Wiosną 1945 roku Pomorze przestało być tym, czym było przez wieki. Wojska sowieckie i polska administracja przejmowały miasto za miastem, a wraz z nimi kończył się tysiącletni świat pomorskiego ewangelicyzmu: parafie, konsystorze, szkoły, cmentarze, cały gęsty splot wiary i codzienności, który tę krainę przenikał od czasów Reformacji. Dotychczasowi przywódcy pomorskich Niemców uciekali na zachód.1 Ale większość zwykłych mieszkańców, zwłaszcza we wschodniej części Pomorza, takiej możliwości nie miała — i pozostała na miejscu. W powiatach słupskim, sławieńskim i koszalińskim przebywało w pierwszych miesiącach po wojnie więcej Niemców niż w roku 1939: byli wśród nich uchodźcy przed bombardowaniami zachodnioniemieckich miast oraz uciekinierzy z Prus Wschodnich i Zachodnich, których fala wojny okrążyła i zatrzymała właśnie tutaj.
W tym rozsypanym świecie autorytet zachowali nieliczni: pastorzy, ich żony, starsi kościelni i siostry zborowe — ludzie, którzy nie odeszli. To wokół nich zaczęła się odbudowywać jakaś forma życia kościelnego. Konsystorz Kościoła Pomorskiego przeniesiono ze Szczecina do Greifswaldu, po niemieckiej stronie nowej granicy.1 Najważniejszy dla tej opowieści jest jednak inny gest: niektórzy duchowni po uwolnieniu z alianckiej niewoli dobrowolnie wrócili z Zachodu do swoich parafii na Wschodzie — do kraju, który przestał być ich krajem, i do ludzi, których nikt już nie chciał liczyć.
✦ ✦ ✦Na Zachodzie na wypędzonych ze wschodu księży nie czekały żadne urzędy ani godności. W wielu jednak przypadkach pozwolono im przejąć nieobsadzone parafie — i dzięki temu mogli zacząć wspierać innych uchodźców.1 Robili to w sposób, który dziś brzmi niemal wzruszająco prosto: pisali do członków swoich dawnych zborów listy, rozważania i kazania. Przekazywali sobie nawzajem adresy, spisywali losy parafian — kto ocalał, kto zginął, kto gdzie wylądował po wielkim rozproszeniu. Ta praca duszpasterska, prowadzona piórem i pocztą, była z konieczności półlegalna. Wykorzystywano przy niej doświadczenie ludzi z antyfaszystowskiego Kościoła Wyznającego, którzy w czasach hitlerowskich nauczyli się działać poza oficjalnymi strukturami i mieli w tym sporą praktykę.
Z tych pierwszych, oddolnych odruchów zaczęły z czasem wyrastać struktury. Już w sierpniu 1945 roku grupa prawie czterdziestu księży z Pomorza spotkała się w Szlezwiku-Holsztynie na „zjeździe pastorów pomorskich”. Latem 1946 roku w Rendsburgu zebrali się przedstawiciele wszystkich zachodnich i niektórych wschodnich Kościołów krajowych, by skoordynować pomoc dla wypędzonych — i tak powstały „komitety pomocowe”. Większość organizacji kościelnych używała wówczas określenia „Komitet Pomocy…”, później często także „Wspólnota Ewangelicka…”. Pomorzanie poszli własną drogą: podczas Zjazdu Zborów Ewangelickich z Pomorza, w ramach Dni Kościoła w Oldenburgu, zawiązali Komitet Pomocy pod nazwą Konwent Ewangelików Pomorskich.2
Cel postawiono jasno: organizować współpracę pomorskich ewangelików w Niemczech i otoczyć opieką niemieckojęzycznych ewangelików, którzy zostali na polskim Pomorzu — a zarazem ocalić wielowiekową tradycję pomorskiego ewangelicyzmu i głęboko zakorzenioną pomorską pobożność.2 Konwent włączył się z czasem w szerszą strukturę: powstał Konwent Rozproszonych Ewangelickich Kościołów Wschodnich, koordynujący działalność wszystkich organizacji pomocowych dla ewangelickich przesiedleńców z dawnych ziem wschodnich.
✦ ✦ ✦Konwent Ewangelików Pomorskich — skupiający w najlepszych latach od dwustu pięćdziesięciu do trzystu pastorów pomorskich — starał się przede wszystkim utrzymać kontakt z parafianami rozsianymi po obu stronach żelaznej kurtyny.3 Służyły temu okólniki, a od maja 1949 roku miesięcznik „Pommersche Heimatkirche” („Pomorski Kościół Ojczysty”), wydawany jako dodatek do gazety „Pommernbrief”, jednego z poprzedników „Pommersche Zeitung”.4 Papier i poczta były wówczas jedynym mostem, jaki dało się przerzucić ponad granicą, a Konwent utrzymywał go uparcie, numer po numerze.
Na czele wspólnoty stało kolejno kilku ludzi, których nazwiska warto wymienić. Pierwszym przewodniczącym był ksiądz D. Gehlhoff — zmarł jednak szybko, podobnie jak jego następca, ksiądz superintendent Klaus Harms. W marcu 1971 roku Konwent przekształcono w zarejestrowane stowarzyszenie i komitet pomocowy: podniesiono składki członkowskie, wzrosła też rola osób świeckich.3 Trzecim przewodniczącym był ksiądz Hans-Joachim Bahr, urodzony jeszcze w XIX wieku w Płotach, zmarły w 2001 roku w wieku przeszło stu lat — łączył w sobie dawne i nowe Pomorze. Po nim ster przejął superintendent von Scheven, syn Karla von Schevena, pierwszego powojennego biskupa Greifswaldu. Później przewodnictwo sprawowali Erhard W. Appelius (w latach 1981–1989) oraz ksiądz Hans-Georg Meinhof, urodzony w Koszalinie — to za jego kadencji nastąpiła wyraźna intensyfikacja działań po polskiej stronie granicy. Meinhof osobiście odwiedzał zbory „podwójnej diaspory” na Pomorzu i głosił w nich kazania.
✦ ✦ ✦Najwierniejszą postacią tej historii nie był jednak żaden z przewodniczących, lecz kobieta, która przez dziesięciolecia jeździła na Pomorze co roku, bo traktowała tę ziemię jak rodzinne strony. Doktor Rita Scheller urodziła się 1 listopada 1935 roku w Jamnie pod Koszalinem, w rodzinie nauczyciela; jako dziewczynka straciła rodzinną wieś wraz z całym pomorskim światem.5 Wykształciła się w Niemczech Zachodnich — studia w Getyndze, doktorat z filozofii, praca nauczycielki angielskiego i historii — ale sercem pozostała przy ziemi, z której ją wyrwano. Od 1981 roku była sekretarzem i dyrektorem zarządzającą Konwentu, od 1986 redaktorem prowadzącym „Pommersche Heimatkirche”, od 1987 zastępcą przewodniczącego, a w 1997 roku — gdy po raz pierwszy na czele Konwentu stanęła osoba świecka — jego przewodniczącą.
To jej praca nadała Konwentowi ludzką twarz. Niemal co roku, przeważnie przez całe wakacje, Rita Scheller objeżdżała pomorskie zbory: towarzyszyła niemieckim duchownym w ich podróżach duszpasterskich, czasem razem z nimi, czasem równolegle.6 Organizowała to, co z czułą prostotą nazywano „ploteczkami kawowymi”, prowadziła spotkania biblijne i spotkania dla seniorów, odbywała niezliczone wizyty domowe. I pisała — niezliczone listy, owo „duszpasterstwo listowe”, które było prawdziwym rdzeniem całego dzieła: dla wielu starych, samotnych ewangelików na polskim Pomorzu list z Niemiec bywał jedynym znakiem, że ktoś jeszcze o nich pamięta. Była przy tym historyczką i etnografką z prawdziwego zdarzenia — autorką i redaktorką książek o pomorskim Kościele ojczystym, o zwyczajach, o przeszłości takich wsi jak rodzinne Jamno.5 Zmarła 16 lipca 2020 roku; urnę z jej prochami złożono na wyspie Uznam, na samej granicy dwóch krajów, które przez całe życie starała się do siebie zbliżać.
✦ ✦ ✦W latach Solidarności i stanu wojennego zbory na polskim Pomorzu nieoczekiwanie się rozrosły. W parafiach na stałe pozostali niektórzy „ewangelicy paczkowi” — tak z gorzkim humorem nazywano tych, których z Kościołem wiązały też przesyłki z Zachodu — ale przede wszystkim wróciła większość kobiet.7 Mogły wrócić na łono swojego Kościoła dlatego, że ich katolickie dzieci już dorosły, a one same przeszły na emeryturę i nie musiały już pracować w niedziele w państwowych gospodarstwach rolnych. Za tą zmianą kryje się dramat pokolenia kobiet, które przez dziesięciolecia ukrywały wiarę, żeby nie zaszkodzić dzieciom, i które dopiero u schyłku życia mogły znów otwarcie pójść do swojego kościoła.
Polskie zbory ewangelickie były młodsze, lepiej wykształcone, miały dzieci i młodzież — i choć liczebnie mniejsze od niemieckich, to przed nimi była przyszłość. Konwent dostrzegł to wcześnie i sam zainicjował proces, który wymagał niemałej pokory: łączenie dawnych zborów niemieckich z polskimi parafiami ewangelicko-augsburskimi, co dokonało się w latach dziewięćdziesiątych w Słupsku i Koszalinie.7 Niemiecka wspólnota świadomie pomagała wspólnocie polskiej wrosnąć w to miejsce, choć wiedziała, że sama wygaśnie. Konwent dostosowywał się do kolejnych zadań: najpierw pomoc w integracji wypędzonych na Zachodzie, później pomoc dla ewangelików niemieckich, którzy pozostali na Pomorzu, wreszcie wspieranie bieżącej działalności nowej, polskiej parafii w Koszalinie.
✦ ✦ ✦Od 1990 roku ta współpraca rozkwitła w widoczne, radosne formy. Konwent zaczął organizować coroczne ewangelickie letnie festyny w Siecieminie — Święto Lata, na które zjeżdżali ewangelicy z całego Pomorza, od Gdańska po Szczecin.8 Dwukrotnie, w 1995 i 1996 roku, odbył się równoległy festyn w Pieskach na terenie parafii słupskiej; z czasem Święto Lata wędrowało po kolejnych miejscowościach — w 2018 roku do Miastka, z nabożeństwem w dawnym kościele ewangelickim w Wołczy Wielkiej. Poszczególne zbory odwiedzano dwa razy w okresie letnim; pastorzy wygłaszali gościnne kazania i prowadzili studia biblijne w porozumieniu z miejscowymi proboszczami. Konwent udzielał też dotacji bardzo namacalnych: na stroje konfirmantów i na remonty — na wieżę kościelną w Trzebiatowie, nowe dębowe drzwi w Słupsku, prace w Wołczy Wielkiej i Szczecinku, nowe ławki w Świdwinie.
W 1993 roku po raz pierwszy na czele Konwentu stanęła kobieta — siostra Magdalena Gensch, przełożona Diakonatu Salem w Minden, urodzona w 1926 roku w dawnych Prusach Wschodnich.9 Siostra Gensch i doktor Scheller — dwie kobiety, jedna zakonna diakonisa, druga świecka historyczka — przez te przełomowe lata były właściwą twarzą Konwentu na Pomorzu. Z czasem zaprzestano hucznych Dni Kościoła, zastępując je kameralnymi seminariami: w Minden, potem w Pomorskim Centrum w Travemünde. Spotkania na polskiej ziemi odbywały się od 1990 roku zawsze z udziałem uczestników z Polski, a w latach 1996, 1998 i 2000 — co warto podkreślić w opowieści o pojednaniu — gościło ich katolickie Wyższe Seminarium Duchowne w Koszalinie-Wilkowie. Most budowany ponad granicą państw połączył więc także podzielone wyznania.
✦ ✦ ✦Dziś stowarzyszenie nosi oficjalną nazwę „Wspólnota Ewangelików Pomorskich”, a pracami jego zarządu kieruje kolejne pokolenie.2 Ostatnie seminarium Konwentu w Słupsku odbyło się we wrześniu 2022 roku; przedstawiciele wspólnoty wciąż uczestniczą w adwentowych spotkaniach pomorskich zborów. Konwent wydał przez lata całą biblioteczkę: książki o ewangelickich zwyczajach i tradycjach, zbiory wierszy i kazań, a nawet publikacje o pomorskich Żydach — raz podjętej pamięci nie ograniczano do jednej wspólnoty.
Tę historię łatwo przeoczyć. Nie ma w niej wielkich bitew ani głośnych deklaracji — jest garstka starych pastorów wracających z niewoli do parafii, których nikt im już nie gwarantował, kobieta pakująca co lato walizkę i ruszająca przez granicę z plikiem listów, „ploteczki kawowe” w wiejskiej świetlicy i nowe ławki w Świdwinie. A jednak z takich drobiazgów utkano ciągłość, której nie zdołały zniszczyć ani wojna, ani granica, ani upływ pokoleń. Niemców i Polaków, ewangelików i katolików, tych, którzy odeszli, i tych, którzy zostali, przez pół wieku łączył ten sam cienki, uparty most z papieru i odwiedzin. Konwent Ewangelików Pomorskich pokazał, że pamięć i pojednanie nie potrzebują pomników — czasem wystarczy, że ktoś napisze list i przyjedzie.