Stoi na skarpie, w środkowej części wsi, tam gdzie główna droga z Dębnicy Kaszubskiej do Kołczygłów krzyżuje się z drogą do elektrowni wodnej. Mały kościół w Gałązni Małej — murowany z cegły na kamiennych fundamentach, otynkowany, z dekoracją architektoniczną wyciągniętą z tynku, w stylu neoromańskim.1 Pod nim, w wąwozie ozdobionym postawnymi drzewami liściastymi, szybko i z szumem płynie Słupia. Dziewiętnastowieczna prasa kościelna opisała go z czułością, jakiej nie powstydziłby się żaden dzisiejszy reporter: „Milutki kościółek, całkiem masywny, pokryty dachówką, 50 stóp długi, 25 szeroki, 16 wysoki, leżący na skarpie szybko i z szumem płynącej Słupi, na pięknym, otoczonym wzgórzami górnym wąwozie”.2 Data jego budowy jest wmurowana w niszę tylnej elewacji rzymskimi cyframi — MDCCCLVII, rok 1857.
A na zachodniej ścianie szczytowej błyszczą w wieczornym słońcu trzy pozłacane krzyże. Ten sam dawny opis tłumaczy, dlaczego: miały promieniować na leżący niedaleko dwór junkierski, „którego drodzy właściciele nie wstydzą się krzyża Chrystusowego”.2 To zdanie jest kluczem do całej tej historii. Bo kościół w Gałązni Małej nie był zwykłą wiejską świątynią postawioną przez parafię z państwowej dotacji. Był aktem wyznania — fundacją ludzi, którzy w połowie XIX wieku uznali, że za wiarę warto zapłacić.
✦ ✦ ✦Żeby zrozumieć, kim byli ci „niewstydzący się krzyża”, trzeba cofnąć się o pokolenie. W 1817 roku, w trzechsetlecie wystąpienia Lutra, król pruski Fryderyk Wilhelm III połączył dwa protestanckie wyznania swego państwa — luterańskie i ewangelicko-reformowane — w jeden Kościół unijny. Konsekwentni luteranie odebrali to jako wdarcie się władzy świeckiej w rzecz najgłębiej wewnętrzną; ci, którzy odmówili przystąpienia do unii, weszli do historii jako staroluteranie. W latach trzydziestych ścigano ich, zawieszano w urzędzie, a gdy mimo to dalej chrzcili i sprawowali Wieczerzę po dawnemu — wtrącano do więzienia. Ten szerszy dramat — narzuconej unii, oporu sumienia i pruskich represji — opowiadamy w tym cyklu osobno, w odcinku „Sumienie pod strzechą — Emilia von Puttkamer i ruch staroluterański na Pomorzu”. Tu zostańmy przy dwóch wsiach i przy ludziach, którzy nieśli tę wiarę dosłownie z domu do domu.
Staroluteranizm dotarł na Pomorze dzięki pastorom przybyłym ze Śląska — uciekinierom przed prześladowaniami.3 Najczęściej znajdowali oni schronienie w domach szlachty, która wspierała trwanie w wierze luterańskiej. Wśród uciekinierów był ksiądz Friedrich Lasius (1806–1884), pochodzący z Poznania, który po odrzuceniu unii został pozbawiony dotychczasowego urzędu. Po zwolnieniu z więzienia udał się na Pomorze i podczas konferencji w Trzygłowie w październiku 1835 roku opowiadał o luterańskiej opozycji wyznaniowej i o losach prześladowanych pastorów. Słuchał go z wielkim zainteresowaniem Heinrich von Bellow, który zabrał go ze sobą do Łobzowa koło Słupska. Tam, na gruncie kaznodziejskiej działalności Lasiusa, powstał zbór luterański, który od 1836 roku podporządkował się Kościołowi staroluterskiemu z centralą we Wrocławiu.3
Dzięki Lasiusowi ruch nabrał szybkiego tempa — szczególnie intensywnie rozwijał się w Pieńkowie, Marszewie, Duninowie i Kwakowie.3 Pierwszy staroluterski zbór na Pomorzu powstał już wcześniej, w sierpniu 1835 roku, w Kamieniu Pomorskim. Ale nad Lasiusem wisiała groźba aresztowania przez policję. Von Bellow zawiózł go więc dalej, do Wierszyna, do swojej siostry — wcześnie owdowiałej Emilii von Puttkamer (1796–1879). W wierszyńskim domu Puttkamerów zbierał się już wcześniej krąg przebudzeniowców, którzy wzmocnieni posługą Lasiusa w 1837 roku utworzyli własną parafię luterańską.3 Do zboru przyłączyli się nauczyciel domowy rodziny von Puttkamer Eduard Gaudian, a wśród przywódców separatystów w Wierszynie byli kowal Michael Voll, nauczyciel Perlick i stolarz Drews. Voll w 1836 roku dobudował do swojego domu salę modlitw — Betsaal.4
✦ ✦ ✦Pierwszym proboszczem zboru został właśnie Eduard Gaudian (1809–1843), dawny nauczyciel domowy Puttkamerów, ordynowany w Kościele staroluterskim w 1837 roku.4 Jego los pokazuje, czym była cena tej wierności. Wkrótce po ordynacji osadzono go w więzieniu w Koszalinie, gdzie z przerwami przebywał aż do śmierci w 1843 roku. Pastor zboru był więźniem własnego państwa — za to, że spowiadał, chrzcił i odprawiał nabożeństwa według wyznania, którego nie chciał porzucić.
I tu wkracza druga bohaterka tej opowieści — choć w cieniu, bo na pierwszym planie postawiliśmy budynki. Emilia von Puttkamer „nie dała się zastraszyć organom państwowym”.4 Nie wystraszyło jej zdystansowanie się niektórych sąsiadów i dawnych przyjaciół; wprost przeciwnie — nadal udzielała schronienia pastorom na wygnaniu. Poza Lasiusem należeli do nich ksiądz Heinrich Reinsch (1803–1875) oraz ksiądz Johann Andreas August Grabau (1804–1879).4 To ostatnie nazwisko warto zapamiętać: Grabau, więziony w Prusach za opór wobec narzuconej agendy, w 1839 roku wyemigrował z częścią swoich wiernych do Ameryki i w Buffalo w stanie Nowy Jork założył w 1845 roku Synod Buffalo — Kościół luterański, który przetrwał dziesięciolecia.5 Człowiek, który znalazł azyl pod pomorską strzechą, niósł tę samą wiarę aż za ocean.
Staroluterańskimi duszpasterzami obu zborów — Gałązni Małej i Wierszyna — była potem długa litania nazwisk: po Gaudianie ksiądz Johann Caspar Rudolph Hasert, Heinrich Wilhelm Brandt, Adolph Frohwein, Georg Friedrich Haag, Wilhelm Heinrich Hermann Steininger, Hermann Martius, Heinrich Brachmann, wreszcie superintendent Alfred Reuter (1892–1932), Gerhard Günther i — do roku 1945 — Albrecht Stolle.4 Zbory były małe. W szczytowym okresie rozwoju, w latach siedemdziesiątych XIX wieku, Gałąźnia Mała skupiała 173 wiernych; potem liczba ta powoli malała — 139 około 1880 roku, 119 w 1899, 105 w 1940. Wierszyno bywało ludniejsze (227 wiernych około 1870 roku), by zejść do dziewięćdziesięciu w przededniu wojny.6
✦ ✦ ✦Zbór w Gałązni Małej powstał z inicjatywy małżeństwa Juliusza (1801–1865) i Emilii (1804–1862) von Zitzewitz; początkowo wspólnota spotykała się na nabożeństwach w ich dworze.7 To oni w 1857 roku wybudowali kościół i przekazali go zborowi staroluterańskiemu — i to ich dwór miały oświetlać owe trzy złocone krzyże. Dziewiętnastowieczny opis prowadzi nas do środka: przez mały przedsionek wchodziło się do „szlachetnie, prosto przystrojonego kościoła”, rozjaśnionego z obu stron trzema oknami, z dwoma świecznikami i krucyfiksem, nad którym wisiał wielki obraz olejny w złotych ramach — „Chrystus na morzu podający ratującą dłoń tonącemu w morskich odmętach Piotrowi”, namalowany przez współwyznawcę Behrenda z Kwidzyna.2 Na ścianie północnej stała biało-złota ambona, na zachodniej — przestronna empora.
W Wierszynie kościół wzniesiono wcześniej, w 1850 roku — wobec ciasnoty i braku pomieszczeń, jak zanotowano, jako „schronienie Kościoła luterańskiego, siedzibę czystego Słowa i Sakramentu”.8 Wcześniej zbór gnieździł się w sali modlitw w domu kowala Volla i w miejscowym dworze. Założono tam też szkołę, działającą do 1860 roku. Dwie wsie, dwa kościoły, jeden duch — i ta sama, zaskakująca dziś prawda: że pod koniec XIX wieku w samej Gałązni Małej liczebnie przeważali już ewangelicy Kościoła unijnego, ci sami, wobec których staroluteranie się odgrodzili.9 Podczas wizytacji w 1887 roku stwierdzono nawet konieczność wybudowania dla nich osobnego kościoła; w 1911 roku konsystorz w Szczecinie podjął taką decyzję, plac pod świątynię na dwieście miejsc podarował właściciel majątku M. von Zitzewitz — ale budowa nie doszła do skutku. Być może unijni ewangelicy korzystali po prostu z kaplicy staroluterańskiej. Wspólny dach okazał się trwalszy niż dzielący ich spór.
✦ ✦ ✦Tu warto zatrzymać się przy nazwisku, które przewija się przez całą tę opowieść — von Puttkamer. To pomorska szlachecka rodzina ewangelicka, która uległa germanizacji w pierwszej połowie XVI wieku, a z czasem stała się jednym z najbogatszych rodów możnowładztwa pomorskiego; jej majątki leżały głównie na ziemi miasteckiej i słupskiej, a centrum włości stanowiło Barnowo, dwa kilometry od Kołczygłów.10 Istnieje hipoteza — a źródła ją wspierają — że Puttkamerowie są potomkami średniowiecznego rodu Święców, który zniknął z areny politycznej mniej więcej wtedy, gdy pojawiło się nazwisko Puttkamer, stanowiące zniemczoną formę słowa „podkomorzy”. Przemawia za tym i to, że Święcowie piastowali urząd podkomorzych, i że jedni, i drudzy mieli w herbie rybogryfa.11
Święcowie to postacie z pierwszych stron średniowiecznych kronik Pomorza Gdańskiego. W 1307 roku Piotr Święca wraz z braćmi Jaśkiem i Wawrzyńcem zawarł układ z margrabiami brandenburskimi, w którym obiecał im ułatwić opanowanie tej ziemi; Piotr z Nowego został zimą 1307/1308 uwięziony przez Władysława Łokietka, co jednak nie zapobiegło brandenburskiemu najazdowi.11 Główna linia Święców wygasła wkrótce po połowie XIV wieku, a boczna ich gałąź o przydomku „Podkomorzy” znana była później jako von Puttkamer. I tak od średniowiecznych panów, którzy targowali się o Pomorze z Brandenburgią, biegnie nić aż do dziewiętnastowiecznych dziedziców, którzy nad tą samą ziemią ukrywali ściganych pastorów.
Ta sama nić prowadzi jeszcze dalej — do gabinetu, w którym ważyły się losy zjednoczonych Niemiec. Johanna von Puttkamer (1824–1894), pomorska szlachcianka z Barnowca, została bowiem żoną kanclerza Ottona von Bismarcka; ślub odbył się w 1847 roku w Kołczygłowach.12 Związek był bardzo udany — Otto kochał żonę, uważał ją za osobę szlachetną i wyjątkową, a ona, choć nie angażowała się w politykę, zawsze go wspierała. Tej historii — wiejskiego kościoła, w którym żenił się Bismarck — poświęcamy w cyklu osobny odcinek: „Wiejski kościół, w którym żenił się Bismarck — Kołczygłowy i Łubno”. Dość powiedzieć, że ten sam ród, który spinał Święców z brandenburskim układem 1307 roku, spiął też pomorską wieś z najpotężniejszym politykiem dziewiętnastowiecznej Europy.
✦ ✦ ✦A budynki przetrwały. Po II wojnie światowej kościół w Gałązni Małej został przejęty przez rzymskich katolików i nosi dziś wezwanie apostołów Piotra i Pawła.13 Zachowały się w nim empora i ambona z czasów budowy oraz dziewiętnastowieczny obraz olejny przedstawiający Chrystusa i apostoła Piotra — ten sam motyw ratującej dłoni, który dawni wierni mieli przed oczami za każdym razem, gdy podnosili wzrok ku ołtarzowi. Powojenne losy kościoła staroluterskiego w Wierszynie nie są natomiast znane.
Zostaje obraz — w sensie najprostszym, malarskim. Tonący Piotr i wyciągnięta ku niemu dłoń Chrystusa. Trudno o lepszy znak dla tych dwóch zborów. Ludzie, którzy je zbudowali, czuli się jak ów Piotr na wzburzonym morzu: ścigani przez własne państwo, opuszczani przez sąsiadów, zamykani w koszalińskim więzieniu. A jednak nie puścili tej dłoni. Postawili na skarpie nad Słupią mały kościół i kazali złocić jego krzyże tak, by świeciły aż na dwór — żeby wszyscy wiedzieli, że tu mieszkają ludzie niewstydzący się krzyża Chrystusowego. Kościół stoi do dziś. Krzyże wciąż łapią wieczorne słońce.