Gdy w Domu Chorych na Ospę — gdańskim Pockenhaus — kantor przyszpitalnej świątyni rozpoczynał poranek, czynił to nie od podania lekarstwa, lecz od słowa. Ordynacja z 1610 roku poleca mu „codziennie nauczać ubogich słowa Bożego, nakłaniać do modlitwy i wraz z nimi śpiewać pieśni nabożne".1 W tym jednym zdaniu mieści się cała filozofia opieki, jaką nowożytny Gdańsk roztaczał nad swoimi najsłabszymi: nad chorym, ubogim, osieroconym dzieckiem. Zanim podano chleb, podawano modlitwę — i jedno bez drugiego nie istniało.
Miasto leżało na styku trzech wielkich nurtów chrześcijaństwa: katolickiego, luterańskiego i kalwińskiego, a życie religijne przenikało tu każdą instytucję pożytku publicznego, w tym szpitale i sierocińce.2 Trzeba przy tym pamiętać, że „szpital" znaczył wówczas coś szerszego niż dziś — był domem dla chorych, ale i przytułkiem dla starców, kalek i ubogich, schronieniem dla tych, którzy nie mieli dokąd pójść. Pod jednym dachem mieściła się cała ludzka bieda miasta.
A miasto odpowiadało na nią szeregiem fundacji, których same nazwy układają się dziś w litanię gdańskiego miłosierdzia: Lazaret pod wezwaniem świętego Łazarza, Szpital na Zapleczu, zjednoczone szpitale świętego Ducha i świętej Elżbiety, świętego Jakuba, świętej Gertrudy, świętej Barbary, wreszcie Dom Dziecka przy kościele świętej Elżbiety i Dom Dobroczynności.3 Każda z tych instytucji miała własną ordynację — spisany regulamin życia. I w niemal każdej z nich modlitwa stała w samym środku dnia.
✦ ✦ ✦Rytm tego dnia wyznaczał dzwon. W szpitalu świętego Jakuba ordynacja z 1637 roku nakazywała, by „wszystkie kobiety i wszyscy mężczyźni tam przebywający, kiedy wezwie ich dzwon na modlitwę, niezwłocznie się stawili".4 W zjednoczonych szpitalach świętego Ducha i świętej Elżbiety bito w dzwon trzykrotnie — rano, w południe i wieczorem — a obecność na modlitwie była warunkiem dzielenia szpitalnego chleba.5 W szpitalu świętej Gertrudy schodzono się do modlitwy przed posiłkiem i po nim, a osobno w niedziele i czwartki, gdy w kościele głoszono kazanie.
Dla wielu pensjonariuszy ten dzwon był jedyną stałą rzeczą w życiu, które straciło już wszystko inne. Modlitwa wspólnotowa dawała choremu i staremu człowiekowi to, czego choroba i ubóstwo odbierają najpierw: poczucie, że wciąż się do kogoś przynależy. Stawano ramię w ramię — mężczyźni i kobiety, jak skrupulatnie wyliczają regulaminy — i przez chwilę szpitalna izba przestawała być przedsionkiem śmierci, a stawała się wspólnotą.
„Wszyscy i każdy, kto spożywa szpitalny chleb, codziennie zjawiali się w kościele na modlitwie trzykrotnie, rano, w południe oraz wieczorem".
Modlitwa miała też swoich strażników. Prowizorzy — świeccy zarządcy fundacji — co najmniej raz w miesiącu mieli odwiedzać szpitale i sprawdzać, czy nakaz jest zachowywany, „nakłaniając pilnie do modlitwy i słuchania Słowa Bożego".6 W szpitalu świętej Barbary, gdzie zachowała się dawniejsza, katolicka jeszcze tradycja, za życie duchowe pensjonariuszy odpowiadał spowiednik, który miał prowadzić wszystkich „dobrym przykładem bojaźni Bożej i innych cnót".7 Opieka duchowa nie była tu dodatkiem do leczenia — była jego częścią równie ważną jak strawa i dach nad głową.
✦ ✦ ✦Kto modlitwę zaniedbał, ponosił karę — i to jej zapis budzi dziś największe zdumienie. Ordynacje wielokrotnie grożą, że nieobecny „bez istotnego powodu" zostanie „pozbawiony utrzymania na osiem dni".8 Brzmi to surowo, niemal okrutnie, ale tu trzeba uważać. W oryginale mowa o die Kost — i autor opracowania przestrzega, że słowo to bywa błędnie tłumaczone jako „posiłek", a kara mylnie odczytywana jako przymusowa głodówka. (W istocie chodziło o całokształt świadczeń, do jakich pensjonariusz miał prawo z umowy przyjęcia do szpitala; w praktyce sankcja sprowadzała się do utraty bezpłatnego wyżywienia na kilka dni — człowiek musiał się wtedy zaopatrzyć we własnym zakresie, lecz nie skazywano go na głód.)
Była w tej karze jednak i druga, subtelniejsza dolegliwość. Odsunięcie od szpitalnego stołu oznaczało wyłączenie ze wspólnoty — a osoba odsunięta od wspólnego stołu jest tej wspólnoty na jakiś czas niegodna.9 Dla człowieka żyjącego wśród „sąsiadów", których oczy widziały wszystko, wstyd bywał karą dotkliwszą niż głód. I właśnie ten mechanizm — dyscyplina płynąca nie tylko z góry, od rady, lecz i z dołu, od samej społeczności — tłumaczy, dlaczego regulaminy traktowano poważnie.
✦ ✦ ✦Najczulej brzmią te przepisy, które dotykały dzieci. W Domu Dziecka przy kościele świętej Elżbiety — gdańskim Kinderhaus — nauczyciel miał według ordynacji z 1642 roku przebywać z dziećmi od siódmej do dziesiątej rano i od pierwszej do czwartej po południu, „aby pilnie wypełniać obowiązki swego urzędu poprzez modlitwy, śpiew i nauczanie".10 Zachowały się nawet tytuły pieśni i modlitw, które rozbrzmiewały w tej izbie: Aller Augen warten auf dich, Herr, Ojcze nasz, Dich bitten wir, deine Kinder. Dzieci miały przed nauką umyć twarz i ręce, wezwać Ducha Świętego, a po pracy podziękować Bogu pieśnią.
Uczono je elementarza, Małego katechizmu Lutra, psałterza, Ewangelii i ksiąg „pożytecznych", a także pisania i rachunków.11 Prowizorzy zbierali się co kwartał, by sprawdzić, „czy dzieci ze szkoły czynią postępy w nauce modlitw, czytania i pisania" — a zarazem, „czy nauczyciel jest pilny, czy nie".12 W ordynacji Lazaretu pojawia się przy tym zapis poruszający czujnością wobec krzywdy: zarządca miał baczyć, by sierot „nie wykorzystywały osoby posługujące w Lazarecie wedle własnego upodobania".13
I rzecz znamienna — wobec dzieci nie stosowano kary głodówki znanej z oddziałów dorosłych.14 Ordynacja Domu Dziecka z 1707 roku wprost zakazywała bicia kijami, pięściami czy książkami; dopuszczano jedynie rózgę „w zwykły sposób", i to bez gniewu, a dziecku należało najpierw wytłumaczyć, co uczyniło złego, „aby wiedziało, za co cierpi karę, i mogło się poprawić".15 Tam, gdzie dorosłych dyscyplinowano przez wstyd, dzieci starano się prowadzić raczej przez wdzięczność — przez budzenie uczucia, nie przez strach.
✦ ✦ ✦Bywały też godziny nadzwyczajne. Ordynacja szpitala świętej Barbary z 1684 roku — i bliźniaczy zapis Domu Dobroczynności z 1699 — nakazywały, by w czasie gwałtownej letniej burzy, gdy nad miastem grzmiało nocą, pensjonariusze nie poddawali się snowi, lecz na głos dzwonu wstawali i błagali Boga „o łaskawe odwrócenie ciężkiej nawałnicy, aby to dobre miasto i wszyscy jego mieszkańcy zostali zachowani i ustrzeżeni od ognia i wszelkiej szkody".16 Modlitwa szpitalnej wspólnoty stawała się w takiej chwili tarczą rozpostartą nad całym Gdańskiem.
A była i godzina najcichsza. W ordynacji Lazaretu z 1701 roku zapisano, by opiekunki chorych natychmiast budziły zarządcę, „gdyby w nocy któryś z chorych konał lub cierpiał z lęku" — ma go wówczas „wesprzeć modlitwą i pociechą", a gdyby chory pragnął, zapukać do dzwonnika i poprosić o przywołanie kaznodziei.17 Za suchą literą regulaminu kryje się tu obraz najbardziej ludzki z możliwych: konający człowiek, który nie zostaje sam, i ręka, która go przy umieraniu trzyma.
✦ ✦ ✦Pozostaje pytanie, które stawia sam badacz tych dokumentów: dlaczego władza świecka — rada miejska — z takim uporem zapisywała w prawie rzecz tak intymną jak modlitwa? Odpowiedź prowadzi w głąb protestanckiej teologii. W średniowieczu modlitwa pensjonariuszy za wymienianych z imienia dobroczyńców miała otwierać fundatorom bramy niebios; ten układ zachwiał się, gdy Luter zanegował wpływ dobrych uczynków na zbawienie.18 Odtąd głównym adresatem szpitalnej modlitwy wstawienniczej stało się samo miasto — najważniejszy dobroczyńca ubogich.
Rada uznawała się za strażnika cnót i świeckiego zwierzchnika Kościoła, a wspólną, codzienną modlitwę traktowała jako czytelny znak, że człowiek żyje zgodnie z normami nowej, ewangelickiej społeczności. Szpitale bywały — jak ujmuje to autor — „obszarem doświadczalnym", w którym idee religijne splatały się z wizją społeczną władzy.19 Co ciekawe, nie dostrzegano przy tym sprzeczności z nauką samego Lutra, który w Małym katechizmie pisał, że nie wolno „nikogo zmuszać do wiary lub do sakramentu" — wolność obrzędu pozostawiano radzie tam, gdzie chodziło o porządek, nie o sumienie.20
I jeszcze jedno, najpiękniejsze może przesunięcie sensu. Etos protestancki uznał za jedną z form modlitwy — pracę. Luter, nazwawszy pracę modlitwą, sprawił, że dawne ora et labora, „módl się i pracuj", przybrało postać módl się pracując.21 Dlatego w gdańskich szpitalach dzwon wzywał nie tylko do izby modlitwy, lecz i do warsztatu, do roboty, do codziennego trudu — bo i tam, wedle tej wiary, człowiek stawał przed Bogiem. Tak miłosierdzie nowożytnego Gdańska, ponad późniejszymi podziałami wyznań, splotło chleb, słowo i pracę w jeden gest troski o tych, których świat zostawił z tyłu.