Czwartego sierpnia 1836 roku ośmiu rybaków z niewielkiej wsi na Półwyspie Helskim wywiozło na wodę i utopiło w Bałtyku samotną wdowę. Nie była to zbrodnia z chciwości ani z zemsty osobistej w zwykłym tego słowa znaczeniu. Zabili ją dlatego, że uznali ją za czarownicę — winną ciężkiej choroby jednego z sąsiadów. Rzecz wydarzyła się nie w mrocznym średniowieczu i nie w gorączce procesów nowożytnych, lecz w państwie pruskim, które już kilkadziesiąt lat wcześniej, na fali oświecenia, wykreśliło czarostwo z kodeksu karnego.1 Od końca XVIII wieku aparat państwa przestał ścigać domniemane czarownice — a zaczął ścigać ich oskarżycieli. To właśnie czyni tę opowieść tak niepokojącą: kara spadła nie z wyroku sądu, lecz z ręki sąsiadów, samowolnie, wbrew prawu, które takich oskarżeń już dawno nie uznawało.
Ofiarą była Krystyna Ceynowa, matka — według akt — sześciorga dzieci, wdowa, znachorka, od dawna podejrzewana przez sąsiadów o czary. Wieś, która nosiła wówczas nazwę Ceynowa (dziś to Chałupy), pogrążyła się w kryzysie: ciężko zaniemógł jeden z mieszkańców, rybak Jan Kąkol. W takich chwilach lęku odżywała stara wiara, że za nieszczęściem stoi czyjś zły urok. Prowodyrem zajścia był wędrowny szalbierz podający się za uzdrowiciela, Stanisław Kamiński, który nakłonił rybaków do poddania kobiety „próbie wody". Uwięzili ją, bili kijami, związali i wrzucili do morza. Gdy utrzymała się przez chwilę na powierzchni — prawdopodobnie dzięki obszernej spódnicy — uznali to za dowód winy. Dali jej dobę na odczynienie uroku; gdy chory nie wyzdrowiał, wrzucili ją do wody powtórnie, a Kamiński dobił ją nożem.2
Sprawa wstrząsnęła okolicą i odbiła się szerokim echem. Jeszcze w 1902 roku stary, mieszkający w Berlinie historyk Rudolf Foss we wspomnieniach z młodości spędzonej w Gdańsku przywoływał — wśród opowieści o kaszubskich zabobonach — że „rybacy z Helu utopili jedną z czarownic".3 Tyle że pamięć ludzka, im dłużej żyje, tym chętniej zamienia się w legendę.
✦ ✦ ✦I tu zaczyna się druga warstwa tej historii — nie o samej zbrodni, lecz o tym, co z nią zrobiła literatura. Krystyna Ceynowa doczekała się powieści, haseł encyklopedycznych i opracowań naukowych, w których powtarza się jedno zdanie: że była „ostatnią osobą w Polsce, która poniosła śmierć w wyniku oskarżenia o czary".4 W pracach ostrożniejszych mówi się o ostatniej czarownicy „na Pomorzu" lub „na Kaszubach". To zdanie, powtarzane od dziesięcioleci, okazuje się jednak nieprawdziwe — i właśnie jego sprostowaniu poświęcił swoje studium historyk Uniwersytetu Gdańskiego Radosław Kubuś, na którego ustaleniach opiera się ten odcinek.1
Zanim jednak dojdziemy do tego, dlaczego „ostatnia" jest słowem nadużytym, warto pokazać, jak kruche bywają nawet sławne ustalenia. Wokół sprawy Ceynowy narosło bowiem sporo drobnych przekłamań — i jeden poważny błąd. Część autorów podaje na przykład, że herszt zajścia, Stanisław Kamiński, dostał dwadzieścia pięć lat więzienia. Tymczasem oficjalny dziennik urzędowy regencji gdańskiej z 1838 roku notuje, że jednogłośną decyzją Senatu Kryminalnego Wyższego Sądu Krajowego w Kwidzynie oraz Królewskiego Trybunału w Królewcu skazano go na dożywotnie więzienie (lebenswierige Zuchthausstrafe), a współsprawcom wymierzono kary twierdzy lub więzienia do dwóch lat. Wyrok zapadł po niemal dwuletnim procesie — co najlepiej świadczy, jak skrupulatnie państwo pruskie ścigało już wówczas nie czarownice, lecz tych, którzy brali sprawiedliwość w swoje ręce.5
Poważniejsze nieporozumienie wyszło spod pióra autorki, która oparła się na tak zwanej Himmlers Hexenkartothek — kartotece procesów o czary, gromadzonej w czasie wojny przez wyspecjalizowaną komórkę SS, a przechowywanej w Poznaniu. Zestawiając te materiały między innymi z powieścią Stefana Żeromskiego Wiatr od morza, wywiodła z nich, że utopioną kobietą była w istocie nie Krystyna Ceynowa, lecz niejaka Krystyna Hallmann. Kubuś wykazuje, że to wniosek chybiony.1 Autentyczne akta procesu wytoczonego sprawcom samosądu istnieją i są przechowywane w Tajnym Archiwum Państwowym Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego w Berlinie — a źródła te, podobnie jak wcześniejsze badania Nilsa Freytaga, konsekwentnie mówią o Krystynie Ceynowie. Materiały SS, zideologizowane i pełne błędów, nie mogą mieć przed nimi pierwszeństwa. To ważna przestroga: bezkrytyczne zaufanie do efektownego, lecz skażonego źródła sprawiło, że błąd powielono w kolejnych publikacjach.
✦ ✦ ✦Najważniejsze jest jednak to, co stoi za samym słowem „ostatnia". Bo niemal dokładnie taki sam dramat rozegrał się dwadzieścia lat później — i to bliżej Gdańska, niż dotąd przypuszczano. Trzydziestego października 1856 roku, około dziesiątej wieczorem, w majątku ziemskim Kokoszki (dziś dzielnica Gdańska) zamordowano Elżbietę Duszkowską.6 O sprawie nie wiadomo by nic, gdyby nie list, jaki właściciel Kokoszek, Constantin Wilhelm Weickhmann, napisał do proboszcza parafii w Matarni, Johana Kajewicza; odpis tego listu przetrwał w berlińskim archiwum.6
Przebieg zdarzenia był prosty i okrutny. Tuż przed dziesiątą do domu Duszkowskiej, która szykowała się już do snu, przyszedł parobek Hanserowski, prosząc, by pomogła jego chorej żonie. Kobieta uchodziła bowiem za znającą się na leczeniu. Gdy przybyła do domu Hanserowskich, parobek — być może z udziałem swoich dorosłych już dzieci — zarąbał ją siekierą. Rodzina od dawna podejrzewała Duszkowską, że to ona „zadała" Hanserowskiej kołtun — chorobę, która w Kokoszkach pojawiała się nagminnie i często kończyła się śmiercią albo obłędem. Sama chora w chwili zbrodni wpadła w szał i jęczącym głosem wykrzykiwała nad zwłokami: „Bóg dał mi siłę, by zabić szatana" (Gott hat mir Kraft gegeben den Satan zu tödten).6
Podobieństwo obu spraw uderza. Ofiarami były ubogie, podstarzałe wdowy, samotnie wychowujące dzieci, niecieszące się we wsi dobrą sławą. Obie posądzono o sprowadzenie choroby; w obu wypadkach brak „odczynienia" uroku przypieczętował wyrok. Zła fama ciągnęła się za Duszkowską latami — jeszcze za życia jej męża, z którym się notorycznie kłóciła, a który zmarł na cholerę w sierpniu 1855 roku. Już trzy lata przed tragedią krewni chorych przychodzili do właściciela majątku ze skargami, że to ona zadała kołtun; gdy jednak Weickhmann pytał, jak miałoby do tego dojść, odpowiadano tylko, że kobietę „spotykano na ulicy". Zbrodnia nie była więc dziełem chwili, lecz owocem wieloletnich uprzedzeń.6
Tragedię potwierdzają zapisy metrykalne. W księdze zgonów katolickiej parafii świętego Walentego w Matarni pod datą 30 października 1856 roku odnotowano Elżbietę Duszkowską; jako przyczynę śmierci podano zabójstwo (Todschlag), a w chwili śmierci kobieta liczyła pięćdziesiąt dziewięć lat. Zapis nie wspomina jednak o oskarżeniu o czary — gdyby nie zachowany list, motyw zbrodni pozostałby ukryty.7
✦ ✦ ✦Co z tego wynika? Kubuś formułuje wniosek ostrożnie, jak przystoi historykowi: sprawa Duszkowskiej spełnia wszelkie kryteria, by uznać ją za ostatni znany przypadek zabójstwa kobiety oskarżonej o czary w Prusach Zachodnich — z zastrzeżeniem, że dalsze badania mogą przynieść jeszcze późniejsze odkrycia.1 Słowo „znany" jest tu kluczowe. Nie wiemy, ile podobnych dramatów rozegrało się w ciszy wiosek i nigdy nie trafiło na papier. Różnica między oboma przypadkami jest przy tym istotna: Ceynowę zabił tłum w obrzędowej „próbie wody", Duszkowską — jeden mężczyzna, być może z synami. O zorganizowanym samosądzie wsi można mówić w pierwszym wypadku; w drugim ostrożniej.
Pozostaje pytanie, które wisi nad obiema historiami: jak to możliwe, że w połowie XIX wieku, w państwie z uniwersytetami, kodeksami i policją, ludzie wciąż topili i rąbali siekierą sąsiadki za rzucanie uroków? Odpowiedź jest niewygodna. Prawo można zmienić rozporządzeniem; wyobraźni — nie. Oświecenie wymazało czarostwo z paragrafów, lecz nie z głów. W chwilach kryzysu — epidemii, choroby, niewytłumaczalnego nieszczęścia — dawny lęk wracał i szukał winnego. Najłatwiej padało na kobietę samotną, ubogą, „inną", o której i tak źle już mówiono. Te dwie pomorskie śmierci nie są więc opowieścią o egzotycznym zabobonie z dalekiej przeszłości, lecz o tym, jak długo przesąd potrafi przeżyć prawo, które go zniósł — i jak łatwo lęk zamienia bezbronnego człowieka w „szatana", którego wolno zabić.
Warto, byśmy pamiętali oba imiona. Nie dla taniej grozy, lecz przez wzgląd na dwie ubogie kobiety z pomorskich wsi, którym odebrano życie w imię czegoś, czego nigdy nie było. Krystyna Ceynowa z Półwyspu Helskiego i Elżbieta Duszkowska z podgdańskich Kokoszek — pierwsza głośna i już opisana, druga niemal zapomniana — należą do tej samej, najsmutniejszej karty dziejów Pomorza.