W 1652 roku ksiądz Christian Wirker, luterański duchowny obsługujący kościół w Ustce, został oskarżony o czary, ścięty, a jego zwłoki spalono na stosie.1 Tak — bez okrążeń — zaczyna się ta opowieść, bo nie sposób ominąć tego, co w dziejach pomorskiego portu najmroczniejsze. Człowiek, który stawał przed ołtarzem, by głosić ewangelię łaski, sam zginął z ręki sprawiedliwości, która łaski nie znała. Wirker prowadził parafię w Wintershagen — dzisiejszym Grabnie — obsługującą duszpastersko kościół w Stolpmünde, jak Niemcy nazywali tę dawną kaszubską osadę rybacką.2 Jego nazwisko widnieje w spisie miejscowych pastorów między rokiem 1639 a 1652. Po tej drugiej dacie — milczenie. Urwane na stosie.
Trzeba od razu powiedzieć rzecz najważniejszą: nie wiemy, co naprawdę zarzucono Wirkerowi, ani jak wyglądał jego proces. Zachowała się przede wszystkim sama konkluzja — wyrok i kaźń. Dlatego o tej sprawie należy mówić nie jak o sensacji, lecz jak o tragedii epoki. Wiek siedemnasty to na całym Pomorzu, podobnie jak w całej protestanckiej i katolickiej Europie, czas największego nasilenia procesów o czary. Sądziły i skazywały oba wyznania; ofiarami padali ludzie z każdego stanu. To, że ofiarą padł akurat duchowny, jest wstrząsające, ale nie wyjątkowe — w tej gorączce podejrzeń nikt nie był bezpieczny. Region Pomorza Środkowego zna z tamtych dziesięcioleci całe rejestry oskarżonych o czary, od wieku XVI po jego schyłek.3 Wirker był jednym z nich — i jednym z tych, których historia zdołała zapamiętać z imienia.
Warto przy tym zachować ostrożność, której wymaga dobry warsztat. Postać tego samego pastora pojawia się także w opowieści o sąsiednich Zimowiskach — bo parafia w Wintershagen była jedna, a kościołów obsługiwała kilka.2 Daty jego urzędowania (1639–1652) i okoliczności śmierci podaje cykl parafialny, na którym opieramy tę relację; głębsze akta procesowe, które pozwoliłyby zrozumieć mechanizm oskarżenia, pozostają poza naszym zasięgiem. Sam fakt egzekucji za rzekome czary jest dobrze osadzony w realiach pomorskich XVII wieku; szczegółów samego procesu Wirkera źródło parafialne nie rozwija, i my też ich nie domyślamy się. Tyle można powiedzieć uczciwie — i tyle wystarczy, by uchylić kapelusza przed człowiekiem, którego pamięć przetrwała mimo hańby zadanej mu przez współczesnych.
✦ ✦ ✦Ustka — po kaszubsku Usko lub Uszcz — była w średniowieczu rybacką osadą przynależną do kasztelanii słupskiej i przez stulecia dzieliła losy ze Słupskiem, który był jej właścicielem.4 Reformacja przyszła tu wraz z całym Pomorzem: luteranizm przyjęto w pierwszej połowie XVI wieku, a do roku 1590 posługę wśród usteczan pełniło kolejno pięciu pastorów. Pierwszy z nich, ksiądz Jakob Knade, miał według miejscowych historyków być pierwszym tutejszym duchownym, który zawarł związek małżeński — co samo w sobie było znakiem nowych, ewangelickich czasów, gdy ksiądz mógł mieć żonę i dom. Ale to samo źródło zapisało i ciemniejsze epizody: w 1590 roku ksiądz Paul Vicke został zdjęty z urzędu przez wizytatorów kościelnych, którzy zarzucili mu gorszący tryb życia. Kościół ewangelicki sam pilnował obyczajów swoich duchownych — czasem surowo. A pół wieku później przyszedł rok 1652 i stos Wirkera.
Sama świątynia nie stała wtedy tam, gdzie dziś. Pierwszy kościół w Ustce, drewniany, pod wezwaniem Jana Chrzciciela i świętego Mikołaja, konsekrowano w 1356 roku — a wezwanie, jak zauważył historyk Hellmuth Heyden, wiązało się z patronem diecezji kamieńskiej, przez co biskupstwo utwierdzało swoje prawa do ziemi słupskiej.5 Z czasem drewno ustąpiło murowi. Kościół rozbudowywano, dodano wieżę i kruchtę, lecz w drugiej połowie XIX wieku okazał się za mały dla rozrastającej się miejscowości. Był nie tylko domem modlitwy: dzięki swej charakterystycznej bryle służył za znak nawigacyjny — w dzień rozpoznawalny z morza kształtem, w nocy światłami w oknach. Marynarze wracający do portu szukali go wzrokiem jak latarni.
✦ ✦ ✦Budowa nowego, większego kościoła zaczęła się uroczyście 18 maja 1885 roku od wmurowania kamienia węgielnego, przy śpiewie pieśni „Gdybym języków miał tysiące” i odczytaniu Psalmu 84.6 W miedzianej tubie złożono wówczas pergaminowy dokument — świadectwo dla potomnych. Spisano w nim, że według spisu z 1880 roku Stolpmünde liczyło 1954 dusze mieszkające w stu siedemdziesięciu pięciu domach, że było sześć klas szkolnych, dziewięciu nauczycieli, czterystu uczniów, dwóch lekarzy i jeden farmaceuta. Dokument kończyło wyznanie ponadczasowe: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś i na wieki wieków. Amen”. Świątynię poświęcono 10 lipca 1888 roku, a w starym kościele świętego Mikołaja superintendent ksiądz Theodor Riemer wygłosił mowę pożegnalną, podkreślając jego pięćset trzydziestodwuletnią historię. Przy dźwięku dzwonów procesja przeszła ze starego do nowego — duchowieństwo, Rada Parafialna z naczyniami liturgicznymi, budowniczowie, dzieci. Stary kościół zdesakralizowano i sprzedano na rozbiórkę.
I tu w radosną kronikę budowy wkrada się kolejny cień. Gdy w 1884 roku zdecydowano postawić nowy kościół na wydmie za wsią, niektórzy protestowali przeciw temu miejscu. Budowa zaś — jak lakonicznie notuje źródło — „kosztowała jedną ofiarę śmiertelną”: z wieży spadł stolarz August Groth.7 Nie znamy jego ostatnich słów ani okoliczności upadku; została po nim jedna zdawkowa linijka w parafialnej kronice. A ksiądz Karl Bartholdy, który rozpoczął budowę, nie dożył jej końca — umarł w 1886 roku na gruźlicę. Dwie śmierci u fundamentów świątyni, której wnętrze zdobiły potem modele żaglowców ofiarowane przez wdzięcznych żeglarzy i kapitanów — wota za ocalenie z morskich katastrof. Bo Ustka żyła z morza, a morze i radość daje, i zabiera.
✦ ✦ ✦Najboleśniejsze cienie przyniósł jednak wiek dwudziesty, a wraz z nim koniec niemieckiego, ewangelickiego Stolpmünde i nadejście polskiej Ustki. Ostatni niemiecki proboszcz, ksiądz Martin Simon, opuścił miasto 8 marca 1945 roku.8 Posługę przejął po nim ksiądz Hans Schreiber z pobliskiego Duninowa, który odprawiał w Ustce nabożeństwa aż do połowy sierpnia 1946 roku — w nowej, niepewnej rzeczywistości. I właśnie ten duchowny zapłacił cenę za swoją wierność powołaniu. Był aresztowany dwukrotnie: od 12 do 19 października 1945 i od 6 do 13 stycznia 1946 roku. Wspierającą go w pracy parafialnej Elsbeth Scheil, która przez lata służyła na plebanii w Duninowie, również aresztowała milicja. A od pierwszego zatrzymania ksiądz Schreiber musiał przekazywać Urzędowi Bezpieczeństwa treść każdego kazania, które zamierzał wygłosić.
Zatrzymajmy się przy tym jednym zdaniu, bo mówi ono o epoce więcej niż niejeden rozdział podręcznika. Pastor, by głosić Słowo Boże, musiał najpierw przedłożyć je do wglądu policji politycznej. Kazanie — z natury wolne, zwracające się do sumienia — stawało się dokumentem podejrzanym, który urzędnik mógł czytać przed Bogiem. To była już inna Polska i inny świat: powojenny, podejrzliwy, kontrolujący ambonę. Schreiber nie zginął jak Wirker trzy stulecia wcześniej, ale i jego posługa odbywała się pod groźbą — tyle że groźbą nowego rodzaju. Cienie nad usteckim portem zmieniały kształt; nie znikały.
✦ ✦ ✦Z Ustką związane są wreszcie losy trzech wojskowych, których biografie cykl parafialny zachował dla potomnych — i przy których kronikarz zachowuje godną ostrożność. Najstarszy z nich, generał brygady Philipp Friedrich Ferdinand von Arnim (1772–1835), pruski oficer „ze szkoły Blüchera”, kwaterował w Ustce w 1812 roku, dowodząc stąd siłami broniącymi wybrzeża, a potem walczył w wojnach wyzwoleńczych przeciw Napoleonowi, pod Dennewitz i pod Lipskiem, gdzie zdobył Krzyż Żelazny obu klas.9 Zmarł w Słupsku. Drugi, podpułkownik a później generał Oskar Krapp (1888–1945), był w drugiej połowie lat trzydziestych komendantem powstającego pod Ustką poligonu i koszar; to dzięki ściąganym przez niego z Berlina subwencjom zbudowano w osadzie kino, domy dla kadry i uruchomiono komunikację miejską. Jego biografia mogłaby się skończyć spokojnie — schorowany, w 1943 roku przeszedł w stan spoczynku.
Ale nie skończyła się spokojnie. W 1945 roku schorowanego generała ponownie powołano pod broń i wysłano do twierdzy Kołobrzeg na komendanta obrony miasta. Próbował zdezerterować, został aresztowany — i tu źródło, uczciwie, podaje aż trzy wersje jego śmierci: atak serca, samobójstwo albo zastrzelenie przez pułkownika Fritza Fullriedego, faktycznego dowódcę obrony Kołobrzegu.10 Której z nich wierzyć — nie rozstrzygamy, bo nie da się tego rozstrzygnąć z całą pewnością; tak też zostawia tę kwestię nasze źródło. Wiadomo natomiast z pewnością, że to Fullriede, były oficer Afrika Korps, objął rzeczywiste dowodzenie obroną twierdzy 1 marca 1945 roku — na życzenie Goebbelsa, który chciał, by realia zgadzały się z propagandowym filmem „Kolberg” — i że bitwa o miasto zakończyła się 18 marca zdobyciem go przez wojsko polskie.11 Generał Krapp zginął gdzieś w tym chaosie końca, między dezercją a aresztem, 8 marca. Jego śmierć pozostaje jedną z owych historii, których wojna nie domyka.
Jest i czwarty ślad — nie człowiek, lecz dzieło jego rąk. Na usteckim cmentarzu stoi odlana w brązie postać śmiertelnie rannego wojownika, który próbuje powstać do walki i osłonić się tarczą; na tarczy widnieje pierwsze wyobrażenie usteckiego herbu.12 Pomnik, odsłonięty 22 stycznia 1922 roku, upamiętnia siedemdziesięciu sześciu mieszkańców Ustki poległych w pierwszej wojnie światowej. Pierwotny niemiecki napis „Naszym poległym żołnierzom” zastąpiono po wojnie polskim: „Bezimiennym bohaterom wojen światowych — społeczeństwo Ustki”, choć z czasem i ta tablica zaginęła. Autorem rzeźby był Josef Thorak — ten sam, który w latach trzydziestych stał się obok Arno Brekera oficjalnym rzeźbiarzem Trzeciej Rzeszy, twórcą monumentalnych figur dla stadionu olimpijskiego i Kancelarii Rzeszy w Berlinie. Pomnik powstał, nim Thorak związał się z reżimem — ale dziś, gdy patrzymy na umierającego wojownika, trudno nie dostrzec w tej biografii kolejnego cienia, który czas położył na usteckim cmentarzu.
✦ ✦ ✦Dawny kościół ewangelicki w Ustce stoi do dziś — jako świątynia poewangelicka, z neogotyckim prospektem organowym Christiana Friedricha Voelknera, z krucyfiksem z roku 1752 i modelami żaglowców pod sklepieniem.13 Ewangeliccy mieszkańcy Ustki i okolic objęci są dziś opieką duszpasterską Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Słupsku, a od początku XXI wieku ich liczba znów rośnie. Tak wygląda epilog: ślady niemieckiego, ewangelickiego Stolpmünde zostały — w murze kościoła, w ceglanej bramie cmentarza, w pamięci o pastorach, którzy tu służyli. Wśród nich Christian Wirker, którego współcześni spalili w przesądnym obłędzie roku 1652, a którego my, po niemal czterech wiekach, możemy już tylko wspomnieć ze smutkiem i szacunkiem. Bo to jest właśnie zadanie pamięci — nie sądzić umarłych powtórnie, lecz przywrócić im imię, które ogień próbował odebrać.