Wiosną 1945 roku do opustoszałego miasta przyjechał polski ksiądz. Tak je zapamiętał: „Miasto było wtedy prawie puste — w każdym razie nie było wtedy prawie Polaków, Niemcy częściowo uciekli, część ich chowała się, bojąc się o swoją przyszłość".1 Były to ostatnie tygodnie ewangelickiego Słupska — miasta, które od czasów Reformacji żyło rytmem luterańskiego nabożeństwa, a teraz, w ciągu jednej wiosny, zmieniało gospodarza, język i wyznanie.
Aby zrozumieć skalę tej zmiany, trzeba przypomnieć, jak rzadkim gościem był tu katolicyzm. Przez wieki po Reformacji Słupsk (Stolp) i jego okolica były terenem niemal w całości protestanckim. Pierwsza po stuleciach wspólnota katolicka zaczęła się tu organizować dopiero w pierwszej połowie XIX wieku — i to jako garstka. W 1841 roku wierni zwrócili się do władz kościelnych o stałą opiekę; nabożeństwa odprawiał dojeżdżający kapłan, najpierw z Czaplinka, potem raz w miesiącu proboszcz koszaliński.2 Dopiero w 1873 roku poświęcono neogotycki kościół pod wezwaniem świętego Ottona — pierwszą katolicką świątynię w tym luterańskim mieście od czasów Reformacji.3
To była proporcja świata, który miał się odwrócić. Wokół jednego katolickiego kościoła rozciągało się Pomorze, w którym — jak zanotował później przybysz z 1945 roku — „w każdej wsi jest kościół ewangelicki".4 Bierkowo, Brzostkowo, Swołowo, Główczyce, Gardna Wielka — wszystkie te miejscowości miały swoje zbory, swoich pastorów, swój cmentarz przy świątyni. Luterańskie Pomorze nie było tłem; było całością. Katolicyzm był tu wyjątkiem.
✦ ✦ ✦Koniec tego świata przyszedł nie jako dekret, lecz jako wyludnienie. W marcu 1945 roku, po zajęciu Słupska, sowieckie władze wojskowe rozpoczęły wywózki do ZSRR wszystkich Niemców zdolnych do pracy.5 Wśród aresztowanych znalazł się ostatni niemiecki proboszcz słupskiej parafii katolickiej, ksiądz Paul Ernst Gediga — człowiek, którego parafianie wspominali jako odważnego i życzliwego Polakom nawet w czasach hitlerowskich.6 Wezwany do sowieckiej komendantury z pytaniem, czy wolno mu już odprawiać mszę, po prostu nie wrócił. Zmarł 28 maja 1945 roku w obozie pod Grudziądzem.7
Ale prawdziwy exodus dotknął tych, których historia tej ziemi była najdłuższa — ewangelików. Niemiecka, w przeważającej mierze luterańska ludność Pomorza Środkowego uciekała przed frontem, była wywożona albo wysiedlana w kolejnych falach. Wsie, które przez stulecia gromadziły się w swoich zborach, pustoszały. To nie była zamiana jednego duszpasterza na drugiego — to było zniknięcie całej wspólnoty wyznaniowej, która ten krajobraz stworzyła i utrzymywała.
(Źródło, na którym opieramy ten odcinek, jest historią parafii katolickiej; o losach ewangelickich mieszkańców mówi pośrednio — przez to, co po nich zostało: puste kościoły, opuszczone plebanie, pastora, którego zastał nowy przybysz. Odtwarzamy więc ich obecność z odcisku, jaki pozostawili w dokumentach przejmowanej ziemi.)
W ten pustoszejący krajobraz, 29 maja 1945 roku, wszedł ksiądz Jan Zieja — kapłan diecezji pińskiej, kapelan Szarych Szeregów i powstania warszawskiego, który po robotach przymusowych w Niemczech trafił na Pomorze.8 Poszedł do jedynego katolickiego kościoła, świętego Ottona. „Kościół był zniszczony, poobdzierany, plebania brudna — wspominał. — Zgłosiłem się do starostwa, które już działało. Starosta przekazał mi oficjalnie kościół świętego Ottona i plebanię".9
✦ ✦ ✦Tu zaczyna się właściwy przełom — moment, w którym poewangelickie mury zaczęły przechodzić w ręce nowego Kościoła. Polscy duchowni, przybywający za osadnikami, nie budowali od zera. Wchodzili w gotowy, opuszczony krajobraz sakralny i obejmowali to, co stało puste. Już we wrześniu 1945 roku ksiądz Zieja meldował przełożonym, że na obszarze dawnej parafii słupskiej osiedli dwaj inni księża — w Ustce i w Dębnie — „przy kościołach poewangelickich".10 To zdanie z urzędowego pisma jest cichym świadectwem całej epoki: świątynie luterańskie nie były burzone, lecz przejmowane na kult katolicki.
Słowo „poewangelicki" wraca w tych dokumentach raz po raz — i zawsze opisuje to samo: dziedzictwo bez dawnych właścicieli. Gdy księża szukali plebanii, znajdowali poewangelickie. Proponując utworzenie drugiej słupskiej parafii przy remontowanym kościele zamkowym, Zieja zaznaczał: „Budynek plebański (poewangelicki) już wyremontowany".11 Pisząc o swoich dalszych planach, marzył, by zamieszkać „przy kościółku poewangelickim w Weitenhagen" — w Wytownie.12 Cały materialny zrąb nowego życia religijnego — kościoły, plebanie, ziemia beneficjalna — był spadkiem po ewangelikach, którzy odeszli.
„W każdej wsi jest kościół ewangelicki. W ziemię uposażony jest dostatecznie kościół w Brzostkowie. Jest tam jeszcze pastor ewangelicki."
To ostatnie zdanie — z raportu Ziei z przełomu 1945 i 1946 roku — jest być może najcenniejszym śladem znikającego świata. W Brzostkowie (Brüskow), wśród gęsto niegdyś zasiedlonych wsi na zachód od Słupska, „jest jeszcze pastor ewangelicki".13 Jeszcze. To jedno słowo niesie cały dramat przełomu: ostatni luterański duszpasterz trwał przy swoim zborze w krajobrazie, który już do niego nie należał. Polski ksiądz, opisując potrzeby nowej parafii katolickiej, odnotował jego obecność jak resztkę dawnego porządku — z szacunkiem, ale i ze świadomością, że to porządek dogasający. Brzostkowo przeszło zresztą wkrótce pod opiekę katolicką: już w 1946 roku posługę z prawami proboszcza objął tam jeden z polskich wikariuszy.14
✦ ✦ ✦W ciągu trzech lat zmiana się dopełniła. Tam, gdzie w 1945 roku stał jeden czynny kościół katolicki i dziesiątki opuszczonych zborów ewangelickich, w 1948 roku istniała już sieć polskich parafii katolickich. 15 października 1947 roku dawną parafię świętego Ottona podzielono na trzy wspólnoty; 1 czerwca 1948 roku erygowano parafię Najświętszej Marii Panny Królowej Różańca Świętego.15 Liczby duchownych rosły, planowano kolejne parafie we wsiach o niemieckich jeszcze nazwach: Sieraków (Zierchow), Kublice (Kublitz), Zagórze (Zageritz).16 Nowy gospodarz urządzał się w starych murach.
Łatwo opowiedzieć tę historię jako triumf albo jako krzywdę. Ale prawda jest cichsza i trudniejsza. Nikt z polskich osadników nie wypędził słupskich luteranów — oni odeszli, wywiezieni i wysiedleni w wielkim, bezlitosnym przesunięciu granic, które nie pytało nikogo o zgodę. Polscy księża, sami często repatrianci z Kresów, którzy stracili własne parafie, nie przyszli po cudze — przyszli w próżnię. Gdyby tych murów nie objął nowy Kościół, stałyby puste i zapewne by przepadły. Tak czy inaczej, świat, który je wzniósł, już nie wracał.
I może dlatego warto patrzeć na te poewangelickie kościoły bez gniewu. Świątynia w Brzostkowie, zbory w Bierkowie i Swołowie, kościółek w Wytownie — wszystkie one przetrwały właśnie dlatego, że ktoś wszedł w opuszczone mury i znów je otworzył na modlitwę. Zmienił się język, zmieniło się wyznanie, zmienili się ludzie w ławkach. Ale kamień, na którym przez stulecia śpiewano luterańskie pieśni, dalej stoi — i dalej jest domem Bożym. To nie jest mała rzecz. W historii, która tyle zburzyła, akurat te mury ocalały — bo zmienił się tylko gospodarz.