Pod koniec marca 1945 roku, gdy ucichły walki o Gdańsk, w mieście zaczął się czas, którego nikt z dawnych mieszkańców już nie zobaczył. Niemiecka ludność — bez względu na wyznanie — opuściła miasto: najpierw w częściowej ewakuacji zarządzonej jeszcze przez władze niemieckie, potem w indywidualnych ucieczkach przed nadciągającym frontem, w końcu w zorganizowanej już akcji wysiedleńczej.1 Na ich miejsce napłynęła ludność polska, w przeważającej mierze katolicka. W ciągu kilku miesięcy oblicze wyznaniowe Gdańska odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni: miasto, w którym dominowali ewangelicy, stało się miastem katolickim. A wraz z ludźmi zmienili się gospodarze świątyń.
Mówiąc „świątynie poewangelickie”, mamy na myśli kościoły należące przed wojną do Ewangelickiego Kościoła Unii Staropruskiej (Evangelische Kirche der altpreußischen Union) — wspólnoty, która zrzeszała luteran i ewangelików reformowanych. W całej diecezji gdańskiej, w jej pierwotnych granicach, było przed wybuchem wojny osiemdziesiąt takich obiektów: kościołów i kaplic. W powojennych latach czterdzieści osiem z nich przejął Kościół rzymskokatolicki, trzydzieści dwa zaś nie — co daje proporcję sześćdziesięciu do czterdziestu procent. W samym Gdańsku, w jego dzisiejszych granicach, świątyń tych było dwadzieścia siedem, a katolicy przejęli z nich szesnaście.1 Reszta — została zniszczona, zamieniona na cele świeckie albo trafiła w ręce innych wspólnot. Te liczby są szkieletem całej tej historii. Reszta to ludzie, decyzje i mury.
Trzeba na wstępie powiedzieć rzecz, która całej tej opowieści nadaje ton. To, że tyle gdańskich kościołów stoi dziś i służy, że nie rozsypały się w gruz ani nie zamieniono ich w hale targowe — w dużej mierze zawdzięczamy temu, że ktoś zechciał się nimi zająć. W powojennej rzeczywistości nieliczne już wspólnoty ewangelickie i prawosławne nie były w stanie utrzymać tylu zniszczonych budowli. Większości groziła rozbiórka albo świeckie przeznaczenie. Przejęcie przez Kościół katolicki było — jak pisze autor, na którym opieramy tę opowieść — „dla samych budowli i dla społeczności katolickiej miasta rozwiązaniem najlepszym”.2 Ale to nie cała prawda. Bo część dziedzictwa znikła mimo wszystko, a kilka spraw zostawiło po sobie cień, którego nie wypada przemilczeć.
✦ ✦ ✦Zacznijmy od drogi pierwszej i najliczniejszej — od świątyń ocalonych. Gdy do opustoszałego miasta zaczęli ściągać duchowni i zakonnicy, wiele wspólnot przybywało tu z Kresów, wygnanych ze Lwowa, Stanisławowa, Sądowej Wiszni. Szukali dachu nad głową i miejsca na służbę Bożą — a Gdańsk stał pełen pustych, wypalonych kościołów. Dążenie do przejęcia tych obiektów miało, według ówczesnych władz diecezji, trzy źródła: realne potrzeby duszpasterskie napływającej ludności, chęć ratowania budowli przed dalszą ruiną i grabieżą, oraz racje historyczne.2 To ostatnie warto wyjaśnić: spośród szesnastu przejętych świątyń aż dziewięć było pierwotnie kościołami katolickimi, które dopiero w dobie reformacji przeszły w ręce ewangelików. Stąd przekonanie strony katolickiej, że obiekty te „wracają” do dawnego właściciela. Argument ten — choć dla ewangelickiego sąsiada bolesny — był w ówczesnych realiach szczerze wyznawany.
Na Starym Mieście katolicy przejęli trzy kościoły. Kościół świętego Bartłomieja w 1945 roku był zniszczony niemal w osiemdziesięciu pięciu procentach — bez dachu, bez sklepień, z wypalonym wnętrzem. Ogrom zniszczeń zdawał się przesądzać, że „już się z ruin nie podźwignie”.3 A jednak podjęli się tego jezuici; odbudowa, prowadzona z mozołem przez dziesięciolecia, dobiegła końca dopiero w latach osiemdziesiątych, gdy wieży przywrócono metalowy hełm. Od 1990 roku kościół należy do diecezji, a jego rektorem został duszpasterz środowisk twórczych. Kościół świętej Elżbiety podnieśli z gruzu pallotyni — i co charakterystyczne, odbudowując hełm wieży, nie odtworzyli siedemnastowiecznego zwieńczenia zniszczonego w 1945 roku, lecz sięgnęli po pierwotny, gotycki kształt. Poświęcono go w styczniu 1949 roku.4
Najbardziej dramatyczne były losy kościoła świętej Katarzyny — najstarszej fary miasta. Z budowli ocalały tylko mury zewnętrzne. Objęli ją karmelici, ale ich odbudowa stała się długą wojną podjazdową z władzami państwowymi: pieczętowano wejścia, wstrzymywano prace, w samej świątyni urządzono na lata magazyn materiałów budowlanych przedsiębiorstwa konserwatorskiego. Zakonnicy odbudowywali kościół po kawałku, czasem tak, „by nie zwracać niczyjej uwagi”. Przełom przyniósł dopiero rok 1967, a całe dzieło zamknięto pod koniec lat osiemdziesiątych.5 Historia świętej Katarzyny dopisała później gorzki epilog: 22 maja 2006 roku, podczas prac na dachu, wybuchł pożar, który strawił dachy nad nawami i prezbiterium — był to największy od lat pożar kościoła w Polsce. Odbudowę ukończono w 2011 roku; świątynia pozostaje kościołem rektorskim pod opieką karmelitów.6
Podobnych historii ocalenia było więcej. Na Starym Przedmieściu kościół świętych Piotra i Pawła podnosił z ruin ksiądz Kazimierz Filipiak, kapłan obrządku ormiańskokatolickiego, wygnaniec ze Stanisławowa, który w głównym ołtarzu umieścił przywieziony stamtąd obraz Matki Bożej Łaskawej.7 W Oliwie cystersi objęli kościół zwany przez ewangelików kościołem Zgody albo Pojednania — szczęśliwie ocalały z wojny, uszkodzony dopiero w 1956 roku, gdy mały samolot strącił krzyż z hełmu wieży.8 We Wrzeszczu jezuici przejęli nietknięty walkami kościół Chrystusa, nadając mu wezwanie świętego Andrzeja Boboli; sąsiedni kościół Marcina Lutra trafił do duszpasterstwa wojskowego jako garnizonowa świątynia świętych Piotra i Pawła.9 Wszędzie powtarza się ten sam wzór: zniszczony albo opuszczony budynek, nowy gospodarz, lata żmudnej odbudowy — i ocalenie.
✦ ✦ ✦Ale nie wszystkie świątynie miały tyle szczęścia. Droga druga prowadzi do tych, które przepadły — i tu warto zatrzymać się dłużej, bo to właśnie one przypominają, że żadna z tych historii nie była tylko budującą opowieścią o ratowaniu zabytków. Kościół świętej Barbary w Długich Ogrodach przetrwał same walki niemal bez szwanku — by spłonąć dopiero 3 maja 1945 roku, kilka tygodni po zajęciu miasta, w wielkim pożarze, który zostawił po nim jedynie ruiny zewnętrznych murów.10 Gdy Kuria podjęła starania o odbudowę, władze przez lata planowały na przemian rozebranie świątyni albo przeznaczenie jej na halę targową, salę gimnastyczną, żłobek. Kościół udało się ocalić — w dużej mierze dzięki uporowi wiernych, którzy słali do urzędów memoriały i petycje, i dzięki rektorowi, który w ruinach urządził kapliczkę i bez zezwolenia odprawiał w niej msze. Ale cena była realna: aby uzyskać zgodę na odbudowę nawy głównej, trzeba było zburzyć nawę boczną. Mury nawy południowej rozebrano. Kościół stoi do dziś, lecz nie w tym kształcie, w jakim służył wspólnocie ewangelickiej przed wojną.10
Czasem jednak nie ocalało nic. Świątynia w Sobieszewie, przejęta przez saletynów i przemianowana na kościół Matki Bożej Saletyńskiej, była już w 1945 roku ciężko okaleczona — niemieccy żołnierze rozebrali znaczną część jej drewnianych stropów na budowę umocnień, a wieżę być może wysadzili.11 Odbudowano ją skromnie, bez wieży, i służyła parafii przez dziesięciolecia — aż 22 lutego 1986 roku pochłonął ją pożar tak doszczętny, że odbudowa okazała się niemożliwa. Zgliszcza rozebrano, a na tym samym placu stanął nowy kościół. Z dawnej ewangelickiej świątyni nie został kamień na kamieniu.
Dwa obiekty wymknęły się Kościołowi zupełnie. Świątynię w Świętym Wojciechu katolicy użytkowali tylko krótko, po czym władze przeznaczyły ją na cele świeckie — dziś mieści się w niej szkolna sala gimnastyczna. Kościół Bożego Ciała przy ulicy 3 Maja władze administracyjne przekazały duchownym polskokatolickim.2 A nad wszystkimi tymi sprawami unosi się postać kościoła świętego Jana — jednej z najpiękniejszych gotyckich świątyń miasta.
✦ ✦ ✦Losy kościoła świętego Jana na Głównym Mieście są osobnym rozdziałem, bo splatają się w nich wszystkie wątki tej opowieści. Tuż po wkroczeniu wojsk sowieckich świątynia została splądrowana i podpalona — ogień strawił całe wnętrze i dach.12 A jednak, co rzadkie, nie pozostawiono jej na pastwę losu. 17 sierpnia 1945 roku jej dotychczasowy gospodarz, niemiecki pastor Otton Eichel, przekazał kościół protokolarnie polskim luteranom, reprezentowanym przez delegata konsystorza ewangelicko-augsburskiego, pastora Zygmunta Michelisa. W dokumencie zaznaczono wyraźnie, że strona przejmująca jest tego samego wyznania co strona zdająca, i że przekazanie ma służyć utworzeniu w Gdańsku polskiej parafii ewangelickiej.12 Trzy dni później wojewoda potwierdził to przekazanie. Był to gest pojednawczy i piękny: jeden ewangelik oddawał drugiemu świątynię, by ciągłość modlitwy nie została zerwana mimo zmiany narodowości.
Tej ciągłości nie udało się jednak utrzymać. Polscy luteranie — nieliczni i pozbawieni funduszy na odbudowę tak ogromnej ruiny — z czasem zrezygnowali. Pastor Edward Dietz lata całe zabiegał o kościół wraz z plebanią, ale gdy władze ofiarowały mu sam zrujnowany kościół, a plebanię oddały siostrom zakonnym, przejęcie straciło sens. W 1960 roku świątynia trafiła w ręce administracji państwowej, „z przeznaczeniem na muzeum”. Snuto plany urządzenia w niej sali koncertowej, a nawet magazynu.12 Budowla niszczała — w 1986 roku runął jeden z ogromnych filarów wraz z częścią sklepienia. Dopiero w 1991 roku, na fali przemian, kościół wrócił do diecezji gdańskiej, a jego rektorem został ksiądz Stanisław Bogdanowicz, historyk gdańskich świątyń.12
I tu historia dopisała rozwiązanie, jakiego ówczesny autor nie mógł jeszcze znać. Dziś kościół świętego Jana funkcjonuje jako Centrum świętego Jana — międzynarodowe miejsce koncertów, wystaw i wydarzeń kultury, prowadzone od 1995 roku przez Nadbałtyckie Centrum Kultury na mocy porozumienia z archidiecezją. A jednocześnie pozostaje świątynią: w niedziele sprawuje się tu Mszę świętą, mieści się tu duszpasterstwo środowisk twórczych.13 Budowla, której groził magazyn, służy więc dziś i sztuce, i modlitwie — pod jednym dachem, jak za dawnych czasów łączyły się tu wiara i miasto. Sąsiedni kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zwany Mariackim — ten kolosalny, ceglany ostrosłup nad miastem — odbudowano znacznie wcześniej, w latach 1945–1955, i już w 1957 roku udostępniono wiernym w całości.14
✦ ✦ ✦Pozostaje droga trzecia — najdelikatniejsza. Bo o niejedną z tych świątyń ubiegali się nie tylko katolicy. W powojennym Gdańsku, mieście pełnym pustych kościołów, zgłaszały się po nie także wspólnoty ewangelicko-reformowane, prawosławne, metodystyczne. I tu zaczyna się historia, którą trudno opowiadać bez zadumy nad tym, jak łatwo dobre intencje splatają się z ludzką niekonsekwencją.
O kościół świętych Piotra i Pawła na Starym Przedmieściu, oprócz katolickich zmartwychwstańców, ubiegał się konsystorz ewangelicko-reformowany, a także Warszawski Duchowny Konsystorz Prawosławny.7 W 1948 roku władze przyznały świątynię reformowanym — i wydawało się, że poważnie zniszczony kościół znów stanie się kalwiński, jak przed wojną. Stało się inaczej: niewielka wspólnota reformowana nie odpowiadała na wezwania urzędów, świątynia była dla niej zbyt wielka i zbyt zrujnowana, by udźwignąć jej odbudowę. Ostatecznie, w 1958 roku, kościół trafił do Kurii. Dziś jest to czynna rzymskokatolicka parafia świętych Piotra i Pawła; kaplica obrządku ormiańskokatolickiego działała przy niej do 1992 roku, a personalna parafia ormiańska — w latach 1999–2009.15
Najboleśniejsza jest jednak sprawa kościoła świętego Jakuba w Oliwie — świątyni, która z wojny wyszła niemal nietknięta. Najpierw zajął się nią katolicki kapelan, ksiądz Tomasz Kołakowski, uzyskawszy od pastora Michelisa zgodę na tymczasowe użytkowanie — ale wyłącznie „do personalnej dyspozycji”, bez prawa odstępowania świątyni komukolwiek innemu.16 Gdy ksiądz Kołakowski przekazał kościół jednak dalej, stronie katolickiej, strona ewangelicka uznała umowę za złamaną. W odpowiedzi pastor Jan Szeruda, w imieniu konsystorza, oświadczył na piśmie, że ewangelicy przekazują świątynię świętego Jakuba gdańskiej parafii prawosławnej. Prawosławni — których proboszcz, ksiądz Eugeniusz Naumow, wcześniej porozumiał się z konsystorzem — wystąpili z protestem i prośbą o oddanie im kościoła, grożąc nawet drogą sądową. Bezskutecznie. 14 lipca 1946 roku odbyła się katolicka uroczystość poświęcenia świątyni, a wojewódzkie i ministerialne decyzje ostatecznie utrzymały obiekt przy katolikach.16
To trudna karta i nie wolno jej wygładzać. Świątynia, którą jedna ewangelicka ręka oddała prawosławnym, znalazła się w rękach katolickich wbrew woli zarówno prawosławnych, jak i — w tym akurat momencie — części strony ewangelickiej. Sprawiedliwość tej historii nie leży po żadnej ze stron w całości. Warto przy tym pamiętać, że gdańscy prawosławni nie zostali bez własnego domu modlitwy: ich parafia, sięgająca korzeniami kaplicy z 1720 roku, w 1954 roku otrzymała dawną ewangelicką kaplicę cmentarną we Wrzeszczu, gdzie do dziś mieści się cerkiew świętego Mikołaja — dziś konkatedra diecezji białostocko-gdańskiej.17 A nieliczni gdańscy ewangelicy, luteranie i reformowani, swoje miejsce znaleźli w kościele w sopockim Parku Południowym.2 Każda z rozdzielonych wspólnot zachowała ostatecznie swój ołtarz — choć nie zawsze ten, o który zabiegała.
✦ ✦ ✦Co więc zostaje z tej opowieści, gdy odłożymy protokoły zdawczo-odbiorcze, numery pism i daty narad? Zostaje obraz miasta, które w jednym momencie straciło niemal wszystkich swoich dawnych mieszkańców — i odziedziczyło ich świątynie. Można patrzeć na to jak na zwykłą zmianę właściciela: jedni odeszli, drudzy przyszli, klucze przeszły z ręki do ręki. Ale można i inaczej. Te mury były wznoszone ku chwale Bożej — najpierw, w średniowieczu, przez katolików; potem, w dobie reformacji, modlili się w nich ewangelicy; po wojnie znów stały się katolickie, a kilka z nich oddało swoje wnętrza prawosławnym, kulturze, ciszy. Zmieniały się języki kazań, formy nabożeństw, wezwania patronów. Nie zmieniło się jedno: że pod tymi sklepieniami nadal podnoszą się ludzkie głosy ku Bogu.
Bilans jest uczciwy tylko wtedy, gdy widzi się obie jego strony. Tak — szesnaście świątyń ocalono, podniesiono z gruzu, zabezpieczono żelbetem i wysiłkiem zakonników, którzy odbudowywali je wbrew władzy przez całe dziesięciolecia. I tak — część dziedzictwa przepadła bezpowrotnie: spalona święta Barbara straciła nawę, Sobieszewo i nowy kościół na jego miejscu, sala gimnastyczna w Świętym Wojciechu, hełm, którego nigdy nie odbudowano w Nowym Porcie. Triumf i strata stoją tu obok siebie, jak nawa obok zburzonej nawy. Pamięć, która chce być sprawiedliwa, musi pomieścić jedno i drugie.
Gdyby któraś z tych świątyń mogła przemówić, powiedziałaby pewnie to samo, co najstarszy kościół Słupska, który przez siedem wieków bywał farą, luterańską amboną, cerkwią i biblioteką: że gospodarze się zmieniali, a ona służyła dalej. Pomorze nieraz traciło swoje świątynie. Te, które ocalały — niezależnie od tego, czyje imię noszą dziś nad wejściem — są wspólnym dziedzictwem wszystkich, którzy się w nich modlili. I może właśnie to jest jedyna pamięć godna tych miejsc: nie kto je wygrał, lecz że nigdy nie przestały być domem modlitwy.