Wiosną 1939 roku w kościołach Pucka, Wejherowa i Kościerzyny rozegrała się scena, która mówi o tym Kościele więcej niż niejeden dokument. Przy tablicach upamiętniających poległych w pierwszej wojnie światowej zawisły wieńce ze swastykami — a ewangeliccy pastorzy odmówili ich przyjęcia. W Skórczu pod Starogardem próbowano nawet odciąć wstęgę z hitlerowskim krzyżem. Lokalne koło Partii Młodoniemieckiej odpowiedziało gwałtownym atakiem w swoim pisemku „Der Stosstrupp", wydawanym w pomorskich Skarszewach.1 Ten drobny, zapomniany konflikt — o wieniec na ścianie wiejskiego kościoła — był jednym z ostatnich aktów dramatu, który przez sześć lat rozsadzał największą wspólnotę protestancką polskich ziem zachodnich.
By zrozumieć tę scenę, trzeba cofnąć się o dwie dekady. Zdecydowana większość protestantów zamieszkujących województwa pomorskie i poznańskie należała do Kościoła Ewangelicko-Unijnego. Do 1918 roku był to po prostu pruski Kościół państwowy — z superintendentami, konsystorzami królewskimi i naczelną radą kościelną w Berlinie, której głową był sam król pruski. Gdy granice się przesunęły, struktura ta nie zniknęła. W kwietniu 1920 roku nadzwyczajny synod w Poznaniu uchwalił tak zwaną „Notverfassung" — ustawę doraźną, która podporządkowała ewangelickie gminy unijne Konsystorzowi w Poznaniu, a przede wszystkim podtrzymała łączność z władzami kościelnymi w Berlinie.2 Władze polskie nigdy tej ustawy nie uznały. Przez cały okres dwudziestolecia stosunek prawny tego Kościoła do państwa pozostał nieuregulowany — i ten nierozwiązany węzeł zaważy na wszystkim, co nastąpi.
W 1927 roku Kościół Unijny liczył — według własnych statystyk — ponad 292 tysiące wiernych w blisko czterystu gminach luterańskich i siedmiu reformowanych.3 Byli to w większości Niemcy; niewielkie grupy ewangelików polskojęzycznych, o często nieugruntowanej świadomości narodowej, trwały na obrzeżach. W Poznaniu rezydował generalny superintendent Paul Blau, zachowujący niemieckie obywatelstwo. Po wyjeździe do Rzeszy większości niemieckich urzędników, nauczycieli i lekarzy to właśnie pastorzy stali się przewodnią siłą mniejszości niemieckiej — integrowali ją na płaszczyźnie narodowej i religijnej zarazem. Współpraca z Berlinem, skąd płynęła znaczna pomoc finansowa, stała się źródłem nieustannych tarć z polską administracją.4
✦ ✦ ✦Wszystko zmienił rok 1933. W lipcowych wyborach kościelnych w Niemczech około 70 procent głosów zdobył ruch „Niemieckich Chrześcijan" (Deutsche Christen), otwarcie głoszący idee narodowosocjalistyczne. Powstał Kościół Rzeszy, a na biskupa wybrano zaprzyjaźnionego z Hitlerem Ludwiga Müllera. Wprowadzenie „paragrafu aryjskiego" i zasady wodzostwa (Führerprinzip) do Kościoła wywołało opór, lecz prawdziwy rozłam przyniosła osławiona manifestacja w berlińskim pałacu sportowym 13 listopada 1933 roku. Padły tam żądania odrzucenia Starego Testamentu i jego — jak mówiono — „żydowskiej moralności kupieckiej". W odpowiedzi rok później narodził się Kościół Wyznający (Bekennende Kirche).5
Te wstrząsy obserwowano w Poznaniu z niepokojem. Otwarta krytyka „Niemieckich Chrześcijan" była jednak trudna — Kościół Unijny pozostawał finansowo zależny od współwyznawców w Rzeszy. Już 3 listopada 1933 roku zwołano konferencję około osiemdziesięciu pastorów, poświęconą łączności z „Kościołem macierzystym" (Mutterkirche). Paul Blau zdał relację z podróży do Berlina: delegacja z Polski została przyjęta przez biskupa Müllera, który zapewnił o utrzymaniu więzi. Drugi z hierarchów, biskup Joachim Hossenfelder, obiecał nawet, że nie będzie zakładał grup „Niemieckich Chrześcijan" w Polsce. Z jednym zastrzeżeniem — że nie może zabronić poszczególnym pastorom przystąpienia do ruchu.6 W tym zastrzeżeniu krył się cały przyszły kłopot.
✦ ✦ ✦Linia obrony, jaką obrał Paul Blau, była z pozoru prosta: wstrzymać się od wszelkiej polityki. Na konferencji pastorów 24 kwietnia 1934 roku zalecił, by duchowieństwo nie popierało ani nie zwalczało Partii Młodoniemieckiej — bo zadaniem Kościoła jest jednoczyć wiernych, a nie ich dzielić. Trzy tygodnie później prośba ta zmieniła się w formalny zakaz wszelkiej działalności politycznej, szczególnie dotkliwy dla pastorów z niemieckim obywatelstwem, którym groziło natychmiastowe wydalenie z Polski.7
Zakaz okazał się jednak nieszczelny — i to z winy samych władz kościelnych. Już w maju 1934 roku na łamach „Posener Tageblatt" ukazała się całostronicowa odezwa atakująca Partię Młodoniemiecką i wzywająca do utworzenia Niemieckiego Bloku Jedności. Pod odezwą widniały pełne nazwiska i tytuły radców poznańskiego konsystorza: Gottfrieda Heina i Richarda Hildta.8 Było to nie tylko złamanie własnego zakazu, lecz formalne opowiedzenie się Kościoła po jednej ze stron sporu. Pastor Gottfried Greulich z Wronek zauważył trzeźwo, że jeśli ci, którzy zakazują polityki, sami ją uprawiają, osłabiają i swój autorytet, i posłuch wśród wiernych.9 Niebawem sam Blau uczynił wyjątek: w październiku 1934 roku zalecił duchownym z polskim obywatelstwem wstępowanie do nowo zatwierdzonej organizacji Deutsche Vereinigung in Westpolen — tłumacząc, że to nie partia, lecz „jednolita niemiecka organizacja narodowa".10
✦ ✦ ✦Partia Młodoniemiecka nie zostawiła tego bez odpowiedzi. Jej centrala w Bielsku zarzuciła Kościołowi działalność polityczną i zagroziła przeniesieniem sporu na forum publiczne — co Blau słusznie odczytał jako szantaż i odrzucił.11 Wówczas zaczęły się ataki. Organ partii, poznańskie „Deutsche Nachrichten", publikował napaści na czołowych duchownych; organizowano demonstracje antykościelne, jak ta w gnieźnieńskim kinie „Słońce" w październiku 1935 roku. Swoiste apogeum nadeszło w styczniu 1936 roku, gdy monachijskie pismo „Am Heiligen Quell Deutscher Kraft" ogłosiło, że władze Kościoła Unijnego są żydowskiego pochodzenia i próbują „uczynić z Niemców w Polsce Żydów". Bydgoskiemu superintendentowi Juliusowi Assmannowi zarzucono, że jest mistrzem loży masońskiej „Janus" — co akurat było prawdą. Konkluzja brzmiała: „Żyd, jezuita i mason zjednoczyli się, by zwalczać przebudzenie rasowe w Niemczech".12
„Żyd, jezuita i mason zjednoczyli się, by korzystając z prawnej ochrony przysługującej Kościołom, zwalczać i lżyć przebudzenie rasowe w Niemczech."
Atmosfera stała się tak gęsta, że w poznańskim konsystorzu postanowiono odpierać zarzuty „głupie i niesmaczne" na ich własnym, upiornym poziomie — poproszono przebywającego w Dreźnie generalnego superintendenta, by przysłał swoje drzewo genealogiczne na dowód aryjskiego pochodzenia.13 Kościół, który chciał trzymać się z dala od polityki rasowej, dał się w nią wciągnąć choćby przez konieczność tłumaczenia się z własnej krwi.
✦ ✦ ✦Najgroźniejszy nie był jednak wróg z zewnątrz, lecz pęknięcie wewnątrz. Już w styczniu 1935 roku na konferencji pastorów w Poznaniu grupa duchownych sprzyjających Partii Młodoniemieckiej wystąpiła zwartym frontem; padło oskarżenie o spiskowanie i chęć przejęcia władzy w Kościele.14 W marcu, podczas poufnego spotkania w Lwówku koło Pniew, działacze partii zasiedli z kilkoma pastorami, których gospodarzem był Heinrich Grothaus. Uznano zbieżność poglądów, choć bez konkretnych planów.15 Z tego środowiska wyrosła Wspólnota Biblijna (Biblische Arbeitsgemeinschaft für Volks-Kirche) — i jej program „Zielsätze", podpisany w kwietniu 1935 roku przez jedenastu pastorów.16
Program ten zapowiadał budowę „Kościoła ludowego" (Volks-Kirche) — opartego nie na pogłębianiu wiary poszczególnych osób, lecz na zbiorowościach: rodzinnych, sąsiedzkich, rodowych. Żądał likwidacji organizacji kościelnych, zwłaszcza młodzieżowych, i zastąpienia ich „okręgami sąsiedzkimi" z cotygodniowymi „ewangelickimi wieczorami sąsiedzkimi" służącymi „umacnianiu życia narodowego".17 Był to — jak trafnie ujął to historyk — program o jawnie narodowosocjalistycznym charakterze, zakładający Kościół oparty na wartościach narodowych, nie uniwersalnych. (Warto odnotować różnicę stopnia: w samym programie zabrakło haseł skrajnie antysemickich — żądań „odjudaizowania" chrześcijaństwa czy paragrafu aryjskiego, które rozdzierały Kościół w Rzeszy.) A jednak rozwiązanie organizacji kościelnych przekreśliłoby całą piętnastoletnią pracę Kościoła Unijnego w Polsce.
Odpowiedzią władz nie były represje, lecz argument. Ekspertyzę przeciw „Zielsätze" przygotował pastor Otto Cornels z Witkowa, który rozesłał do wszystkich gmin proste rozróżnienie: nie można porównywać życia według reguł boskich z życiem według reguł narodowych — Kościół i naród to dwie różne rzeczy.18 Gdy rok później Grothaus rozwinął swe tezy w obszernym referacie „Volk und Kirche", Cornels odparł z gorzką ironią, że właściwy tytuł powinien brzmieć: „Jak mogę udowodnić, że narodowy socjalizm da się pogodzić z chrześcijaństwem?".19
✦ ✦ ✦Tymczasem ławki pustoszały. Spadała frekwencja na nabożeństwach; superintendent okręgu Inowrocław–Mogilno tłumaczył to bogactwem rozrywek oferowanych przez Partię Młodoniemiecką, lecz wkrótce zaczęto wprost mówić o bojkocie Kościoła i jego duchownych.20 Paul Blau, choć niechętny mieszaniu polityki do kazań, musiał zabrać głos. W odezwie noworocznej na 1936 rok wymienił trzy zagrożenia: ruch bezbożniczy, neopogański „niemiecki ruch wyznaniowy" odrzucający chrześcijaństwo oraz — od wewnątrz — dążenie do „odjudaizowania" wiary przez odrzucenie Starego Testamentu.21
Recepta Blaua zdradzała jednak całą dwuznaczność jego położenia. Wzywał do wierności „ewangelickiej wierze ojców", lecz zarazem podkreślał jej niemiecki, narodowy charakter — dowodząc, że to właśnie protestantyzm winien skupiać mniejszość niemiecką. Wielokrotnie przypominano zasługi Marcina Lutra, którego osoba miała „na wszystkie czasy" łączyć Kościół ewangelicki i naród niemiecki.22 Była to próba mówienia językiem przeciwnika — dostosowania się do nacjonalistycznej frazeologii, by zachować dusze. Z czystszą intencją polemizował poznański superintendent Arthur Rhode, który w 1937 roku w siedmiu kolejnych numerach „Glaube und Heimat" dowodził rzeczy z pozoru oczywistej: nie można odrzucać ksiąg, z których czerpał sam Jezus Chrystus.23
✦ ✦ ✦Pomoc nadeszła z najmniej oczekiwanej strony — od polskiej administracji. W lutym 1937 roku pastor Grothaus, posiadacz niemieckiego obywatelstwa, został wydalony z Polski. Władze nie podały przyczyn, lecz nie ulega wątpliwości, że chodziło o jego działalność polityczną.24 Po jego odejściu liczba zwolenników Wspólnoty Biblijnej gwałtownie zmalała; na zebranie w czerwcu 1937 roku przybyło zaledwie dziesięć osób, a wypowiedzi wyraźnie stonowano — w nadziei na pomoc konsystorza w razie zatargów z polskimi starostami.25 Paradoks położenia tego Kościoła trudno o lepszy: presja polskiego państwa, źródło tylu skarg, okazała się tarczą przed nazyfikacją.
Władze kościelne broniły się jeszcze inaczej — odcinając młodych. W 1936 roku synod krajowy postanowił zrezygnować ze studiów zagranicznych i przekształcić poznańską Szkołę Teologiczną w Wyższą Szkołę Teologiczną. Oficjalnie chodziło o trudności paszportowe; w istocie — o zahamowanie kontaktu młodych teologów z hitlerowską ideologią płynącą z Rzeszy.26 Z tych samych powodów Blau zawiesił udział pastorów w konferencjach teologicznych w Wolnym Mieście Gdańsku, organizowanych od 1926 roku wspólnie z tamtejszym środowiskiem; w 1934 roku zawiadomił o tym gdańskiego biskupa Beermanna, tłumacząc się chęcią zachowania neutralności wobec „walki kościelnej" w Niemczech.27
Decyzja ta ściągnęła nań ostry atak ze strony „Niemieckich Chrześcijan", którzy zarzucili poznańskiemu konsystorzowi chronienie pastorów przed „zakażeniem" ich ideologią.28 I tu odsłania się prawda o Paulu Blau. Był on niewątpliwie przeciwnikiem hitleryzacji Kościoła — lecz finansowa zależność od „Kościoła macierzystego" nie pozwalała mu na otwartą krytykę. O wiele wygodniej było tłumaczyć każdą decyzję szykanami polskiej administracji niż przyznać, że broni Kościoła przed własnymi rodakami.29
✦ ✦ ✦Im słabsza stawała się pomoc z Rzeszy, tym bardziej demonstracyjna stawała się lojalność wobec Warszawy. Jeszcze 3 maja 1933 roku większość pastorów nie odprawiła nabożeństw z okazji polskiego święta. Ale już od 1934 roku nabożeństwa za polskie święta państwowe odprawiano regularnie w większości gmin — aż do 1939 roku włącznie.30 Czy była to szczera chęć porozumienia, dezaprobata dla Rzeszy, czy tylko asekuracja? Historyk waży ostrożnie: zapewne wszystkie te motywy naraz. Władzom zależało nade wszystko na uregulowaniu stosunku prawnego z państwem — tym pilniej, że ciężko chory Paul Blau, urodzony w 1861 roku, mógł wkrótce nie udźwignąć urzędu, a sprawy następstwa nie dało się rozstrzygnąć bez zgody Warszawy.31
Tak doszło do kroku przełomowego. Synod konstytucyjny w lutym 1938 roku uchwalił nowy statut, w którym zrezygnowano z instytucjonalnej łączności z Kościołem w Rzeszy. W mowie inauguracyjnej Blau wyznał słowa, które streszczają cały dramat tej wspólnoty:
„Jesteśmy, poprzez zrządzenie Boga, tym czym jesteśmy, Niemcami, ale Niemcami w państwie polskim."
O panującym zamęcie świadczy fakt, że za konieczne uznano zapisanie w nowej ustawie rzeczy z pozoru bezspornej dla chrześcijan — iż podstawą wiary jest także Stary Testament.32 Tym dziwniejszy był brak reakcji polskich władz: Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego do września 1939 roku nie odpowiedziało na przesłany projekt ustawy.33
✦ ✦ ✦Ostatnie miesiące pokoju przyniosły dwa równoległe dramaty. Z jednej strony trwały zatargi z Partią Młodoniemiecką — o swastyki w kościołach, o flagi partyjne na trumnach, o hitlerowskie pozdrowienia nad grobami. Gdy w marcu 1939 roku w Pobiedziskach członkowie partii zażądali pochówku z flagą i „Deutscher Gruss", radca konsystorza Gottfried Hein zgodził się na wartę honorową, lecz odmówił flagi i hitlerowskich pozdrowień nad grobem.34 Z drugiej strony — polskie społeczeństwo, nie dostrzegając różnic w postawach Niemców, kierowało wrogość ku całej mniejszości. Wiosną 1939 roku mnożyły się incydenty: wybijano szyby w kościołach, znieważano ewangelickie cmentarze, zakłócano nabożeństwa — często przy biernej postawie policji.35
Końcówka jest gorzka i pozbawiona zwycięzców. Latem 1939 roku represje uderzyły w sam Kościół: zarekwirowano „Dom Ewangelicki" w Poznaniu, zamknięto Wyższą Szkołę Teologiczną, 23 sierpnia wydalono większość pastorów z obcym obywatelstwem.36 Po wybuchu wojny internowano sześćdziesięciu sześciu duchownych unijnych; czternastu z nich straciło życie — wśród nich bydgoski superintendent Julius Assmann, ten sam, którego nazizm wcześniej szkalował jako masona.37
I oto najbardziej druzgocący akt tej historii. Sam Paul Blau — człowiek, który przez sześć lat bronił Kościoła przed nazyfikacją — we wrześniu 1939 roku, przebywając w Berlinie, przesłał do swoich wiernych odezwę witającą wkroczenie Wehrmachtu słowami: „Das Wunder ist geschehen! — Cud się dokonał! Wasze sny stały się rzeczywistością". Wódz miał być „wybawicielem z dwudziestoletniej polskiej tyranii".38 Opisy krzywd, jakich rzeczywiście doznali duchowni i świeccy, stały się natychmiast paliwem hitlerowskiej propagandy usprawiedliwiającej represje wobec ludności polskiej. (I właśnie ten splot — realnych cierpień i ich propagandowego nadużycia — sprawił, że w powojennej historiografii bardzo długo przeważał uproszczony obraz mniejszości niemieckiej jako jednolicie irredentystycznej i nazistowskiej.)
A przecież obraz prawdziwy był nieskończenie bardziej zawikłany. Większość pastorów zachowała wierność przełożonym; fascynacja nazizmem u części z nich miała charakter przejściowy, związany raczej z przejęciem frazeologii niż doktryny. Kościół Ewangelicko-Unijny w Polsce nie był ani gniazdem hitleryzmu, ani jego bohaterskim przeciwnikiem. Był wspólnotą ludzi rozdartych — między dwiema lojalnościami, dwoma państwami i dwiema epokami — którzy próbowali ocalić wiarę w czasie, gdy o wierze coraz częściej rozstrzygała polityka. To, że nazizm tego Kościoła nie połknął w całości, było nie tyle triumfem, co świadectwem, jak ciężko żyło się tym, którzy nie chcieli wybrać.