Wyobraźmy sobie wiejski kościół w Bytowie pod koniec XVI wieku. Z ambony schodzi luterański kazania, ale w ławkach siedzą ludzie, którzy nie myślą po niemiecku ani po polsku — myślą po kaszubsku, w archaicznej zachodniosłowiańskiej mowie, jakiej nikt jeszcze nie odważył się zapisać. I oto pewien pastor postanawia, że jego owieczki będą śpiewać do Boga we własnym języku. Nie wiedział, że tym gestem otwiera całą tradycję piśmienniczą. My to wiemy — bo z tamtego roku zachowała się książka.
Pastorem był Szymon Krofey (po łacinie Simon Krofey), urodzony około 1545 roku we wsi Dąbie koło Bytowa, na pograniczu Pomorza i Kaszub.1 Od 1579 roku służył jako duchowny ewangelicko-augsburski przy bytowskim kościele.1 Był człowiekiem reformacji w pełnym tego słowa znaczeniu — a reformacja niosła ze sobą myśl prostą i wywrotową zarazem: że każdy wierny powinien móc czytać i śpiewać słowo Boże w języku, który naprawdę rozumie. Dla Lutra to oznaczało niemiecki zamiast łaciny. Dla Krofeya w Bytowie oznaczało coś jeszcze śmielszego — kaszubszczyznę.
✦ ✦ ✦W 1586 roku w Gdańsku, w oficynie drukarza Jakuba Rhodego, ukazał się efekt jego pracy: kancjonał o barokowo rozwlekłym tytule „Duchowne piesnie D. Marcina Luthera y ynszich naboznich mężów. Z niemieckiego w słowięski język wyłożone przez Szymona Krofea, sługę słowa Bożego w Bytowie".2 Był to zbiór luterańskich pieśni religijnych przełożonych — jak głosi sama karta tytułowa — „na słowięski język", czyli na lokalne, nasycone kaszubizmami narzecze, zapisane polską ortografią. Krofey prawdopodobnie korzystał ze wsparcia pomorskich książąt z dynastii Gryfitów, sprzyjających reformacji.2
Najtrudniejsze było to, czego żadne pióro przed nim nie próbowało: jak zapisać kaszubskie dźwięki, których polski alfabet po prostu nie znał. Krofey radził sobie, jak umiał — naginał polskie litery, kombinował, czasem trafiał, czasem nie. Dlatego do dziś językoznawcy spierają się, czy jego tekst to już kaszubszczyzna, czy jeszcze polszczyzna gęsto przetykana kaszubizmami. (Spór jest realny i prawdopodobnie nierozstrzygalny — pisownia jest zbyt niedoskonała, by oddać fonetykę z pewnością.) Ale jedno jest pewne: to najstarszy zachowany druk, w którym kaszubskie słowo w ogóle pojawia się na papierze.
✦ ✦ ✦Los tej książki to osobna opowieść. Przez stulecia uchodziła za zaginioną. Dopiero w 1896 roku niemiecki etnograf Franz Tetzner odnalazł jedyny zachowany egzemplarz — nie w bibliotece, nie w archiwum, lecz w kancelarii parafialnej w Smołdzinie koło Słupska, w samym sercu słowińskiej ziemi.2 W 1926 roku kancjonał trafił do biblioteki uniwersyteckiej w Gryfii (Greifswaldzie), gdzie spoczywa do dziś. (W obiegu krąży niekiedy informacja, jakoby egzemplarz znajdował się w Lubece — to nieścisłość; potwierdzona lokalizacja to Greifswald.) Cała wiedza o tym, jak brzmiało pierwsze drukowane kaszubskie słowo, wisi więc na jednym jedynym, ocalałym przez przypadek tomie.
Krofey nie pozostał sam. To, co zaczął, podjęli inni. Pół wieku później, w 1643 roku, pastor Michał Mostnik (Pontanus) ze Smołdzina wydał kaszubsko-słowiński przekład „Małego Katechizmu" Lutra — i nie przypadkiem dołączył do niego właśnie pieśni Krofeya, traktując je jako fundament, na którym buduje.3 Tak powstała ciągłość: od bytowskiego kancjonału, przez smołdzińskie katechizmy i perykopy, aż po cały korpus tekstów, dzięki którym dziś w ogóle wiemy, że ta mowa istniała.
✦ ✦ ✦Pomyślmy, jak kruche to było. Kaszubi i Słowińcy nie mieli własnego państwa, własnych szkół ani drukarń. Ich język żył w mowie, nie na piśmie — a to, co tylko mówione, znika razem z ostatnim, który pamięta. Gdyby pewien pastor z Bytowa nie uznał w 1586 roku, że pieśń jego parafian zasługuje na druk, kaszubszczyzna weszłaby w nowożytność niemal bez pisanej przeszłości. A weszła z metryką — niedoskonałą, jednoegzemplarzową, ocaloną przypadkiem ze smołdzińskiej kancelarii — ale jednak metryką. Bo języki, jak ludzie, potrzebują kogoś, kto pierwszy zapisze ich imię.