Gardna Wielka leży nad jeziorem Gardno, na nizinnym, wietrznym skrawku Pomorza Środkowego, niedaleko miejsca, gdzie wody jeziora łączą się z Bałtykiem.1 Pierwszy zapis nazwy pochodzi z roku 1282, a etymolodzy wywodzą ją od pomorskiego słowa „gard”, czyli gród — bo i rzeczywiście stał tu niegdyś gród kasztelański z portem na jeziorze, a wieś, zdaniem części historyków, w XII wieku otrzymała nawet prawa miejskie, by w następnym stuleciu je utracić. Parafię, najstarszy ośrodek kościelny okolicy, założył w XIII wieku książę Świętopełk. To miejsce dawne i graniczne — graniczne nie tylko między lądem a wodą, ale między językami, narodami i wyznaniami, które się tu przez wieki ścierały.
Reformacja dotarła nad Gardno wcześnie. Do ośrodków najszybciej na Pomorzu ogarniętych nauką Lutra należały Słupsk i pozostający od dawna w związkach z Gardną klasztor w Białobokach — i to zaważyło na losach tutejszego kościoła.1 Szybko przystąpiono do budowy struktur nowego, ewangelickiego Kościoła; w Słupsku ustanowiono superintendenturę, którą podzielono później na trzy okręgi. Gardna trafiła do okręgu zwanego circulus vandalicus — cyrkułu parafii wendyjskich, słowiańskich, gdzie w wieku XVI nabożeństwa odprawiano po polsku. Bo nie był to lud niemiecki. Była to ludność słowiańska — Kaszubi, a ściślej ich nadbałtycka, najdalej na zachód wysunięta gałąź, którą później nazwano Słowińcami.
✦ ✦ ✦Parafia gardneńska była rozległa — w drugiej połowie XVI wieku, nie licząc drobnych osad, liczyła dwadzieścia sześć wsi.1 Najstarszy zachowany dokument z czasów reformacji, protokół powizytacyjny z 6 marca 1590 roku, stwierdzał wprost, że jest zbyt wielka, by jeden duchowny mógł ją skutecznie ogarnąć. I właśnie dlatego, dla tego ludu mówiącego po słowiańsku, kolejni pastorzy musieli być ludźmi dwóch języków — a niektórzy stawali się strażnikami mowy, która już zaczynała się chwiać.
Już w roku 1584 ksiądz Johann Blasänius, z uwagi na rozległość parafii, prosił o etat kaznodziei pomocniczego znającego język polski; sam posiadał zbiór komentarzy Marcina Lutra do Biblii po polsku — prawdopodobnie polską postyllę wydaną w 1564 roku w Królewcu.2 Ksiądz Paul Starost, syn kaszubskiej rodziny pastorskiej, „szeroko wprowadził język polski do życia kościelnego w Gardnie Wielkiej”. O księdzu Michaelu Henningu zapisano, że „głosił pięknie kazania po kaszubsku”. A najwięcej mówi przypadek księdza Dawida Gulicha, proboszcza w latach 1720–1751: zabiegał o pomoce katechetyczne po polsku, dysponował polskim kancjonałem Szymona Krofeya „Duchowne pieśni D. Marcina Lutra” — najstarszym drukowanym zabytkiem kaszubszczyzny, wydanym w 1586 roku w Gdańsku i odnalezionym później na plebanii w pobliskim Smołdzinie.3 Tam, gdzie brakowało druków, pieśni i modlitwy przepisywano ręcznie. Część badaczy uznaje wręcz, że to w Gardnie powstał rękopiśmienny polski „Dodatek do Krofeya” i „Śpiewnik starokaszubski”, w których śpiewa się „po gardzińsku”.
✦ ✦ ✦A potem zaczął się odwrót — długi, świadomy, prowadzony niekiedy ręką samych duszpasterzy. Ksiądz August Kummer, urodzony w 1774 roku w Gardnie Wielkiej, dobrze znał kaszubski, ale „zmierzał do usunięcia go z ceremonii kościelnych”: przed 1815 rokiem zlikwidował język polski we wszystkich szkołach parafialnych, w 1827 — polskie konfirmacje.2 To on, krótko przed śmiercią, sporządził świadectwo bezcenne i smutne zarazem. Zanotował, że tutejsi Kaszubi „nie chcą nazywać się Kaszubami, a mienią się słowiński lud, to jest słowiański lud”. Na tym jednym zdaniu rosyjski uczony Aleksander Hilferding, który w 1856 roku objeżdżał te strony, oparł całą swoją teorię o Słowińcach — najdalej na zachód wysuniętym plemieniu Słowian nadbałtyckich.4 Kummer zapisał też zdanie, które brzmi jak akt oskarżenia wobec instytucji, której służył: Kaszubi parafii gardneńskiej „ulegli zniemczeniu przez Kościół, a nie przez stosunki pokrewieństwa z Niemcami”.
Jego następcy szli dalej. Ksiądz Ernst Hafner języka polskiego nie znał, nauczyć się go nie chciał i z roku na rok zmniejszał liczbę polskich kazań — w 1842 roku wygłosił ich tylko sześć. Najmocniej zaś o całej rzeczy mówi wyznanie księdza Georga Müllera, proboszcza w Gardnie od 1845 roku, które zwierzył Hilferdingowi: „Przypadł mi w udziale los, by zniszczyć polską narodowość w dwu miejscowościach […]. Kiedy skierowano mnie tutaj, spytałem, co robić z kaszubską ludnością. Wtedy prezydent regencji powiedział mi, że trzeba skończyć z żywiołem polskim w Pomeranii”.5 W 1845 roku Müller zaprzestał udzielania komunii po kaszubsku. Polscy historycy uznają połowę XIX wieku za czas całkowitej likwidacji języka polskiego w parafii gardneńskiej; nieliczni starsi mieszkańcy, którzy nadal nie znali niemieckiego, musieli odtąd jeździć na nabożeństwa aż do Główczyc.
✦ ✦ ✦Jak gaśnie mowa, najlepiej słychać w słowach samych Słowińców, których Hilferding spisał i przytoczył — jak sam zaznaczył — bez komentarza, jako „sądy prostego ludu”.5 Jeden z nich opowiadał Rosjaninowi: „Nauka po słowińsku jest zniszczona, a już trzynaście lat, jak nie ma słowińskiego nabożeństwa”. Inny liczył kurczące się grono jak ktoś, kto patrzy na dogasające ognisko: „Przed pięćdziesięciu laty jeszcze dwie trzecie było słowińskich […]. Starzy powymierali, a pastor nie mógł się nauczyć po słowińsku […]. Potem było dwadzieścia osób, które chodziły na słowińskie nabożeństwo, potem osiem, potem cztery, nareszcie dwoje, Popk i staruszka Zonderka, i wtedy zaprzestano słowińskiego nabożeństwa”. Dwoje ludzi — i język, którym przez wieki modlono się nad tym jeziorem, zamilkł.
Do końca rządów niemieckich Gardna pozostała wioską na wskroś ewangelicką. W 1925 roku zameldowany był tu jeden katolik, trzech Żydów i dwóch niewierzących; w 1939 roku wieś liczyła 1310 mieszkańców, miała dworzec kolejowy, bank, sklepy, mleczarnię, młyn, lekarza i dentystów.1 Niemiecką już Gardnę utrwalili na koniec dwaj jej synowie: Franz Jost, rybak i ostatni niemiecki burmistrz wsi, spisał „Kronikę Gardny Wielkiej” i zebrał materiały do słownika tutejszej dolnoniemieckiej gwary, a ksiądz Paulus Hinz — rzeźbiarz i historyk sztuki — namalował obraz umierającego Chrystusa, który do dziś wisi w gardneńskim kościele. To było pożegnanie jednego świata. Drugi, który nadchodził, miał się okazać dla tutejszych ewangelików jeszcze trudniejszy.
✦ ✦ ✦Gdy w 1945 roku skończyła się wojna, miejscowy proboszcz ewangelicki został ze swoimi wiernymi. Był nim ksiądz Wilhelm Kypke, urodzony 28 kwietnia 1887 roku w Czarnowie pod Toruniem, ordynowany w Szczecinie w 1913 roku, proboszcz w Gardnie od 1 marca 1929 roku.6 Szybko znalazł się wśród osób podejrzewanych przez nowe, polskie władze o „zły wpływ” na ludność wioski. Urząd Bezpieczeństwa wziął go w obserwację, a potem aresztował i osadził w słupskim więzieniu. 18 grudnia 1945 roku — pod groźbą kary śmierci — został zmuszony do wyjazdu do Niemiec, z zakazem powrotu do swojej wioski. Trafił najpierw do Saal na Pomorzu Przednim, potem do Turyngii; zmarł 4 kwietnia 1955 roku w Erfurcie, daleko od jeziora, nad którym przepracował szesnaście lat. Przejęty kościół katolicy konsekrowali 20 września 1946 roku.
To, co przyszło potem, opisał toruński historyk profesor Karol Górski: komendant posterunku Milicji Obywatelskiej w Gardnie pobierał opłatę stu złotych za każdorazowe odprawienie nabożeństwa ewangelickiego.6 Sto złotych za modlitwę. Niegdyś silny liczebnie i mocny wiarą luteranizm gardneński musiał zejść do podziemia: organizatorzy nabożeństw domowych byli obserwowani przez milicję i często wzywani na posterunek. Półlegalna reaktywacja przyszła dopiero w 1957 roku — odtąd nabożeństwa odbywały się w mieszkaniach prywatnych, najdłużej w domu rodziny Kieper, a początkowo odprawiał je nielegalnie ksiądz Maksymilian Otto Cybulla. W dokumentach kościelnych zbór gardneński pojawia się ponownie na początku 1960 roku. W 1963 roku liczył czterdziestu wiernych i należał do najmniejszych spośród dwudziestu jeden zborów niepolskich działających wówczas na Pomorzu Środkowym.
✦ ✦ ✦A pośród tej historii prześladowania i wygnania zdarzyła się rzecz, która jak żadna inna mówi o tym, czym potrafi być wiara ponad podziałami. Po wojnie, po lewej stronie ołtarza w gardneńskim kościele, umieszczono obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem — dzieło ewangelickiej malarki Margarete Neuss-Stubbe, mieszkającej jeszcze wtedy w Gardnie.7 O okolicznościach jego powstania artystka napisała sama, a słowa te warto przytoczyć w całości: „Obraz Matki Bożej, wiszący dziś obok ołtarza głównego w kościele w Gardnie Wielkiej, powstał na początku 1947 roku. Jego prawzór został zniszczony w czasie wojny w okolicach Lwowa. Polski proboszcz, którego los rzucił w tamtym czasie do naszej rybackiej wsi, zjawił się w moim, usytuowanym nad jeziorem Gardno domu, z prośbą o namalowanie obrazu w oparciu o niewielki święty obrazek, jaki uratował ze swej dotychczasowej ojczyzny. W wielkiej trwodze tamtych czasów uznałam, że Matka Boża może być wyrazem łączności między ludźmi, niezależnie od ich narodowości i wyznania”.
Zatrzymajmy się przy tym obrazie. Ewangelicka malarka — z Kościoła, który Maryję czci jako Bogarodzicę i wzór wiary, lecz nie wzywa Jej jako pośredniczki — maluje katolicką ikonę dla polskiego księdza, wypędzonego ze swojej ojczyzny spod Lwowa, w niemieckiej jeszcze wsi nad pomorskim jeziorem, w roku 1947, w samym środku powojennego przesiedlenia narodów. Niemka i Polak, luteranka i katolik, na ziemi, którą obojgu wojna odebrała inaczej. „Matka Boża może być wyrazem łączności między ludźmi” — to zdanie, wypowiedziane „w wielkiej trwodze tamtych czasów”, jest może najpiękniejszym, co da się powiedzieć o Gardnie Wielkiej. Obraz wisi tam do dziś, obok monumentalnego Chrystusa pędzla księdza Hinza i żeliwnej chrzcielnicy z napisem: „Pozwólcie dzieciątkom przyjść do mnie, bo tu jest Królestwo Boże”.
✦ ✦ ✦Zbór gardneński przetrwał. Liczba wiernych zaczęła ponownie wzrastać od początku lat osiemdziesiątych; 4 września 1994 roku ksiądz Mirosław Sikora poświęcił prywatną kaplicę, urządzoną w przebudowanym budynku gospodarczym, i tę funkcję pełni ona do dziś jako filiał Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Słupsku.7 Ostatnią przewodniczącą Rady Filiału była Janina Pawluk z domu Judaschke, urodzona w Gardnie Wielkiej w 1947 roku i tam zmarła w 2021 — w nazwisku jej i w starych, kowalskiej roboty krzyżach ewangelickich Jostów i Judaschków na czynnym wciąż cmentarzu trwa ślad dawnej, słowiańskiej i niemieckiej zarazem, ewangelickiej Gardny.
Tak kończy się ta opowieść — albo raczej trwa, cicho, jak trwał zbór przez dziesięciolecia w prywatnych mieszkaniach. Nad jeziorem Gardno gasł najpierw język polski, potem słowiński; gasła wioska niemiecka, gdy nadeszła wojna; gasła wreszcie sama możliwość modlitwy, gdy za nabożeństwo trzeba było płacić milicjantowi sto złotych. A jednak — coś się ostało. Modlitwa, która zeszła do podziemia, wróciła. Obraz, namalowany w trwodze dla obcego księdza, wisi w kościele. I można nad tym jeziorem wciąż usłyszeć to, czego nie zdołały zagłuszyć ani germanizacja, ani wojna, ani Urząd Bezpieczeństwa: że wiara, jak mowa, umiera trudno — a niekiedy wcale.