano cmentarze przykościelne, a część zmarłych grzebano wręcz wewnątrz świątyń. Wraz z budową fortyfikacji niektóre cmentarze przenoszono. Uczeni epoki oświecenia z odrazą pisali o trupim odorze przepełnionych kościołów — i to względy higieniczne, a nie ideologiczne, doprowadziły w końcu do prawnych zakazów grzebania w sąsiedztwie domów. W Gdańsku taki zakaz wprowadzono w 1816 roku, zakładając odtąd cmentarze zewnętrzne, poza linią umocnień.4
Tym, co dziś najbardziej zaskakuje, jest pomysł, by cmentarz po upływie odpowiedniego czasu od ostatniego pochówku zamienić w park. To nie była komunistyczna profanacja, lecz idea zachodnioeuropejska, zapoczątkowana we Francji w drugiej połowie XVIII wieku i realizowana szeroko w całej kulturze zachodniej.5 Pierwszym dziewiętnastowiecznym gdańskim cmentarzem zamienionym na park był cmentarz ubogich przy Wielkiej Alei, który już w 1899 roku stał się częścią parku Steffensów. A kiedy po wcieleniu Wolnego Miasta Gdańska do III Rzeszy niemieccy planiści kreślili przyszłość miasta, na ich rysunkach widać wyraźnie: likwidacji miały ulec wszystkie cmentarze przy późniejszej alei Zwycięstwa.6 Polscy urbaniści po wojnie nie wymyślili tego planu — odziedziczyli go.
✦ ✦ ✦Skąd więc wzięło się przekonanie o barbarzyństwie? Z tego, jak to robiono. Apogeum likwidacji cmentarzy przy głównej arterii miasta przypadło na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Prace ciągnęły się latami, w dużej mierze w ramach „czynu społecznego", a ich jakość budziła i budzi poważne wątpliwości.7 Ekshumacje przeprowadzono tylko częściowo — większość ciał pozostawiono w ziemi. Ludzkie kości odkrywano potem wielokrotnie przy okazji prac budowlanych i instalacyjnych, ku zrozumiałemu zgorszeniu. Gruz z potłuczonych nagrobków wykorzystywano jako materiał na murki wokół parków i placów zabaw. Trudno o obraz, który mocniej utrwaliłby pamięć o akcie pogwałcenia spoczynku zmarłych.
I tu trzeba postawić sprawę uczciwie: nie wszystko da się wytłumaczyć higieną i urbanistyką. Stan cmentarzy przeznaczonych do likwidacji wpisywał się w szerszy, przygnębiający kontekst powojennej biedy — agraryzacji przestrzeni miejskich, na których wypasano i hodowano zwierzęta, oraz ogólnego niedofinansowania zieleni i pauperyzacji mieszkańców.8 Zamknięte nekropolie, zachwaszczone i zarośnięte, stawały się schronieniem dla ludzi z marginesu; w 1954 roku na jednym z nich brutalnie zaatakowano młodego mężczyznę, Wiesława Kuracha, który zmarł od ran — a wielomiesięczne śledztwo pozwoliło dosłownie zajrzeć na te ponure, niebezpieczne miejsca, które prasa codzienna opisywała jako zagrożenie.9 To także jest część prawdy: cmentarze nie tyle zniszczono z czystej złej woli, ile pozwolono im najpierw umrzeć z zaniedbania.
✦ ✦ ✦Powtarza się przekonanie, że niszczono wyłącznie to, co niemieckie. Ustalenia Grabowskiego ten obraz komplikują. Władze miejskie potraktowały bowiem cmentarze wszystkich wyznań jako mienie poniemieckie i skomunalizowały je — niezależnie od tego, czy były ewangelickie, katolickie, żydowskie czy menonickie.10 Modernizacja przestrzeni miasta była celem nadrzędnym, a o położeniu, nie o narodowości zmarłych, decydowały losy danej nekropolii. Jeśli cmentarz kolidował z usprawnieniem sieci komunikacyjnej albo z rozbudową uczelni, nie było argumentu, który mógłby go ocalić.
Najmocniejszym dowodem jest los cmentarza świętego Mikołaja. Był to przed wojną główny cmentarz gdańskiej Polonii — nekropolia katolickich parafii Głównego Miasta, uznawana po wojnie za „najbardziej polską" spośród wszystkich. Właśnie tam, na płytach z polskimi i polskobrzmiącymi nazwiskami, najchętniej grzebano zmarłych w pierwszych powojennych latach.11 A jednak i ten cmentarz, mimo swojej polskości, zlikwidowano w 1971 roku — bo leżał przy alei Zwycięstwa i kolidował z planami miasta. Polskość grobów nie ocaliła ich przed buldożerem. To pojedynczy fakt, który mówi więcej niż całe rozprawy: motywem przewodnim była urbanistyka, nie zemsta.
✦ ✦ ✦Nie znaczy to, że Kościół katolicki był wyłącznie ofiarą tego procesu, a komunistyczne państwo wyłącznie sprawcą. Obraz jest tu — jak zwykle w prawdziwej historii — bardziej zniuansowany. Owszem, po 1948 roku aparat państwowy na wiele sposobów utrudniał życie Kościołowi rzymskokatolickiemu, a komunalizacja starych cmentarzy katolickich stała się jednym z pól tego konfliktu.12 Ale jednocześnie strona katolicka odniosła w tym samym czasie wymierne korzyści, przejmując wiele kościołów poewangelickich — opuszczonych po wysiedlonej ludności luterańskiej.13 Dwie peryferyjne dzielnice, pozbawione po 1945 roku świątyń, otrzymały od miasta poewangelickie kaplice cmentarne wraz z przyległymi nekropoliami. A kiedy stawały tam nowe kościoły, te poewangelickie cmentarze potraktowano dokładnie tak samo jak pozostałe: na Chełmie usunięto niemal wszystkie nagrobki, w Brętowie zaś — mimo protestów konserwatorów — zburzono starą kaplicę, tę samą, którą Günter Grass upamiętnił w Blaszanym bębenku.14
Najsłabszy oddźwięk miały zresztą właśnie likwidacje przeprowadzone nie przez komunistycznych urzędników, lecz przez proboszczów rzymskokatolickich parafii. Świadczy to, że zacieranie śladów dawnych cmentarzy nie było wyłącznie dziełem jednej, łatwej do wskazania winy. Było zjawiskiem rozproszonym — wynikiem powojennej obojętności wobec grobów ludzi, których już nie było, których nikt nie odwiedzał i za których nikt się nie modlił.
✦ ✦ ✦Z czasem wahadło pamięci wychyliło się w drugą stronę. Po przełomie 1989/1990 roku gdańszczanie zaczęli gorączkowo odkrywać dziewiętnastowieczny, niemiecki rozdział dziejów swojego miasta, który wcześniej uważano za obcy — a stosunek do niemieckości przerodził się w rodzaj fascynacji i publicystycznej ekspiacji.15 Owocem tej nowej wrażliwości stał się w 2002 roku Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy przy ulicy 3 Maja: pomnikowe założenie, miejsce ekumenicznych modlitw celebrowanych 1 listopada, próba zadośćuczynienia za obojętność, z jaką potraktowano opuszczone nekropolie.16
Idea była szlachetna i odpowiadała na realną potrzebę mieszkańców — autor rozprawy oddaje jej sprawiedliwość. Zwraca jednak uwagę, że samą koncepcję oparto na dość wątłych podstawach historycznych, utrwalając w oficjalnej narracji dyskusyjny mit o rzekomo wielonarodowej i wielokulturowej naturze dawnego Gdańska.17 Teza o „micie wielokulturowości" jest interpretacją autora i przedmiotem żywej polemiki historycznej; oddajemy ją jako jego głos, nie jako rozstrzygnięcie. Podobne nieścisłości wkradły się do tablic ustawionych w 2008 roku w szesnastu miejscach po dawnych cmentarzach. Na jednej z nich, na terenie dawnego cmentarza katolickiego na Nowych Ogrodach, podano, że był on czynny „około 1822–1946" — a tymczasem założono go w 1846 roku, czynny był do 1890, a zlikwidowano już w 1936, więc w roku 1946 dawno nie istniał. Data 1946 utwierdza spacerujących w przekonaniu, że cmentarz zburzono po wojnie — choć stało się to jeszcze za czasów niemieckich.18
✦ ✦ ✦Co więc zostaje z tej trudnej historii? Przede wszystkim ostrożność wobec łatwych wyroków. Likwidacja gdańskich cmentarzy nie była pojedynczym aktem barbarzyństwa ani prostą zemstą na niemczyźnie. Była splotem przyczyn: planów urbanistycznych odziedziczonych jeszcze po niemieckich architektach, zachodnioeuropejskiej idei cmentarza-ogrodu, powojennej biedy i zaniedbania, presji rozwijającego się miasta, a także — owszem — pewnej obojętności wobec grobów ludzi uznanych za obcych.19 Sposób wykonania bywał brutalny i godny ubolewania; intencja rzadko była tak jednoznaczna, jak chciałaby tego potoczna pamięć.
Pozostaje też pytanie, którego żaden uczciwy historyk nie zbywa milczeniem: pod gdańskimi parkami wciąż spoczywają niewydobyte szczątki. Ewangelicy i katolicy, Niemcy i Polacy, dorośli i dzieci — ci sami, którzy przez stulecia żyli pod jednym pomorskim niebem. Można nad ich grobami stawiać sobie nawzajem zarzuty albo można uczynić to, co od 2002 roku czyni się przy ulicy 3 Maja: odrzucić obojętność i pomodlić się wspólnie. Bo prawo zmarłych do niczym niezakłóconego spoczynku nie zna narodowości ani wyznania — i to chyba najtrwalsza nauka, jaką niosą znikające gdańskie miasta umarłych.