Większość odcinków tego cyklu to historie utraty: spalony kościół, zarośnięty cmentarz, wieża, pod którą nie ma już komu się modlić. Pomorze po roku 1945 to kraina, z której dawni mieszkańcy odeszli, a ich świątynie runęły, przeszły w inne ręce albo zamilkły. Ten odcinek opowiada o czymś innym. Przy ulicy Słowackiego 40 w Słupsku stoi kościół, w którym mimo wymiany ludności, zmiany języka i całej katastrofy stulecia luterańskie nabożeństwo nigdy nie ustało.1
Żeby ją zrozumieć, trzeba cofnąć się do roku 1857. Reformacja przyszła do Słupska wcześnie i mocno: oddolnie luteranizm przyjmowano tu już od lat dwudziestych XVI wieku, a formalnie wprowadzono go wraz z sejmem w Trzebiatowie (1534) i wizytacją Bugenhagena (1535); miasto stało się siedzibą jednej z trzech generalnych superintendentur Pomorza, a w wieku XVIII rozkwitł w nim pietyzm — żarliwy nurt pobożności osobistej.2 W XIX wieku, kiedy pruskie państwo próbowało scalić luteran i kalwinów w jeden Kościół unijny, część wiernych nie zgodziła się porzucić czystej nauki luterańskiej. Ci, którzy odmówili, nazwani zostali staroluteranami — i to oni, w 1857 roku, usamodzielnili w Słupsku własną parafię.
✦ ✦ ✦Pierwszym proboszczem słupskich staroluteran został ksiądz Georg Friedrich Haag. W latach 1857–1859 zbór wzniósł sobie kościół Świętego Krzyża — jeden z pierwszych budynków neogotyckich w mieście, dzieło Karla Pape i Ludwiga Hundtessera. Kamień węgielny położono 11 listopada 1857 roku, w 374. rocznicę chrztu księdza Marcina Lutra; poświęcenie nastąpiło 28 sierpnia 1859 roku.1 Data kamienia węgielnego nie była przypadkowa: staroluteranom zależało na podkreśleniu wierności dawnej nauce, więc związali początek budowy z dniem, w którym reformator został ochrzczony.
Bryła wyszła nieco przysadzista: prostokątny korpus o wymiarach dwadzieścia dziewięć na czternaście metrów, dwuspadowy dach, niska wieża zwieńczona czterema skromnymi pinaklami. Mur z wypalanej cegły osadzono na kamiennych fundamentach — choć początkowo budowano ze zbyt tanich cegieł pustakowych, co skończyło się kilkoma zawaleniami. W neogotyckich oknach z maswerkami umieszczono witraże o prostych formach geometrycznych. Przez kolejne dekady kościół rozbudowywano: w 1906 roku dobudowano zakrystię, między 1920 a 1932 rokiem mieścił się tu nawet zwierzchnik diecezji staroluterańskiej, superintendent ksiądz Alfred Reuter.1
✦ ✦ ✦A potem przyszedł rok 1944. Ostatnie staroluterańskie nabożeństwo w kościele Świętego Krzyża odprawiono w Boże Narodzenie 1944 roku — poprowadził je ksiądz Albrecht Stolle. Kilka tygodni później front dotarł na Pomorze, zaczęły się ucieczka i wysiedlenia, a w 1945 roku parafia staroluterańska przestała istnieć: jej wierni rozproszyli się po świecie, dawni mieszkańcy Słupska odeszli na zawsze.1 Historia kościoła mogła się wtedy skończyć tak jak historia setek innych pomorskich świątyń. Pusty budynek, obcy nowym mieszkańcom, czekał na rozbiórkę, magazyn albo zapomnienie.
Stało się inaczej. Już w maju 1947 roku, na wniosek niewielkiej grupy nowych mieszkańców miasta — Polaków, ewangelików przybyłych z różnych stron — erygowano w Słupsku polskojęzyczną parafię ewangelicko-augsburską. W październiku tego samego roku władze miasta przekazały jej budynek kościoła Świętego Krzyża. Tak, w odstępie niespełna trzech lat, ten sam dach przykrył dwie różne wspólnoty: niemiecki, staroluterański zbór, który właśnie odszedł, i polską parafię ewangelicką, która dopiero powstawała. Mury pozostały te same, zmienili się ludzie i język ich modlitwy.1
✦ ✦ ✦Kim byli ci, którzy w 1947 roku wzięli na siebie założenie polskiej parafii? Wniosek o jej erygowanie złożyła grupa kierowana przez troje ludzi: Martę Emelianow, Olgę Falkowską i doktora Jana Posmykiewicza. Dwoje z nich warto tu przywołać z osobna, bo ich życiorysy dobrze pokazują, czym był polski Słupsk pierwszych powojennych lat — miastem ludzi, którzy wiele przeszli, a mimo to chcieli budować.
Marta Aluchna-Emelianow (1906–1991) była poetką. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, debiutowała w 1929 roku na łamach almanachu młodych „Spod Arkad”, należała do wileńskiej grupy poetyckiej „Meduza”. W latach 1941–1944 prowadziła w Warszawie pracę konspiracyjną; aresztowana podczas Powstania Warszawskiego, trafiła na roboty do Niemiec. Do Słupska przyjechała w 1946 roku — i już rok później współorganizowała tu polską parafię ewangelicką. Wydała kilka tomów wierszy, między innymi Próbę liryki, Popiół i proch, Świta dzień. Dziś upamiętnia ją w Słupsku tablica i ulica jej imienia.3 Poetka, która ocalała z Powstania i z niemieckich robót, niemal od razu po przyjeździe włączyła się w Słupsku w odbudowę wspólnoty wiary.
Obok niej stanął doktor Jan Posmykiewicz (1904–1988), lekarz laryngolog. We wrześniu 1939 roku był oficerem artylerii, dostał się do niemieckiej niewoli, uciekł z niej i dotarł do Warszawy. Przez całą okupację działał w konspiracji Armii Krajowej jako szef służby zdrowia Kedywu, pod pseudonimem „Masław”. Po wojnie osiadł w Słupsku, gdzie przez trzydzieści lat tworzył i prowadził miejscową otolaryngologię. W 1947 roku został założycielem i wieloletnim kuratorem słupskiej parafii ewangelicko-augsburskiej. Jeszcze bliższy duchowi tego cyklu jest inny rys jego biografii: był inicjatorem nabożeństw i opieki religijnej nad Słowińcami — autochtoniczną, słowiańską ludnością ewangelicką Pomorza, którą powojenna Polska często traktowała jak Niemców.4 Zajął się więc garstką słowiańskich luteran znad jezior Gardno i Łebsko — ludźmi obcymi prawosławiu i katolicyzmowi, niezbyt swojskimi dla Niemców, a polszczyznę znającymi ledwie. Pisał o nich również naukowo; jego artykuł nosił znaczący tytuł: Ci, którzy przetrwali. Słowińcy na Pomorzu Zachodnim.
✦ ✦ ✦Polska parafia nie zamknęła jednak drzwi przed tymi, którzy zostali z dawnego, niemieckiego Słupska. Od 1977 roku w kościele Świętego Krzyża spotykał się także nieformalny zbór niemieckojęzyczny — tak zwany „niepolski”. W 1994 roku został prawnie uznany, a w 1997 roku formalnie przyłączony do polskojęzycznej parafii ewangelicko-augsburskiej.1 Pod jednym dachem zaczęto się modlić w dwóch językach. W mieście podzielonym przez historię wzdłuż linii narodowości kościół Świętego Krzyża stał się miejscem, które te podziały łagodziło.
Najpełniej ucieleśniła to Isabel Eva Sellheim (1929–2018). Urodziła się w Słupsku — wtedy jeszcze niemieckim Stolp — jako córka miejscowego prawnika. Pod koniec wojny uciekła na zachód, w Niemczech ukończyła szkołę bibliotekarską, pracowała jako bibliotekarka, opracowała dzieje miast i genealogie wielu rodów. A w połowie lat dziewięćdziesiątych zrobiła rzecz niezwykłą: wróciła do Słupska — po to, by, jak pisał o niej autor tego cyklu, „przywracać pamięć o trudnej historii i szlachetnymi działaniami łączyć Niemców, Polaków i Żydów”. Przewodniczyła ziomkostwu słupszczan, była jurorką w konkursie obcojęzycznej poezji miłosnej. W 2009 roku Słupsk uczynił ją swoją Honorową Obywatelką.5 Kobieta, którą wojna wygnała z rodzinnego miasta, wróciła do niego nie po to, by rozliczać krzywdy, lecz by godzić dawnych i nowych mieszkańców — i znalazła drogę do kościoła, który w jej dzieciństwie zwano lokalnie „Polskim Kościołem Ewangelickim”.
✦ ✦ ✦Dzisiejsze wnętrze kościoła Świętego Krzyża nosi ślady całej tej historii — i całej tej troski. Odnowiona na początku XXI wieku jednoprzestrzenna sala przypomina pseudobazylikę: drewniane kolumny podtrzymują drewniany strop, dzieląc wnętrze na niby-nawy. Dębowy stół ołtarzowy z 1934 roku zdobi relief baranka; na styku nawy z prezbiterium stoi neogotycka ambona, a naprzeciw — chrzcielnica, którą Słupski Ośrodek Kultury zwrócił parafii w 2010 roku. Od 2011 roku wiszą tu neogotyckie Okna Pamięci ku czci dawnych duchownych, a nad przejściem do zakrystii — niewielka gipsowa figura księdza Marcina Lutra, która wcześniej, jeszcze przed wojną, zdobiła plebanię. Pod sufitem wisi model żaglowca, wykonany w 2005 roku przez księdza Gerharda Dallmanna z Greifswaldu — podziękowanie Bogu za opiekę i znak związków regionu z morzem.1
Sercem każdego luterańskiego kościoła są jednak organy — i organy Świętego Krzyża mają własną wędrowną biografię. Powstały jako 444. dzieło śląskiej firmy Schlag & Söhne, działającej w Świdnicy w latach 1869–1923 i słynnej na całe Niemcy.6 Pierwotnie grały w ewangelickim kościele w Golasowicach na Górnym Śląsku. Gdy w 2007 roku słupska parafia uznała, że odziedziczone wcześniej duże organy są dla jej kościoła za potężne, wymieniła je na te mniejsze, świdnickie — i zainstalowała na powiększonej drewnianej emporze od strony kruchty. Przebudowa była tak udana, że przyniosła parafii i wykonawcy nominację do ogólnopolskiego konkursu Modernizacja Roku 2007.1 Tak więc instrument zbudowany na Śląsku ponad sto lat wcześniej zaczął służyć na nowo nad Bałtykiem.
✦ ✦ ✦W 1990 roku kościół Świętego Krzyża uznano za zabytek. Przez pierwsze dwie dekady nowego stulecia parafia cierpliwie go odnawiała: wstawiła nowe okna z odtworzonymi witrażami, dwukrotnie wymieniła posadzkę, w 2011 roku sprawiła nowe ławki, w 2012 dobudowała przeszkloną zakrystię, a od 2018 roku do świątyni można wjechać na wózku inwalidzkim.1 To nie są nakłady na pomnik przeszłości, lecz na czynny, używany na co dzień kościół.
Kościół Świętego Krzyża pozostaje jedynym czynnym kościołem ewangelickim w Słupsku — siedzibą Parafii Ewangelicko-Augsburskiej, do której należą także kaplice w Lęborku i Gardnie Wielkiej, a w której każdej niedzieli o wpół do jedenastej odprawia się nabożeństwo w języku polskim.7 Pod tym jednym dachem przeszły kolejno: staroluterańska wierność XIX wieku, katastrofa roku 1945, polska wspólnota powojennych przesiedleńców, niemieckojęzyczny zbór wracających, słowińscy ewangelicy doktora Posmykiewicza, poetka ocalała z Powstania, Niemka wracająca, by godzić. Wszyscy oni modlili się tu po kolei, w różnych językach i różnych czasach, a budynek wciąż służy.
Inne odcinki tego cyklu opowiadają o tym, jak Pomorze traciło swoje świątynie; ten jeden — o świątyni, której Pomorze nie utraciło. Bywa, choć wcale nie tak często, że ciągłość bierze górę nad zerwaniem, a dom modlitwy okazuje się trwalszy niż otaczające go dzieje. Kościół Świętego Krzyża w Słupsku stoi i wciąż służy wiernym — i już choćby dlatego warto było o nim opowiedzieć.