Wieszyno — po niemiecku Vessin — to dziś zwyczajna wieś sołecka w gminie Redzikowo, kilka kilometrów od Słupska. Przed wojną mieszkało w niej dwieście dziewięćdziesiąt sześć osób w pięćdziesięciu dziewięciu gospodarstwach; spis z maja 1939 roku liczył je co do jednej.1 Pierwsza wzmianka jest jednak znacznie starsza: w dokumencie z 1284 roku książę Mściwoj II przekazuje osadę Vesin w lenno niejakiemu Piotrowi Glabunasowi. Przez kolejne wieki Wieszyno wraz z sąsiednim Redzikowem przechodziło z rąk do rąk pomorskiego rycerstwa — von Woyten, von Somnitz, von Krockow — aż po ostatnich dziedziców, rodzinę von Goerne, która gospodarowała tu do roku 1945.1 Trzeba tę wieś opowiedzieć właśnie dlatego, że jest mała. W jej dziejach, jak w kropli, odbija się wszystko, co przeszło przez tę krainę.
Bo Wieszyno nie było tylko gospodarstwem. Cała wieś, co do mieszkańca, była ewangelicka, a tutejsza parafia luterańska sięga korzeniami samej Reformacji. W jej skład wchodziły Redzikowo, Niedarzyno, Wielogłowy i Warblewo; patronat nad kościołem sprawowały rody von Goerne z Wieszyna i Arnoldów z Redzikowa.2 To była żywa, ludna wspólnota: w 1924 roku notowano w niej tysiąc sto czterdziestu siedmiu członków, w 1932 składki opłacało tysiąc dwieście osób. Mała wieś, wielki zbór.
✦ ✦ ✦W sercu tego wszystkiego stoi kościół — i stoi do dziś. Wzniesiono go w XV wieku, na cmentarzu, pośród starych drzew; fundamenty z kamienia polnego, ściany z cegły w gotyckim wątku, masywna dwukondygnacyjna wieża z wejściem od zachodu, czterema długimi, ostrołukowymi płycinami i dwuspadowym dachem na każdej ścianie.3 Plan jest prosty, niemal surowy: prostokątną nawę dostawiono po prostu do wieży. Tak budowano wiejskie świątynie Pomorza — bez przepychu, mocno, na pokolenia. Najstarszy zachowany wizerunek tej wieży to rysunek z 1894 roku, który dla wielkiej inwentaryzacji zabytków prowincji pomorskiej wykonał konserwator Ludwig Böttger.3
Wnętrze, gdy służyło jeszcze ewangelikom, było bogatsze, niż dziś można przypuszczać. Pod płaskim drewnianym stropem stał barokowy ołtarz, w którego bocznych panelach widniały portrety siedemnastowiecznego duchowieństwa; do niego dostrojona była ambona z osłoną dźwiękową, również z połowy XVII wieku. W oknach mieniły się kolorowe szyby z herbami rodów Massow, Bandemer, Wodtke i Collrepp, a na jednej z nich — scena „Jakub i anioł” z napisem „Jakub Willer 1649”.3 Z tego dawnego wyposażenia w samym kościele nie ma już prawie nic. Część przetrwała w Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku — między innymi drewniane epitafium Johanna Georga Woytena z 1714 roku, które trafiło tam w 1966 roku: trzy eliptyczne kartusze z inskrypcjami i rzeźbionym herbem, oplecione wieńcem z liści akantu, róż i uskrzydlonym puttem na szczycie.3
✦ ✦ ✦Życie tej parafii nie było wcale sielanką. W 1812 roku, przy okazji reformy uwłaszczeniowej, wybuchł w Wieszynie spór proboszcza z gminą o ziemię parafialną — ciągnął się latami i niejeden raz musiała w nim interweniować żandarmeria.2 Pół wieku później przyszedł czas budowania: za kadencji księdza Augusta Ferdinanda Trappa, w 1860 roku, stanęła nowa, murowana plebania w miejsce starego, dwupiętrowego budynku o konstrukcji szachulcowej. A pod koniec XIX wieku wieś dotknęło coś, co odmieniło jej duchowe oblicze: ruch przebudzeniowy zapoczątkowany przez księdza Maksa Eduarda Cyrusa. Powstała „społeczność chrześcijańska”, stowarzyszenie młodzieżowe i Związek Błękitnego Krzyża — organizacja propagująca abstynencję od alkoholu — a parafialna szkółka niedzielna należała do najlepszych w całym regionie.2 Mała wieś żyła wielką pobożnością.
W długiej liście proboszczów Wieszyna — od księży czasów Reformacji, przez wiek XVII i XVIII, aż po superintendenta Martina Reinkego, który urzędował do roku 1945 — kryją się jednak nazwiska, za którymi stoją historie wykraczające daleko poza pomorską wieś.4 Dwa z nich warto opowiedzieć osobno.
✦ ✦ ✦Pierwsza to historia żołnierza, który został misjonarzem. Friedrich Asmus von Bandemer (1685–1770), dziedziczny pan Redzikowa i Swołowa, był przez całe życie człowiekiem szabli: służył kolejno w wojsku polskim, rosyjskim i pruskim, a w 1738 roku otrzymał patent pułkownika z rąk króla Fryderyka Wilhelma I.5 Tyle potwierdzają niezależne źródła. Według cyklu Jana Wilda ten sam człowiek miał jednak — w czasie wojen rosyjsko-perskich — prowadzić misję chrześcijańską wśród muzułmanów na pograniczu rosyjsko-perskim, a traktaty w języku arabskim sprowadzać aż ze Słupska, we współpracy z tutejszym, pietystycznie usposobionym proboszczem wieszyńskim księdzem Davidem Israelem Dimplem.5 Tego wątku misyjnego nie udało się potwierdzić w dostępnych publicznie opracowaniach — niemieckie noty biograficzne opisują Bandemera wyłącznie jako oficera, milcząc o działalności misyjnej. Podajemy go więc za relacją parafialną, z zastrzeżeniem, że wymaga on dalszej kwerendy źródłowej. Pewne jest jedno: herb Bandemerów świecił w oknach wieszyńskiego kościoła jeszcze długo po jego śmierci.
Druga historia to historia ptaków. Eugen Ferdinand von Homeyer (1809–1889) był jednym z najwybitniejszych ornitologów dziewiętnastowiecznych Niemiec — i człowiekiem ziemi słupskiej. Od 1840 roku gospodarował w okolicy, między innymi w Darzynie i Potęgowie, a w latach 1852–1874 był właścicielem majątku w sąsiednim Warblewie, gdzie założył piękny park krajobrazowy i — co najważniejsze — własne muzeum ptaków.6 Jego prywatna kolekcja liczyła, jak podaje źródło parafialne, około sześciu tysięcy ośmiuset wypreparowanych ptaków, pięć tysięcy jaj i sto sześćdziesiąt gniazd. Homeyer napisał ponad sto pięćdziesiąt prac naukowych, jako pierwszy opisał muchołówkę białoszyją i białorzytkę cypryjską, a w latach 1876–1883 przewodniczył Niemieckiemu Towarzystwu Ornitologicznemu. Ostatnie lata, od 1880 roku, spędził w Słupsku.6
Wokół jego nazwiska narosła też legenda o podróży naukowej dookoła świata u boku austriackiego następcy tronu, arcyksięcia Rudolfa Habsburga.6 Tu warto sprostować: Homeyer rzeczywiście towarzyszył arcyksięciu Rudolfowi — ale nie w wyprawie dookoła świata, lecz w głośnej ekspedycji ornitologicznej nad dolny Dunaj w 1878 roku, wraz ze słynnym przyrodnikiem Alfredem Brehmem. To z tej podróży młody Rudolf napisał książkę „Piętnaście dni nad Dunajem”. Określenie „globtroter” dobrze oddaje rozmach jego kolekcji, ale konkretnej wyprawy wokół globu źródła nie potwierdzają. Jego wielki zbiór — w pełnej, muzealnej skali liczący z czasem około dwudziestu tysięcy okazów — trafił ostatecznie do muzeum przyrodniczego w Brunszwiku.6 Tak oto z małej pomorskiej wsi nauka europejska czerpała pełnymi garściami.
✦ ✦ ✦A potem przyszedł rok 1945 — i to jest część, którą trzeba opowiedzieć cicho, z należną powagą. Na przełomie lutego i marca Wieszyno, jak cały powiat słupski, zapełniło się uchodźcami z Prus Wschodnich i Zachodnich; w niespełna trzystuosobowej wsi schroniło się wówczas około pięciuset ludzi, uciekających przed frontem.7 Ósmego marca 1945 roku do wsi weszła Armia Sowiecka. Jednego z uciekinierów z Prus Wschodnich zastrzelono, gdy zaskoczono go przy słuchaniu radia. Rozstrzelano także ochmistrza Maxa Krügera — człowieka odpowiedzialnego za opróżnienie majątkowej gorzelni z dwunastu tysięcy litrów spirytusu.7 W działaniach wojennych zginęło dwudziestu dwóch mieszkańców Wieszyna, dwudziestu dwóch zaginęło, a dwudziestu pięciu poległo w szeregach armii niemieckiej. Dla tej jednej wsi była to katastrofa, z której nie podnosi się już dawny świat.
Niemiecki, ewangelicki zbór nie zniknął jednak z dnia na dzień — dogasał powoli, niemal dwanaście lat. Pierwsi polscy osadnicy przybyli już w czerwcu 1945 roku, ale jeszcze w latach pięćdziesiątych większość mieszkańców wsi stanowili Niemcy; w roku 1951 lub 1952 ruszyła nawet niemiecka szkoła dla dzieci z miejscowych rodzin, działająca przez około pięć lat.1 Po wojnie kierowanie osieroconym zborem przejęli świeccy kaznodzieje — lektorzy wypełniający obowiązki duchownego: najpierw słupszczanin Herman Tietz, w latach 1945–1952, a po nim, do 1957 roku, Paul Arnold, cieśla i kołodziej z pegeerowskiego Głobina.4 W 1954 roku zbór skupiał jeszcze około dziewięciuset ewangelików opłacających składki. Nabożeństwa luterańskie po niemiecku odprawiano w wieszyńskim kościele co dwa tygodnie — do końca 1957 roku. W tym właśnie roku na sto pięćdziesięciu czy dwustu mieszkańców Vessin zaledwie około dwudziestu było katolikami.8 Potem niemiecki zbór ostatecznie zamilkł, a opiekę nad nielicznymi luteranami przejęli księża ze Słupska.
✦ ✦ ✦Wokół kościoła pozostały cmentarze — i one mówią najwięcej. Był cmentarz przykościelny, wieloboczny teren pośród pól na południowy zachód od wsi, z którego usunięto nagrobki i wycięto część drzew; dziś w części pozostaje zieloną łąką, w części służy jako współczesny cmentarz.9 Był i cmentarz rodowy von Goerne, tuż na wschód od kościoła. Zachowały się na nim kamienie nagrobne właścicieli — między innymi, do roku 2014, grób porucznika Wilhelma von Goerne, poległego w 1914 roku, z niemiecką inskrypcją: „porucznik 1. Przybocznego Pułku Huzarów, urodzony 2 lipca 1898 roku, walcząc za Ojczyznę zginął chwalebną śmiercią żołnierską na czele swojego patrolu, w dniu 7 lutego 1915”.9 Pozostałe obeliski upamiętniały majora Wilhelma von Goerne, członka ewangelickiego Zakonu Joannitów, oraz Dorotheę von Goerne. Kamienie rodu, który wieś tę dzierżył do końca.
Tak zamyka się ta mikrohistoria. Mała wieś — a w niej gotycki kościół z XV wieku, który przetrwał wszystkie wcielenia okolicy; ród, którego herby świeciły w oknach i którego groby stoją do dziś; ornitolog, który z pomorskiej ziemi wysyłał w świat blisko siedem tysięcy ptaków; oficer, o którym opowiadano, że niósł Ewangelię aż na pogranicze Persji; i wiosna 1945 roku, która ten świat zamknęła. Pomorze nieraz traciło swoje wsie, swoje zbory, swoich ludzi. Wieszyno — jak setki innych miejsc na tej mapie — straciło je niemal w całości. Ale póki stoi kościół na cmentarzu pośród starych drzew, póki ktoś czyta inskrypcje na kamieniach von Goerne, ta historia nie jest do końca milczeniem.