Najpierw byli ci, którzy nigdzie nie wyjechali. Irmgard Rusakiewicz urodziła się w 1937 roku we wsi Wieszyno i całe długie życie przeżyła na ziemi, na której przyszła na świat.1 W inauguracyjnym wywiadzie cyklu Anny Froehlich „Rozmowy z historią w tle” opowiedziała o dzieciństwie na pomorskiej wsi, o dwujęzycznych nabożeństwach i o zwyczajach, które dla młodszych są już tylko słowami z dawnego słownika — świniobiciu, gęsinie, tajemniczym flumie. Jej wspomnienie ma jednak ciemne dno: ojca zamordowali wkraczający po wojnie Rosjanie. Rodzina związała się później z Mniejszością Niemiecką, a wierność Kościołowi Ewangelickiemu została jej do końca. To głos kogoś, kto został — i kto z tego pozostania uczynił świadectwo.
Wokół takich ludzi jak ona — tych, którzy zostali — zaczęli z czasem gromadzić się tamci, którzy wyjechali albo wywieźli ich jako dzieci. I to oni, wracający, są bohaterami tej opowieści.
✦ ✦ ✦Wielkanoc 2017 roku przyniosła do kaplicy w Lęborku gościa wyjątkowego. Przyjechał osiemdziesięciosiedmioletni ksiądz Eberhard Reuter z Berlina, a z nim osiemnaścioro członków rodziny.2 Dziadek księdza, Alfred Reuter, był proboszczem tutejszej parafii — wówczas jeszcze staroluterskiej — w latach 1892–1932. Wnuk, sam już u kresu życia, oprowadzał swoje wnuki po miejscach własnego dzieciństwa, pokazując im, gdzie zaczynała się historia ich rodziny. Nie był to wyłącznie sentyment: to ks. Eberhard Reuter zainicjował zbiórkę na remont lęborskiej kaplicy, dzięki której parafia otrzymała 8200 euro. Pamięć przełożyła się na czyn — na dach, który nie przecieka.
Podobnie postąpili dawni mieszkańcy Łeby i powiatu lęborskiego, zrzeszeni w stowarzyszeniu Bund der Lebaer. Podczas nabożeństwa 2 czerwca 2019 roku, z panią Claudią Fredrich na czele, przekazali na ręce proboszcza tysiąc złotych na renowację neogotyckiego krucyfiksu z lęborskiej kaplicy.3 Krzyż, przy którym modlili się ich rodzice, miał dzięki nim doczekać odnowienia.
✦ ✦ ✦Najliczniej wracali dawni słupszczanie i mieszkańcy Pomorza zachodniego. Co dwa lata zjeżdżał do Słupska Stolper Heimattreffen — zjazd ludzi, dla których to miasto na zawsze pozostało Stolp.4 W dniach 19–21 maja 2017 roku spotkaniu przewodniczyła Isabel Sellheim. Niespełna dwa tygodnie później, 1 czerwca, przyjechała grupa z Osterburga pod kierunkiem Renate Merten. Goście zostawili po sobie dar, który stał się częścią parafialnej liturgii: serwetkę wyhaftowaną przez zmarłą uczestniczkę zjazdów, urodzoną w Słupsku — odtąd służy jako welon do przykrywania naczyń komunijnych. Ręka kogoś, kogo już nie ma, co niedzielę okrywa kielich.
Rok wcześniej, 11 maja 2016 roku, w kościele Świętego Krzyża modlili się goście z Osterburga z burmistrzem Nikiem Schulzem i jego rodziną oraz z księdzem Norbertem Lazayem z Gladigau, przewodniczącym tamtejszego związku ziomkowskiego.5 W maju 2022 roku przyjechała kolejna, trzydziestosześcioosobowa grupa z Heimatkreis Osterburg, by wziąć udział w słupskim nabożeństwie.6 Te wizyty nie były jednorazowe — to był rytm, powracający jak pory roku.
Wrzesień 2022 roku zebrał w Słupsku naraz trzy środowiska.7 Stolperheimatkreis zainicjował modlitwę wspomnieniową na Starym Cmentarzu, przy grobie śp. Isabel Sellheim — tej samej, która jeszcze pięć lat wcześniej przewodniczyła zjazdowi. Pommernkonvent obradował w Białym Spichlerzu, a uczestnicy wędrowali po regionie i słuchali wykładów o jego dziejach. Trzecią grupą była młodzież polsko-niemiecka, przemierzająca ruchome wydmy Słowińskiego Parku Narodowego. Spotkania domknęła wspólna modlitwa i wizyta u państwa von Gils w Sycewicach. W jednym z tych spotkań — przy grobie kobiety, która łączyła Polaków i Niemców — widać całą logikę tego zjawiska: pamięć przekazywana jest dalej, młodszym, którzy nie pamiętają wojny.
✦ ✦ ✦Coraz częściej powroty prowadziły wprost na cmentarze — często już nieistniejące, zarośnięte, rozkradzione. Tam pamięć przestaje być uroczystością, a staje się gestem pochylenia nad pojedynczym nazwiskiem.
Pod grudniowym niebem duchowni ze Słupska i z Bruskowa pomodlili się przy odnalezionej tabliczce dziecka, które przeżyło siedemnaście dni.
Christel Schwichtenburg urodziła się 15 stycznia 1941 roku, a zmarła 1 lutego tego samego roku.8 Jej nagrobną tabliczkę odnaleziono i ponownie ustawiono w Bruskowie, a podczas grudniowego spotkania duchowni z obu parafii pomodlili się przy niej. Dwa tygodnie życia, osiemdziesiąt z górą lat zapomnienia — i modlitwa, która przywróciła to imię pamięci.
W Swołowie od kilku lat, w okolicach Święta Zmarłych, odprawia się na dawnym cmentarzu ewangelickim ekumeniczną modlitwę wspomnieniową z inicjatywy Andrzeja Stachowiaka.9 Społeczną opiekę nad cmentarzem sprawuje Słupskie Stowarzyszenie Eksploracyjno-Historyczne „Gryf”. W Lęborku zaś, 23 lipca 2015 roku, w ramach Dni Jakubowych, ekumeniczny Marsz Pokoju wyruszył spod ewangelickiej kaplicy — dokładnie spod pomnika upamiętniającego dawnych mieszkańców Lauenburga — i zakończył się nabożeństwem w duchu Taizé w sanktuarium Świętego Jakuba.10 Punktem wyjścia pochodu o pokój uczyniono miejsce poświęcone tym, których stąd wygnano.
Pamięć żywych dawnych mieszkańców czczono podobnie. 27 września 2020 roku w lęborskiej kaplicy odbyło się nabożeństwo dla przedwojennych mieszkańców Lęborka i powiatu, po którym uczestnicy złożyli przy pamiątkowej tablicy symboliczne białe róże.11 Sześć lat wcześniej, 14 maja 2014 roku, w usteckim kościele — dziś rzymskokatolickim, niegdyś ewangelickim — modlono się za dawnych mieszkańców Ustki.12 Ta sama scena powtarzała się w wielu pomorskich świątyniach: dawni gospodarze wracają jako goście do domu, który już nie jest ich domem, a obecni gospodarze otwierają im drzwi.
✦ ✦ ✦Bywało wreszcie, że wracać przychodzili nie do grobu konkretnego człowieka, lecz do grobu całej wspólnoty. 23 lipca 2015 roku po raz pierwszy odprawiono wspólne wakacyjne nabożeństwo w Gardnie Wielkiej, z udziałem parafian z Główczyc.13 Telewizja nagrała je na potrzeby Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach, a po nabożeństwie parafianie udzielali wywiadów, wspominając dawne życie na słowińskiej wsi — życie, które przetrwało już tylko w opowieści i w muzeum.
Tego samego lata, 11 lipca 2015 roku, w Siecieminie pod Koszalinem odbył się doroczny Sommerfest Konwentu Pomorzan, organizowany dla niemieckich mieszkańców Pomorza.14 Z parafii słupskiej pojechało tylko kilka osób; autor relacji ostrożnie zauważał, że mogło to być jedno z ostatnich takich spotkań albo że formuła wkrótce się zmieni. To przypuszczenie sprawozdawcy, nie fakt potwierdzony. W tym zdaniu kryje się prawda, której nie da się zagłuszyć: pokolenie świadków odchodzi. Tych, którzy pamiętają Pomorze sprzed 1945 roku z własnego dzieciństwa, jest z roku na rok mniej.
A jednak — i to jest sens tych wszystkich powrotów — pamięć okazała się dziedziczna. Wnuki księdza Reutera oglądały miejsca, których same nie pamiętają. Polsko-niemiecka młodzież szła przez wydmy nad grobami, których nie wykopała. Tabliczka dziecka sprzed osiemdziesięciu lat wróciła na swoje miejsce. Nad pomorskimi cmentarzami, między dawnymi a nowymi gospodarzami tej ziemi, dzieje się coś, co trudno nazwać inaczej niż pojednaniem — ciche, bez deklaracji, mierzone białymi różami i odnowionymi krzyżami. Wojna odebrała tym ludziom ojczyznę; modlitwa nad grobami przodków oddaje im, po latach, choć część jej pamięci.