Żeby zrozumieć, dlaczego Gdańsk stał się jednym z najważniejszych ośrodków muzyki kościelnej nad Bałtykiem, trzeba zacząć od człowieka, który napisał o muzyce w nabożeństwie więcej niż niejeden teolog: od Marcina Lutra. Luter sam był muzykiem — grał, śpiewał, komponował. W jego reformie wspólny śpiew całego zboru i muzyka organowa nie były ozdobą nabożeństwa, lecz jego sercem. Wierni nie mieli już tylko słuchać — mieli śpiewać. I to przekonanie, przeniesione do bogatego, mieszczańskiego, wielonarodowego Gdańska, stworzyło zapotrzebowanie na muzykę najwyższej próby. A tam, gdzie jest zapotrzebowanie i pieniądz, przychodzą mistrzowie.
Gdańsk XVII wieku był miastem, w którym mówiono wieloma językami. Mieszkali tu Niemcy i Polacy, Holendrzy i Szkoci, Skandynawowie — kupcy, marynarze, rzemieślnicy, których łączył port i interes. Takie miasto nie miało jednej tradycji muzycznej, bo nie miało jednej tradycji niczego. Było skrzyżowaniem dróg. I właśnie dlatego mogło stać się miejscem, w którym dwie najpotężniejsze szkoły ówczesnej Europy — niderlandzka i włoska — spotkały się nie w teorii, lecz w praktyce, na chórze jednego kościoła.
✦ ✦ ✦Pierwszą z tych dróg przywiózł do Gdańska Paul Siefert. Urodzony tu w 1586 roku, był gdańszczaninem z krwi i kości — ale jego muzyczny rodowód prowadził do Amsterdamu. W latach 1607–1609 uczył się u Jana Pieterszoona Sweelincka, największego organisty epoki, twórcy szkoły, z której wyszli niemal wszyscy znaczący organiści północnej Europy.1 Siefert wrócił z tej nauki z całym arsenałem niderlandzkiego kontrapunktu — surowej, uczonej, matematycznie precyzyjnej sztuki prowadzenia wielu głosów naraz. Po epizodach w Królewcu i służbie jako organista dworski w Warszawie osiadł wreszcie tam, gdzie się urodził: jako główny organista kościoła Mariackiego, którym pozostał do końca życia w 1666 roku.
Droga do tej posady nie była prosta. Już wcześniej, gdy w 1611 roku zmarł organista Mariacki Cajus Schmiedtlein, Siefert bezskutecznie starał się o jego stanowisko.1 (Minęły lata, nim ostatecznie objął najważniejszy instrument w mieście — co o gdańskim środowisku muzycznym mówi tyle, że posad takich nie rozdawano lekko.) Kiedy jednak Siefert wreszcie zasiadł przy mariackich organach, do Gdańska dotarła już niderlandzka szkoła Sweelincka — w pełnym brzmieniu, z pierwszej ręki.
✦ ✦ ✦Drugą drogę — tę z południa — otworzyła rodzina Försterów. Kaspar Förster starszy był od 1606 roku kantorem i bibliotekarzem Gimnazjum Akademickiego, a od 1627 roku kapelmistrzem kościoła Mariackiego.2 To on zbudował w mieście muzyczne zaplecze — ludzi, nuty, instytucję. Ale prawdziwy zwrot ku Włochom przyszedł wraz z jego synem. Kaspar Förster młodszy, urodzony w 1616 roku, wyruszył tam, dokąd w XVII wieku jeździło się po muzykę jak po święcenia — do Rzymu. Kształcił się u Giacoma Carissimiego, jednego z największych mistrzów włoskiego baroku, twórcy formy oratorium.2
Förster młodszy nie był jednak człowiekiem jednego miasta. Robił karierę na miarę całej Europy: był kapelmistrzem na dworze króla Danii Fryderyka III, krążył między dworami i kościołami, a w 1655 roku — na krótko — objął stanowisko kapelmistrza Mariackiego w rodzinnym Gdańsku.2 I oto, w jednym mieście, na przestrzeni jednego pokolenia, zeszły się obie wielkie szkoły epoki: Siefert przy organach z niderlandzkim kontrapunktem Sweelincka, Förster z włoską, śpiewną, dramatyczną manierą Carissimiego. Surowa geometria Północy i rozśpiewana emocja Południa — w tym samym kościele, nad tym samym Bałtykiem.
✦ ✦ ✦To spotkanie nie było przypadkiem, lecz konsekwencją tego, czym Gdańsk był z natury. Miasto kupieckie, otwarte, wielonarodowe, przyciągało muzyków tak samo, jak przyciągało towary — bo miało odbiorców, miało pieniądz i miało luterański kult, w którym muzyka stała w centrum, a nie na marginesie. Organista w kościele Mariackim nie był sługą drugiej kategorii; był postacią publiczną, a posada o taką rangę, że dwukrotnie zabiegał o nią ktoś tej miary co Siefert. W mieście, gdzie nabożeństwo żyło śpiewem zboru i głosem organów, mistrz muzyki znaczył tyle, ile gdzie indziej znaczył kaznodzieja.
I dlatego Gdańsk można nazwać muzyczną stolicą Bałtyku nie z lokalnej dumy, lecz z prostego faktu geograficznego i kulturowego: to tutaj, na styku morza i lądu, niemieckiego i polskiego, holenderskiego i włoskiego, spotykały się drogi, które gdzie indziej biegły osobno. Amsterdam Sweelincka i Rzym Carissimiego nie graniczyły ze sobą na żadnej mapie. Ale na chórze gdańskiego kościoła Mariackiego — w pewnym sensie graniczyły. Tak często bywa z miastami portowymi: zbiegają się w nich rzeczy, które nigdzie indziej nie miałyby powodu się spotkać.