Kto dziś w Słupsku wchodzi pod ostrołukowe okna budynku przy ulicy Niedziałkowskiego 5, idzie na próbę teatralną, do pracowni fotograficznej albo na wystawę. Mało kto pamięta, że ten sam ceglany gmach był przez lata domem modlitwy, a potem kościołem, w którym śpiewano pieśni Reformacji po niemiecku.1 Parterowy, kryty dwuspadowym dachem z naczółkiem, z dużymi ostrołukowymi oknami o pseudomaswerkowym podziale, złożony z dwóch czworoboków — większego, który był kościołem, i mniejszego, dawnej zakrystii — wzniesiono go na początku XX wieku przy ówczesnej Arnoldstrasse. Źródła wahają się między rokiem 1905 a 1912; oficjalna historia dzisiejszego teatru przyjmuje rok 1912.2
Pierwotnie nie był to nawet kościół w pełnym tego słowa znaczeniu. Pełnił rolę sali modlitw — po niemiecku Betsaal — przy przedwojennej ewangelickiej parafii mariackiej w Słupsku. Tak określał go w 1954 roku kaznodzieja Hermann Tietz. W opinii części historyków niemieckich była to raczej sala ewangelizacyjna „Wspólnoty Pomorskiej”, a niektórzy polscy badacze wskazywali na kaplicę Kościoła Apostolskiego.1 Te rozbieżności same w sobie są świadectwem: budynek od początku należał do tego nurtu pobożności, który gromadził ludzi na modlitwie i czytaniu Pisma poza wielką świątynią — w skromnej, kameralnej sali. We wnętrzu stała niegdyś empora, a na niej fisharmonia, która zastępowała organy; na prośbę wieloletniego ewangelickiego organisty Jerzego Karola Złotogorskiego, nauczyciela gry na fortepianie w słupskiej szkole muzycznej, zniesiono ją później na dół.
✦ ✦ ✦Wojna odebrała budynkowi sakralny charakter — i to na długo. Po 1945 roku znikł niemiecki, ewangelicki Słupsk, jaki znano przed wojną, a w dawnej sali modlitw urządzono magazyny sklepu Centrali Handlowej Przemysłu Drzewnego.1 Tam, gdzie wcześniej stała chrzcielnica i ołtarz, piętrzyły się teraz meble. To częsty los poewangelickich świątyń na ziemiach, które po wojnie zmieniły państwo i wyznanie większości: budynek zostawał, ale przeznaczenie odwracało się o sto osiemdziesiąt stopni. Czasem na zawsze. Tu jednak miało być inaczej — bo o ten gmach ktoś zaczął się upominać.
Tym kimś był Hermann Tietz — z zawodu mistrz krawiecki, z powołania kaznodzieja, człowiek świecki, który odprawiał wówczas nabożeństwa po niemiecku dla kilkutysięcznej jeszcze parafii słupskiej, ściśniętej w niewielkiej kaplicy przy ulicy Długosza 22. To on rozpoczął starania o odzyskanie kościoła przy Niedziałkowskiego. Droga była mozolna i typowa dla tamtych lat. Decyzja Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku o przekazaniu obiektu zapadła 16 marca 1954 roku, ale Wydział do spraw Wyznań w piśmie z 10 kwietnia tego samego roku obwarował zwrot warunkiem: ewangelicy mieli najpierw przenieść gdzie indziej magazyn Centrali. Nabożeństwa udało się przenieść dopiero w 1955 roku.
Cena tego powrotu była dosłowna. Parafianom udało się zabrać ze starej salki przy Długosza zaledwie kilka ławek i ołtarz ambonowy, a remont budynku kosztował ich olbrzymią jak na owe lata sumę 40 000 złotych.1 Sprawa własności ciągnęła się jeszcze latami: dopiero na mocy ustawy z 23 czerwca 1971 roku zapadła decyzja własnościowa, a formalnym właścicielem kościoła został Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego — bo słupska parafia tak zwanych „zborów niepolskich” nie miała wówczas własnej osobowości prawnej.
✦ ✦ ✦Trzeba tu zatrzymać się nad słowem „zbory niepolskie”, bo bez niego nie zrozumie się tej historii. W powojennym Słupsku ewangelicy modlili się w dwóch językach i w dwóch kościołach. W latach 1955–1977 nabożeństwa odprawiano po polsku w kościele Świętego Krzyża przy ulicy Słowackiego 40, a po niemiecku — właśnie przy Niedziałkowskiego.1 W okresie odzyskiwania budynku niemiecki zbór ewangelicki w Słupsku liczył 2680 zarejestrowanych członków, a wokół, na terenie powiatu, działały legalne zbory w Damnie, Dobieszewie, Główczycach, Łupawie, Motarzynie, Objezierzu, Skórowie i Wieszynie, a także co najmniej dwa nielegalne — w Gardnie Wielkiej i w Klukach, w sercu słowińskiej krainy. Była to wciąż żywa, ludna ewangelicka diaspora, choć z roku na rok kurcząca się wraz z wyjazdami do Niemiec.
Że nie była to wspólnota odcięta od świata, pokazuje jedno wydarzenie. 19 lutego 1957 roku na nabożeństwie przy Niedziałkowskiego gościł ksiądz Johannes Bartelt, członek najwyższych władz Kościoła Ewangelickiego Niemiec i uczestnik pierwszej oficjalnej delegacji Kościoła zachodnioniemieckiego w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.1 W czasach, gdy granica między dwoma państwami niemieckimi i Polską była murem polityki, mały słupski kościół na chwilę stał się miejscem spotkania ponad tym murem.
✦ ✦ ✦Przez dwadzieścia dwa lata przewinęła się przez ten kościół cała galeria duszpasterzy, a ich życiorysy są jak mapa ówczesnego polskiego protestantyzmu — z jego płynnymi granicami między Kościołami i wyznaniami. Pierwszy był wspomniany kaznodzieja Hermann Tietz (1955 – 31 sierpnia 1957). Po nim przyszli kolejno: ksiądz Otto Maksymilian Cybulla (1957–1960), ksiądz Gustaw Burchart (1960–1962), ksiądz Eryk Smoleński (1962–1968), ksiądz Lucjan Steinhagen (1969–1971), magister Emil Gatner (1971–1972) i ksiądz Jerzy Krawczyk (od 1972).1 Katechezę w słupskich szkołach i punktach katechetycznych prowadzili obok nich między innymi Krystyna Frank-Smoleńska i Anna Krawczyk.
Dwie z tych biografii warto przybliżyć, bo mówią o pograniczu więcej niż sam budynek. Gustaw Burchart (1904–1974) zaczynał jako ewangelista parafii ewangelicko-augsburskiej Świętej Trójcy w Warszawie, w 1946 roku został skierowany do pracy duszpasterskiej na Mazurach, a 3 października tego roku oficjalnie przeszedł na metodyzm.3 W latach pięćdziesiątych był superintendentem Okręgu Mazurskiego, a od 1954 do 1956 roku superintendentem naczelnym, czyli biskupem Kościoła Metodystycznego w Polsce. Dopiero potem, w latach 1960–1962, sprawował opiekę nad ewangelickimi „zborami niepolskimi” na Pomorzu Środkowym z siedzibą w Słupsku. Jego droga — luteranizm, Mazury, metodyzm, biskupstwo, znów Pomorze — sama w sobie jest opowieścią o tym, jak w powojennej Polsce protestanckie wspólnoty przeplatały się i dzieliły szczupłą kadrą duchownych.
Jeszcze wymowniejszy jest los Eryka Smoleńskiego (urodzony 1936 koło Ełku), ordynowanego w 1961 roku w warszawskim kościele Świętej Trójcy przez biskupa Andrzeja Wantułę.4 W 1965 roku, wspólnie z lokalnymi duszpasterzami innych wyznań — metodystycznym, polskokatolickim i prawosławnym — stanowczo potępił słynne orędzie biskupów rzymskokatolickich do episkopatu Niemiec, widząc w nim, jak ujęto to w duchu tamtej epoki, sprzeczność z interesami narodu. Później sam doświadczył szykan ze strony władz państwowych i kościelnych, związanych z politycznym procesem szczecińskim, w który wplątano jego bliskich współpracowników. W 1968 roku wyjechał na misje do Afryki. Mała wspólnota przy Niedziałkowskiego okazuje się więc nie peryferią, lecz miejscem, w którym odbijały się największe napięcia powojennego polskiego chrześcijaństwa — od ekumenizmu po politykę.
✦ ✦ ✦Koniec ewangelickiej obecności przy Niedziałkowskiego przyszedł szybko i administracyjnie. W lipcu 1977 roku Wydział do spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Słupsku zalecił władzom diecezji pomorsko-wielkopolskiej przeniesienie nabożeństw niemieckojęzycznych z ulicy Niedziałkowskiego na Słowackiego — i nastąpiło to jeszcze w tym samym roku.1 Do kościoła Świętego Krzyża przewędrowały wtedy dwa krzesła dla duchownego, fisharmonia, chrzcielnica oraz posąg Marcina Lutra. Druga chrzcielnica wróciła w ewangelickie ręce dopiero w 2010 roku. Tej samej jesieni 1977 roku Ambasada Republiki Federalnej Niemiec zaproponowała sfinansowanie remontu jednego z pomorskich kościołów ewangelickich; ostatecznie pieniądze — wraz z ponad ćwierćmilionową sumą ze sprzedaży budynku przy Niedziałkowskiego — przeznaczono na ratowanie kościoła Świętego Krzyża, który po dziś dzień pozostaje sercem słupskiej parafii.
Tak budynek po raz drugi w swoich dziejach zmienił przeznaczenie. Konsystorz sprzedał go na potrzeby działu teatralnego Wojewódzkiego Domu Kultury — dziś Słupskiego Ośrodka Kultury. Według relacji Jana Wilda Ośrodek Teatralny „Rondo” mieści się w tym gmachu od 1979 roku; historia samego teatru podaje, że prace adaptacyjne trwały do połowy lat osiemdziesiątych, a działalność w nowej siedzibie rozpoczął on na przełomie 1985 i 1986 roku — być może chodzi o dwie różne daty: przejęcia budynku i pełnego uruchomienia sceny.5 W 2013 roku gmach przeszedł kompleksową rozbudowę w ramach Rewitalizacji Traktu Książęcego: do zabytkowej, dawnej kościelnej części dobudowano nowoczesny, trzykondygnacyjny obiekt kulturalny. Dziś mieszczą się w nim duża sala teatralna, sala prób i sala baletowa, pracownie, foyer, kawiarnia i sala wystawowa.
Jest coś poruszającego w tym, że dom, w którym przez ćwierć wieku rozbrzmiewało po niemiecku Słowo, a wcześniej składano modlitwy w skromnej sali, dziś rozbrzmiewa ludzkim głosem ze sceny. Nie każda poewangelicka świątynia miała tyle szczęścia — wiele rozebrano, wiele zamieniono na trwałe w magazyny i ruiny. Ten budynek przeszedł drogę od sali modlitw, przez upokorzenie składu mebli, z powrotem do wspólnoty, która okupiła go wielkim kosztem, aż po teatr. Pod jego ostrołukowymi oknami spotkały się dwa narody, kilka wyznań i kilka epok. Warto, idąc dziś na spektakl, wiedzieć, że stoi się w miejscu, które kiedyś było kościołem.