Po wojnie ewangelik na Pomorzu był podejrzany podwójnie. Raz — bo inaczej wierzył: w państwie, które za cel postawiło sobie likwidację zinstytucjonalizowanej religii, każda wspólnota wyznaniowa była „obiektem” do rozpracowania. Dwa — bo nosił na sobie cień niemczyzny. W oczach władz, a często i sąsiadów, krzyż luterański zlewał się z napisem na okupacyjnym dokumencie. Nieprzypadkowo: jednym z kryteriów, którymi gauleiter Albert Forster mierzył kandydata do „rasy panów”, było właśnie wyznanie ewangelickie. „Dalej mogą służyć do tego celu wykazy przodków ewangelickiego wyznania oraz przynależność petenta do społeczności ewangelickiej” — głosiło jego zarządzenie.1 Po 1945 roku Polacy o tym pamiętali. I pamiętała o tym bezpieka.
Ten odcinek nie opowiada o jednej parafii ani o jednym kościele. Jest tłem — próbą wyjaśnienia, dlaczego po wojnie tyle pomorskich zborów wygasło, a tyle świątyń zmieniło właścicieli. Dlaczego ludzie, którzy modlili się po polsku w luterańskich kaplicach, znaleźli się jednocześnie pod presją administracji wyznaniowej, aparatu bezpieczeństwa i ciężaru wspomnień o okupacji. Opowieść tę prowadzimy ostrożnie, trzymając się ustaleń historyka, bo materia jest delikatna i łatwo w niej o krzywdzący skrót.
✦ ✦ ✦Zacznijmy od liczb i map, bo bez nich nic się tu nie ułoży. W przedwojennej Rzeczypospolitej istniało kilka Kościołów ewangelickich jednoczących luteranów. Największy z nich, Kościół Ewangelicko-Augsburski w RP (KEA), liczył 456 tysięcy wiernych — ale ponad 60% z nich stanowili Niemcy. Drugi co do wielkości, Kościół Ewangelicko-Unijny z Konsystorzem w Poznaniu (KEU, nazywany też Kościołem unijnym na Ziemiach Zachodnich), liczył w całej Polsce 300 tysięcy wiernych, a na samym Pomorzu prawie 171 tysięcy — i zrzeszał w zasadzie samych Niemców. Trzeci, niewielki Kościół Staroluterański (KSL), liczył w całym kraju niespełna 4 tysiące osób, też niemal wyłącznie niemieckich.2
Tu kryje się paradoks, o którym trzeba mówić wyraźnie. Na ziemiach byłego zaboru pruskiego — czyli na Pomorzu i w Wielkopolsce — KEA był znikomym odsetkiem ludności, ale jego wierni byli niemal w całości Polakami. Przeważali wśród nich przybysze z innych zaborów. Parafia ewangelicko-augsburska w Grudziądzu liczyła przed wojną około 70 osób płacących składkę i nieustannie borykała się z kłopotami finansowymi.3 KEU natomiast — wielki, zamożny, niemiecki — był przez samych Niemców uznawany za „ważny element w walce o utrzymanie niemieckiej tożsamości narodowej na Pomorzu i Wielkopolsce”. Z Berlina przysyłano pieniądze na pensje pastorów; dwie trzecie tych sum pochodziło z budżetu Rzeszy i Prus.4
Polski luteranin i niemiecki unita mogli śpiewać te same pieśni — a dzielił ich świat. Toruńska polska parafia ewangelicko-augsburska, jak zanotowano w jej dziejach, „od początku zdecydowanie odcinała się od niemieckiego Kościoła Unijnego i wszystkiego, co niemieckie. Nie dopuszczono, aby nabożeństwa dla Polaków odprawiał Niemiec (nawet w języku polskim)”.5 Tej różnicy powojenne władze i powojenni sąsiedzi często nie dostrzegali — albo dostrzegać nie chcieli.
✦ ✦ ✦Wojna zmiotła ten układ. Ucieczka Niemców przed zbliżającym się frontem, a potem powojenne wysiedlenia, doprowadziły do faktycznego wyludnienia większości parafii ewangelicko-unijnych i staroluterańskich, a także wielu parafii augsburskich, które przed wojną były niemieckojęzyczne. W ciągu dwóch lat od zakończenia działań KEU i KSL straciły prawne uznanie ze strony władz Polski. Jedynym prawnie uznanym Kościołem odwołującym się do augsburskiego wyznania wiary pozostał KEA.6
Trzeba tu postawić sprawę uczciwie, tak jak stawia ją historyk. Przy wysiedlaniu ludności niemieckiej z terenów Polski nie kierowano się kryteriami wyznaniowymi, lecz narodowościowymi. „Wysiedlano Niemców, a nie ewangelików czy katolików” — podkreśla autor opracowania, na którym opieramy ten odcinek.7 Represje dotykały tych, którzy w czasie okupacji znaleźli się na niemieckiej liście narodowościowej; ich surowość zależała od regionu — łagodniej traktowano mieszkańców ziem wcielonych do Rzeszy, surowiej tych z Generalnego Gubernatorstwa. Problem w tym, że na Pomorzu większość ewangelików niemieckich z dawnego KEU folkslistę przyjęła, a w pamięci Polaków pozostały entuzjastyczne hołdy, jakie niemieccy liderzy ewangeliccy składali Hitlerowi i wkraczającej armii w 1939 roku.8 Po wojnie ta pamięć ważyła. Ważyła także na ocenie ludzi, którzy z tamtymi hołdami nie mieli nic wspólnego.
I tak doszło do sytuacji, w której po likwidacji KEU sporą część nowych wiernych polskich parafii augsburskich na Pomorzu stanowili dawni unici — Niemcy lub osoby z II grupą folkslisty, które po wojnie nie wyjechały. Jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych odnotowywano, że stosunki towarzyskie między niemieckimi a polskimi wyznawcami nawet tej samej parafii nie są zbyt ożywione; dystans utrzymywali zwłaszcza Niemcy.9 Pod jednym dachem, przy jednym ołtarzu, modliły się dwie społeczności, które niedawno dzieliła linia frontu.
✦ ✦ ✦Jak naprawdę wyglądał stosunek nowej władzy do takiej mniejszości? Najlepiej zacząć od pytania o cel. Historyk, na którym się opieramy, spiera się ze starszymi periodyzacjami — z popularnym podziałem Kazimierza Urbana na „skorygowany model przedwrześniowy” lat 1944–1948, „model likwidacyjny” okresu stalinizmu i „model ustawowego nadzoru” po 1956 roku.10 Jego zdaniem przy próbie systematycznego ujęcia polityki wyznaniowej PRL trzeba kłaść nacisk nie na sztywne cezury, lecz na cel, jaki władze sobie stawiały: „była nim likwidacja zinstytucjonalizowanej religii (Kościołów), a w późniejszym okresie religii jako takiej”.11
To była — przy całej brutalności narzędzi — polityka prowadzona zwykle dwutorowo. Tor jawny i „legalny”, bo zawsze starano się zachować choćby pozory praworządności. I tor niejawny — częściowo zgodny z komunistycznym prawem, częściowo łamiący nawet prawo Polski Ludowej, dziś nazywany „zbrodnią komunistyczną”. Zamiast otwarcie delegalizować duże Kościoły o ugruntowanej tradycji, władze wolały — jeśli wolno tak rzec — obsadzać stanowiska kościelne ludźmi „całkowicie posłusznymi i w pełni dyspozycyjnymi”.12 Nie zawsze się to udawało.
Wobec mniejszości obowiązywały przy tym stałe pryncypia. Eksponowano „suwerenność wewnętrzną” państwa — czyli jego nadrzędność nad wszystkimi organizacjami, w tym wyznaniowymi. Z mniejszości religijnych próbowano budować przeciwwagę dla Kościoła rzymskokatolickiego, „przy wykorzystaniu wszelkich zaszłości historycznych, podziałów i konfliktów”. I konsekwentnie wpajano duchowieństwu oraz wiernym postawę „lojalności wobec państwa”.13 W jednym z ubeckich dokumentów zanotowano wręcz, niemal z aprobatą: „Kościół ewangelicki jest małą grupą lojalną wobec naszej państwowości, czego nie można powiedzieć o kościele rzymsko-katolickim”.14 Mała, niegroźna, użyteczna jako kontrast — taką rolę próbowano luteranom wyznaczyć.
✦ ✦ ✦Najpierw trzeba było „rozpoznać przeciwnika”. Dane o Kościołach gromadziła administracja wyznaniowa — na szczeblu centralnym Departament Wyznaniowy, a od kwietnia 1950 roku Urząd do Spraw Wyznań, który i tak pozostawał narzędziem w rękach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.15 Równolegle pracował aparat bezpieczeństwa: przez informatorów, podsłuchy, kontrolę korespondencji — tak zwaną perlustrację.
W pierwszych latach funkcjonariusze UB radzili sobie z opisem Kościołów mniejszościowych nieporadnie — naczelnego prezbitera jednego ze zborów tytułowali „arcybiskupem”, terminologię katolicką przenosili na luteran.16 Z czasem ich wiedza rosła. Powstawały opisy parafii: siedziba, zasięg, liczebność, skład społeczny, osoba proboszcza. Powstawały charakterystyki „aktywu parafialnego” — członków rad parafialnych, zarządów, towarzystw, a w końcu spisy wszystkich członków parafii. Przy nazwisku notowano adres, datę urodzenia, miejsce zatrudnienia i krótką opinię: „lojalny”, „skryty”, „nie udziela się”, „posiada rodzinę za granicą”. A na ziemiach dawnego okręgu Rzesza Gdańsk – Prusy Zachodnie odnotowywano przede wszystkim, kto posiadał II grupę niemieckiej listy narodowościowej.17
Co znamienne, sam fakt posiadania III grupy listy przez kogoś z Pomorza nie dawał właściwie podstaw do wywierania nacisku — prawo, choćby dekret z 13 września 1946 roku, uznawało, że zgłoszenie w czasie wojny przynależności niemieckiej „samo przez się nie stanowiło dowodu niemieckiej odrębności narodowej”.18 W praktyce jednak, dla człowieka znajdującego się w kartotece, ta różnica między prawem a praktyką bywała niewielką pociechą.
✦ ✦ ✦Najwięcej materiału zachowało się — co nie dziwi — wokół parafii ewangelicko-augsburskiej świętego Jana w Grudziądzu i całego ówczesnego województwa bydgoskiego, z parafiami w Bydgoszczy, Toruniu, Włocławku, Lipnie, Rypinie i Grudziądzu. W listopadzie 1950 roku UB szacowało liczbę luteranów w Grudziądzu i powiecie na 200–250 osób.19 Niewielka wspólnota — a wokół niej rozbudowana sieć donosicieli.
Tu wkracza najtrudniejszy wątek tej historii. Wśród współpracowników bezpieki było kilku pastorów — co najmniej jeden zwerbowany jeszcze na studiach. Byli to ludzie wykształceni, bo duchowny ewangelicko-augsburski musiał ukończyć studia teologiczne (na Uniwersytecie Warszawskim, później w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej). Donosiciele duchowni byli więc inteligentni, oczytani — i, jako osoby duchowne, cieszyli się pełnym zaufaniem tych, na których donosili. Działali pod pseudonimami: „Gracz”, „Karol”, „Jaskółka”, „Jan Stanisławski”. Obok nich pracowali informatorzy świeccy — od prezesa rady parafialnej, przez świeckiego członka synodu i Rady KEA, aż po szeregowych wiernych: „W-N”, „Skul”, „Abo”, „Muzyk”, „Halinka”, „Wiara”, „Zuber”.20
Nazwisk tych osób historyk świadomie nie podaje — z braku urzędowego potwierdzenia ich agenturalnej działalności (publikacji w katalogu IPN bądź wyroku sądu lustracyjnego). To rozróżnienie warto uszanować: pseudonim w teczce nie jest wyrokiem na konkretnego człowieka.
Plany pracy operacyjnej bywały zimno konkretne. „Plan wywiadowczo-agenturalnego przedsięwzięcia po linii obiektu Kościół Ewangelicko-Augsburski” z listopada 1950 roku polecał ustalić skład władz parafii, sporządzić szczegółowe charakterystyki osób, wytypować co najmniej dwóch kandydatów na werbunek — ze szczególną uwagą na ludzi utrzymujących kontakt z ówczesnym duszpasterzem — i przygotować ich werbunek przed grudniowym zjazdem senioralnym w Warszawie.21 Kościelne synody i zgromadzenia diecezjalne stawały się przedmiotem raportów: jeszcze w 1962 roku tajny współpracownik o pseudonimie „Skul” relacjonował przebieg zgromadzenia diecezji pomorsko-wielkopolskiej w Toruniu, której przewodniczył ksiądz senior Edward Dietz z Sopotu, a inny — „Abo” — przekazywał projekty wniosków synodalnych.22
✦ ✦ ✦Sami duchowni bywali w aktach oceniani… pozytywnie. Wieloletniego proboszcza toruńskiego i seniora diecezji oceniono jako człowieka spokojnego, niezaangażowanego politycznie, cieszącego się dużym wpływem na parafian z okolicznych wiosek, co niedzielę dołączającego do modlitw intencję „za pomyślność Ojczyzny i Prezydenta” — obowiązek nałożony zresztą jeszcze przedwojennym dekretem z 1936 roku.23 Ostrze nie było wymierzone w pobożność. Było wymierzone w pamięć i w pochodzenie.
Bo gdy duchowni dostawali oceny pozytywne, ich wiernych aparat bezpieczeństwa malował czarno. W analizie „na obiekcie Kościół Ewangelicko-Augsburski” z listopada 1950 roku zapisano, że wyznawcy „rekrutują się przeważnie z elementu proniemieckiego”, który dawniej „wysługiwał się okupantom”, a po wojnie miał przejść „na stronę imperializmu amerykańskiego”, zasilany dolarami z międzynarodowej dobroczynności. Autor raportu wspiął się przy tym na szczyty komunistycznej nowomowy: dowodem „wrogiej działalności” miała być „nieuchwytna szeptanka”, a pozytywny stosunek duchownych do nowej rzeczywistości — jedynie „zamaskowaniem się”. Dowodem na prowadzenie wrogiej szeptanki było to, że jej nie dostrzeżono; była przecież „nieuchwytna”.24 W tej logice nie dało się wygrać: i lojalność, i milczenie świadczyły przeciwko oskarżonemu.
Największą uwagę bezpieka zwracała na kontakty z niemieckimi organizacjami kościelnymi — Kirchendienst Ost i Hilfswerk der Evangelischen Kirche — które prowadziły pomoc charytatywną wśród niemieckich ewangelików jeszcze mieszkających w Polsce. Paczki i korespondencja przechodziły przez perlustrację; osoby utrzymujące te kontakty „opracowywano”, ustalając, komu przekazują dary i z kim się stykają. Posługiwano się przy tym tak zwaną kartoteką poniemiecką.25 Gromadzono życiorysy parafian: kto miał II grupę folkslisty, kto ma krewnych w Niemczech Zachodnich, kto wyjechał, a kto uciekł. Funkcjonariusze pisali wprawdzie propagandową frazą o „podatnym gruncie dla działalności neohitlerowskiej” — ale realnym tłem był po prostu ludzki sentyment ewangelików niemieckiego pochodzenia do „starych, lepszych czasów”, a literatura i pomoc z Zachodu rzeczywiście kierowane były (jeszcze do 1957 roku) głównie do Niemców.26
✦ ✦ ✦Jest jeszcze drugi front tej historii — cichszy, ale w skutkach trwalszy niż teczki. Spór o mury. Po wojnie na ziemiach polskich pozostał ogromny majątek po wymordowanych, wywiezionych i wysiedlonych — w tym tysiące budynków kościelnych. Konsystorz KEA szacował, że majątek likwidowanych Kościołów ewangelickich obejmuje „przeszło 2000 budynków kościelnych i tyleż kaplic, ponadto kilkadziesiąt zakładów dobroczynnych i ziemię około 100 000 hektarów”.27 O ten majątek rozegrała się długa, zawiła walka prawna — i to ona, bardziej niż cokolwiek innego, zdecydowała, dlaczego tyle pomorskich świątyń ewangelickich ma dziś innych gospodarzy.
Pierwszą zasadą była geografia prawa. Inaczej traktowano tak zwane Ziemie Dawne — przedwojenne terytorium Rzeczypospolitej, w tym Pomorze i Wielkopolskę — a inaczej Ziemie Odzyskane, przyłączone po wojnie. To rozróżnienie historyk podkreśla stanowczo: utożsamianie „Ziem Zachodnich” z „Ziemiami Odzyskanymi” to anachronizm, źródło wielu błędnych wniosków, także w orzecznictwie sądowym.28
Na Ziemiach Dawnych obowiązywały dekret, a potem ustawa o majątkach opuszczonych i porzuconych. Majątek opustoszałych parafii trafiał pod zarząd państwowy (Tymczasowego Zarządu Państwowego), a uznane kościelne osoby prawne mogły występować o oddanie im niektórych nieruchomości w zarząd i użytkowanie.29 W praktyce dochodziło do rzeczy, których — jak pisze historyk — „nie można ukrywać”: opuszczone kościoły augsburskie, a nawet takie, które po wojnie objęli już polscy duchowni, bywały zajmowane przez duchownych i wiernych katolickich; dopiero później ten bezprawny zabór starano się zalegalizować.30
✦ ✦ ✦Na Ziemiach Odzyskanych i na obszarze byłego Wolnego Miasta Gdańska kluczowy był dekret o majątkach opuszczonych i poniemieckich z 8 marca 1946 roku. Z mocy prawa na własność Skarbu Państwa przechodził majątek Rzeszy, obywateli niemieckich i gdańskich oraz niemieckich osób prawnych — z istotnym wyjątkiem osób prawnych prawa publicznego. Ich majątek miał przejść „na własność odpowiednich polskich osób prawnych”, a w braku takich lub przy zbiegu interesów rozstrzygać miała uchwała Rady Ministrów.31
Cała walka rozegrała się wokół dwóch pytań. Czy Kościoły w Polsce były wówczas osobami prawnymi prawa publicznego? I jeśli tak — co znaczy „odpowiednia polska osoba prawna”: Kościół tego samego wyznania, czy każdy uznany związek wyznaniowy? Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że z dniem 1 stycznia 1946 roku — na mocy nowego prawa o aktach stanu cywilnego — odebrano Kościołom prawo prowadzenia ksiąg metrykalnych i pozbawiono duchownych funkcji urzędników stanu cywilnego. Władze wykorzystały to, by uznać, że Kościoły przestały być osobami prawnymi prawa publicznego — a więc że korzystne dla nich rozstrzygnięcie z marca 1946 roku w ogóle ich nie dotyczy.32
W praktyce — jak ujmuje to historyk — „komuniści, umocniwszy swą władzę, nie mają zamiaru przekazać na własność majątku kościelnego na Ziemiach Odzyskanych i byłym Wolnym Mieście Gdańsku żadnemu z istniejących Kościołów”.33 Spór interpretacyjny ciągnął się latami. Ostateczną kropkę postawiła dopiero uchwała siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z 19 grudnia 1959 roku: jednostki związków wyznaniowych w PRL „nie mogą być uważane w stosunku do niemieckich i gdańskich osób prawnych prawa publicznego za odpowiednie osoby prawne” w rozumieniu dekretu z 1946 roku.34 Jednym ze skutków było to, że państwo zaczęło żądać od Kościołów czynszu za użytkowanie budynków na Ziemiach Odzyskanych — i sporządzać wykazy obiektów, „które będzie można całkowicie lub częściowo wykorzystać na cele użytkowe lub mieszkalne przez wykwaterowanie kleru i zakonów”.35
✦ ✦ ✦Osobny rozdział to prawna likwidacja całych Kościołów. Polscy luteranie sami zabiegali u władz o przejęcie majątku po niemieckim KEU — zwłaszcza tam, gdzie rywalizowali o wiernych z metodystami i z mazurską Radą Kościoła Ewangelickiego. Apele o poddanie KEA parafii unijnych płynęły do ministerstwa już w pierwszych miesiącach 1945 roku.36 Tyle że rozstrzygnięcie wypadło inaczej, niż sobie życzyli.
Dekret z 19 września 1946 roku — a po nim ustawa z 4 lipca 1947 roku — włączał do KEA parafie staroluterskie, ewangelicko-unijne i inne, na całym obszarze państwa. Ale majątku to nie przesądzało. Na własność KEA przechodziło tylko to mienie, które Kościół faktycznie posiadał 31 października 1946 roku; reszta przechodziła z mocy prawa na własność państwa. Co więcej, choć ustawodawca deklarował, że przy rozdziale „w pierwszym rzędzie uwzględni potrzeby polskiej ludności ewangelickiej”, to po znacjonalizowaniu mienia o te same budynki — na niemal równych prawach — mogły ubiegać się inne związki wyznaniowe, przede wszystkim Kościół Katolicki.37 A majątek dawnego KEU był wielokrotnie większy niż realne potrzeby niewielkiego KEA.
Konstrukcja prawna była przy tym osobliwa: do KEA włączano nie Kościoły, lecz ich parafie. Jak zauważa cytowany przez autora badacz, zwalniało to władze z jakiegokolwiek dialogu z przebywającymi za granicą przedstawicielami zlikwidowanych Kościołów — „zwłaszcza po bezprawnym przejęciu ich mienia i represjonowaniu ich wyznawców”.38
✦ ✦ ✦Jak to wyglądało w ludzkim wymiarze? Spójrzmy na Toruń. Polska parafia ewangelicko-augsburska była tam przed wojną niewielka (w latach 1934–1938 około 101 osób) i uboga, nabożeństwa odprawiała w wynajętym kościele staroluterańskim przy ulicy Strumykowej.39 O większe poewangelickie świątynie ubiegali się różni — i o jedną z nich, kościół byłej staromiejskiej parafii unijnej przy Rynku Staromiejskim, toczył się głośny spór. Ostatecznie kościół ten i plebanię objęli jezuici, którzy szybko go wyremontowali przy udziale mieszkańców; decyzję o przekazaniu im nieruchomości potwierdził Tymczasowy Zarząd Państwowy w październiku 1945 roku.40
Spór bywał ostry. Toruński proboszcz luterański wysłał do wojewody pismo, w którym oskarżał jezuitów o bezprawne zajęcie kościoła i sianie nienawiści wyznaniowej, ostrzegając przed zajściami „a la krakowskie”. Po sprawdzeniu zarzutów władze miejskie nie potwierdziły, by w kazaniach jezuitów padały wyrażenia obrażające polskich ewangelików.41 Historyk komentuje to z dystansem: trudno po latach ocenić, czy była to szczera troska, czy żal do tych, którzy zajęli kościół, o który on sam się ubiegał.
A jednak — i to ważne dla wyważenia obrazu — toruńska parafia luterańska wcale nie wyszła z tej rozgrywki z pustymi rękami. Otrzymała inny kościół (po staroluteranach przy Strumykowej), plebanię, cmentarze, kilka działek, które z mocy prawa stały się jej własnością w latach 1946–1947, oraz w użytkowanie kościół przy ulicy Wały. Sam toruński proboszcz i jezuicki superior byli Polakami, którzy przeżyli próbę zagłady narodu.42 Przekazanie poewangelickiej świątyni, która przez lata kojarzyła się przede wszystkim z „ostoją niemczyzny”, polskim katolikom miało dla wielu współczesnych wymiar zadośćuczynienia. Tę perspektywę trzeba widzieć obok krzywdy — bo obie są prawdziwe.
✦ ✦ ✦Reszta budynków podzieliła los znacznie prostszy i smutniejszy. Kościół Katolicki otrzymywał — zwykle w zarząd i użytkowanie, nie na własność — głównie świątynie, rzadziej plebanie i grunty. Wiele kościołów ewangelickich przeznaczono jednak na szkoły, magazyny albo rozebrano na materiał budowlany — z reguły, choć nie zawsze, gdy były mocno zniszczone. Budynki przejmowały też gminy, gromady wiejskie, Państwowe Nieruchomości Ziemskie; ziemię uprawiali rolnicy.43 Prawne uporządkowanie tego stanu na Ziemiach Zachodnich i Północnych przyszło dopiero ustawą z 23 czerwca 1971 roku, gdy nieruchomości faktycznie użytkowane przez kościelne osoby prawne przeszły na ich własność.44 Czyli — ćwierć wieku po wojnie.
Złóżmy te dwa wątki — teczki i mury — w jedno. Ewangelik na powojennym Pomorzu był obserwowany, opisywany, wciągany do kartotek; jego pastor bywał szantażowany albo werbowany; jego kontakty z Zachodem śledzono; a świątynie, w których modlili się jego ojcowie, w większości przeszły w inne ręce — czasem polskich katolików w geście odwetu za niemczyznę, czasem państwa, które zamieniało je w magazyn, czasem po prostu w gruz. Wygasanie pomorskich zborów po 1945 roku nie miało jednej przyczyny. Złożyły się na nie ucieczka i wysiedlenie Niemców, prawna likwidacja całych Kościołów, nacisk aparatu bezpieczeństwa i ten powojenny splot win, pamięci i podejrzeń, w którym luteranina łatwo było pomylić z wrogiem.
Dlatego po świątyniach, które niegdyś rozbrzmiewały chorałem, zostały dziś najczęściej cmentarze — zarośnięte, niemieckie napisy zdarte z płyt, a obok katolicki krzyż na dawnej luterańskiej wieży. To są te ślady ewangelickie, których szukamy w tym cyklu. Warto je czytać uważnie — bo za każdym kryje się nie „niemczyzna” i nie „komuna”, lecz konkretni ludzie, którym pierwsza dekada Polski Ludowej odebrała najpierw spokój, a potem dom modlitwy.
Wiele z tych miejsc wciąż istnieje — jako cmentarze, ruiny, świątynie o zmienionych gospodarzach. Mapujemy je i opisujemy.
Zobacz atlas ewangelickich kościołów i cmentarzy Pomorza →PrzypisySkąd to wiemy
- Zarządzenie A. Forstera o kryteriach weryfikacji, cyt. za J. Szylingiem — przytoczone w rozdziale o aparacie bezpieczeństwa wobec luteran. — za: Wojciech Sławiński, „Ze studiów nad polityką wyznaniową w Polsce w latach 1944–1956. Mniejszości wyznaniowe” (Jagielloński Instytut Wydawniczy, Toruń), rozdz. III.4.
- Dane liczebne KEA (456 tys., ponad 60% Niemców), KEU (300 tys. w kraju, ok. 171 tys. na Pomorzu) i KSL (poniżej 4 tys.) — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 i IV; autor powołuje się m.in. na ustalenia E. Alabrudzińskiej.
- Parafia grudziądzka KEA — ok. 70 osób płacących składkę, kłopoty finansowe. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (za J. Domasłowskim).
- KEU jako „element walki o niemiecką tożsamość”, finansowanie pastorów z budżetu Rzeszy i Prus (1/3 Rada, 2/3 Rzesza i Prusy). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 i VI (za E. Alabrudzińską).
- Odcięcie się polskiej parafii augsburskiej w Toruniu od KEU — cyt. za U. Molin. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. V.
- Wyludnienie parafii unijnych i staroluterańskich, utrata uznania prawnego przez KEU i KSL w ciągu dwóch lat. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 i VI.
- „Wysiedlano Niemców, a nie ewangelików czy katolików” — wysiedlenia według kryterium narodowościowego, nie wyznaniowego. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4.
- Zróżnicowanie represji wg regionu; przyjmowanie folkslisty przez ewangelików niemieckich; hołdy liderów ewangelickich dla Hitlera w 1939 r. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (autor powołuje się na B. Krebs).
- Po likwidacji KEU dawni unici w polskich parafiach augsburskich; utrzymujący się dystans między wiernymi niemieckimi a polskimi (stan z 1955 r.). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4.
- Polemika z periodyzacją K. Urbana (modele: przedwrześniowy, likwidacyjny, ustawowego nadzoru). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I (za K. Urbanem, „Kościół Prawosławny w Polsce 1945–1970”).
- Cel polityki wyznaniowej: „likwidacja zinstytucjonalizowanej religii (Kościołów), a w późniejszym okresie religii jako takiej”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I.
- Dwutorowość działań (jawne/niejawne) i obsadzanie stanowisk kościelnych ludźmi „w pełni dyspozycyjnymi”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I.
- Trzy pryncypia polityki wobec mniejszości (suwerenność wewnętrzna państwa; przeciwwaga dla katolicyzmu; lojalność). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I (za K. Urbanem).
- „Kościół ewangelicki jest małą grupą lojalną wobec naszej państwowości…” — dokument UB, sygn. IPN BY 069/1235. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I, przyp. 18.
- Rola DW MAP, a od kwietnia 1950 r. Urzędu do Spraw Wyznań jako narzędzia MBP. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I (za K. Urbanem).
- Nieporadność wczesnych opisów UB (np. tytuł „arcybiskup” dla prezbitera). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I, przyp. 17.
- Opisy parafii, charakterystyki aktywu, spisy wiernych, krótkie opinie przy nazwiskach; odnotowywanie II grupy DVL na ziemiach b. okręgu Rzesza Gdańsk – Prusy Zachodnie. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I.
- Dekret z 13 września 1946 r. (Dz.U. 1946.55.310): zgłoszenie narodowości niemieckiej „samo przez się nie stanowiło dowodu niemieckiej odrębności narodowej”; III grupa DVL na Pomorzu nie dawała podstaw do nacisku. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. I, przyp. 20.
- Parafie KEA w woj. bydgoskim; szacunek 200–250 luteranów w Grudziądzu i powiecie (listopad 1950). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4.
- Pastorzy-współpracownicy i pseudonimy donosicieli duchownych i świeckich; wymóg studiów teologicznych dla duchownych KEA. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (sygn. IPN BY 069/1235).
- „Plan wywiadowczo-agenturalnego przedsięwzięcia po linii obiektu Kościół Ewangelicko-Augsburski”, Bydgoszcz, 20 listopada 1950 r., IPN BY 069/1235. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4.
- Inwigilacja synodów i zgromadzeń diecezjalnych (1962); ks. senior Edward Dietz z Sopotu; TW „Skul” i „Abo”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (sygn. IPN BY 069/1235).
- Pozytywne oceny duchownych; modlitwa „za pomyślność Ojczyzny i Prezydenta” wprowadzona dekretem prezydenta z 1936 r. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (sygn. IPN BY 069/1236; AAN, UdSW).
- Analiza „na obiekcie KEA”, Bydgoszcz, 29 listopada 1950 r.: „element proniemiecki”, „nieuchwytna szeptanka”, „zamaskowanie się”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (sygn. IPN BY 069/1235).
- Obserwacja kontaktów z Kirchendienst Ost i Hilfswerk der Evangelischen Kirche; perlustracja paczek i korespondencji; „kartoteka poniemiecka”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4.
- Gromadzenie życiorysów (folkslista, krewni w RFN); propagandowa fraza o „neohitleryzmie” wobec realnego sentymentu; pomoc z Zachodu kierowana głównie do Niemców (do 1957 r.). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. III.4 (za J. Kłaczkowem, „Kościół Ewangelicko-Augsburski w Polsce 1945–1975”).
- Szacunek Konsystorza KEA: ponad 2000 budynków kościelnych i tyleż kaplic, kilkadziesiąt zakładów dobroczynnych, ok. 100 000 ha ziemi. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV (za H. Czemborem).
- Rozróżnienie „Ziem Dawnych”, „Ziem Zachodnich” i „Ziem Odzyskanych”; przestroga przed anachronizmem. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV i VI.
- Dekret (2 marca 1945) i ustawa (6 maja 1945) o majątkach opuszczonych i porzuconych; Tymczasowy Zarząd Państwowy; art. 13 (zarząd i użytkowanie). — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV.
- Zajmowanie opuszczonych (i obsadzonych przez Polaków) kościołów augsburskich przez katolików; późniejsza legalizacja „zaboru”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV (za R. Michalakiem).
- Dekret o majątkach opuszczonych i poniemieckich z 8 marca 1946 r. (Dz.U. 1946.13.87), art. 2; wyłączenie osób prawnych prawa publicznego; „odpowiednie polskie osoby prawne”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV i VI.
- Odebranie Kościołom ksiąg stanu cywilnego (od 1 stycznia 1946) i wykorzystanie tego do podważenia ich statusu osób prawnych prawa publicznego. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV i VI.
- „Komuniści, umocniwszy swą władzę, nie mają zamiaru przekazać na własność majątku kościelnego na Ziemiach Odzyskanych…”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. VI.
- Uchwała siedmiu sędziów Sądu Najwyższego z 19 grudnia 1959 r. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV i VI.
- Żądanie czynszu za użytkowanie budynków na Ziemiach Odzyskanych; wykazy obiektów do „wykwaterowania kleru i zakonów”. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. VI (sygn. APG 2375, 2998).
- Zabiegi KEA o przejęcie parafii i majątku KEU; rywalizacja na Mazurach i z metodystami. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV i VI (AAN, MAP, DW).
- Dekret z 19 września 1946 r. (Dz.U. 1946.54.304) i ustawa z 4 lipca 1947 r. (Dz.U. 1947.52.272); cezura 31 października 1946 r.; nacjonalizacja nadwyżki; równe prawa innych wyznań, w tym Kościoła Katolickiego. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV i VI.
- Włączanie do KEA parafii, a nie Kościołów — „oportunizm prawny” zwalniający z dialogu z zagranicznymi władzami zlikwidowanych Kościołów. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. IV (cyt. za D. Binemann-Zdanowicz; autor opracowania odnosi się do tej tezy krytycznie).
- Toruńska parafia augsburska przed wojną (ok. 101 osób w l. 1934–1938), uboga, nabożeństwa w kościele staroluterańskim przy ul. Strumykowej. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. V (za U. Molin).
- Spór o kościół b. parafii staromiejskiej KEU przy Rynku Staromiejskim w Toruniu; objęcie go przez jezuitów; decyzja TZP z 20 października 1945 r. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. V.
- Pismo proboszcza luterańskiego do wojewody i wynik kontroli zarzutów. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. V (sygn. APB, UWP, WSP).
- Nieruchomości otrzymane przez toruńską parafię augsburską (kościół przy Strumykowej, plebania, cmentarze, działki, kościół przy ul. Wały); polskie pochodzenie proboszcza i superiora jezuitów. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. V.
- Przeznaczenie świątyń ewangelickich: zarząd i użytkowanie dla Kościoła Katolickiego, szkoły, magazyny, rozbiórka na materiał; przejęcia przez gminy i PNZ. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. VI, przyp.
- Ustawa z 23 czerwca 1971 r. (Dz.U. 1971.16.156) o przejściu niektórych nieruchomości na Ziemiach Zachodnich i Północnych na osoby prawne kościołów i związków wyznaniowych. — za: W. Sławiński, dz. cyt., rozdz. VI.
Odcinek opracowano na podstawie zbioru studiów Wojciecha Sławińskiego, „Ze studiów nad polityką wyznaniową w Polsce w latach 1944–1956. Mniejszości wyznaniowe” (Jagielloński Instytut Wydawniczy, Toruń) — w szczególności rozdziałów I (cele i taktyka władz), III.4 (Kościół Ewangelicko-Augsburski wobec aparatu bezpieczeństwa), IV (polemiki o nieruchomości Kościołów ewangelickich), V (kościół jezuicki w Toruniu) i VI (losy majątku poewangelickiego). Tam, gdzie autor przytacza ustalenia innych badaczy (m.in. J. Kłaczkowa, „Kościół Ewangelicko-Augsburski w Polsce 1945–1975”, Toruń 2010, R. Michalaka, E. Alabrudzińskiej, H. Kołodziejka, U. Molin), zaznaczono to w przypisach. Datacja aktów prawnych i sygnatury archiwalne podano wiernie za autorem; ewentualne rozbieżności paginacji w źródłach archiwalnych sygnalizuje sam W. Sławiński.