Są duchowni, których pamięć rozpływa się wraz z pokoleniem, które ich znało. I tacy, po których zostaje miasto trochę inne, niż je zastali. Otto Bowien należał do tych drugich — choć dziś jego nazwisko zna głównie tabliczka z nazwą skweru przy sopockim kościele. Warto więc opowiedzieć, kim był człowiek, którego imieniem nazwano kawałek miasta tuż obok świątyni, którą sam zbudował.
Zaczyna się swojsko. Otto Bowien urodził się 28 września 1863 roku w Sopocie — co czyni go jednym z niewielu rdzennych sopocian, którzy wpisali się tak trwale w dzieje miasta.1 Był synem farbiarza tkanin i właściciela domu towarowego, Theodora Bowiena, oraz Johanny z domu Kramer. Rodzina, zgodnie z przekazem, wywodziła się od hugenockich uchodźców z Francji. Miał pięcioro rodzeństwa, a jego brat Erich, inżynier, był ojcem malarza Erwina Bowiena — tak z domu farbiarza wyszedł Pomorzu zarówno duszpasterz, jak i artysta.1 (Szczegóły rodzinne pochodzą z biografii zachowanej w źródłach ewangelickich.)
✦ ✦ ✦Po gimnazjum w Elblągu studiował teologię na Albertynie w Królewcu. Ordynowany w 1889 roku, pierwsze lata posługi spędził w odległym Morągu w Prusach Wschodnich.1 Mógł tam zostać na zawsze, jak setki innych prowincjonalnych pastorów. Ale w marcu 1901 roku wygłosił próbne kazanie w sopockiej kaplicy — i rada parafialna wybrała go na proboszcza, następcę pastora Conrada. Miał wtedy trzydzieści siedem lat i wracał dokładnie tam, gdzie się urodził.
To, co nastąpiło potem, było najświetniejszym okresem w dziejach parafii. Pod kierownictwem Bowiena wspólnota wzniosła nowy wielki kościół w parku — ten z lat 1913–1919, dzisiejszy Kościół Zbawiciela — a wcześniej rozbudowała całą infrastrukturę: pastorówkę, Dom Parafialny przy dzisiejszej ulicy Curie-Skłodowskiej, przedszkole prowadzone przez diakonise, domy opieki dla samotnych kobiet.2 Bowien nie był jednak kabinetowym administratorem. Chrzcił, konfirmował, grzebał, znał osobiście setki parafian. Słynął z porywających kazań, na które ściągali wierni spoza Sopotu. Przyjął parafię liczącą kilka tysięcy dusz — zostawił ją u szczytu, z dwoma wielkimi kościołami i siecią instytucji opiekuńczych.
✦ ✦ ✦A potem, pewnego jesiennego dnia, wszystko skończyło się w jednej chwili. Było to 27 października 1931 roku. Jeszcze tego samego dnia Bowien uczestniczył w konferencji pastoralnej w Gdańsku. Wracał do Sopotu, gdy na przystanku — według przekazu przy Szkole Pestalozziego — poczuł się źle. Zawał serca zabrał go niemal natychmiast.2 Miał sześćdziesiąt osiem lat. Człowiek, który przez trzydzieści lat był duchowym ojcem miasta, odszedł nagle, w drodze, jak ktoś, kto po prostu nie zdążył dojechać do domu.
Jego pogrzeb zgromadził tłumy — i nie tylko ewangelików. Przyszli katolicy, przyszli przedstawiciele władz miejskich. Sopot żegnał kogoś, kto należał do całego miasta, nie tylko do jednej wspólnoty.
Pamięć o nim przetrwała burzliwy wiek dwudziesty. W 2001 roku — w setną rocznicę objęcia przez niego probostwa — skwer przy sopockim kościele ewangelickim otrzymał jego imię.1 I dlatego dziś, mijając Kościół Zbawiciela, przechodzimy obok skweru pastora, który ten kościół zbudował. Czasem najtrwalszym pomnikiem człowieka jest po prostu miejsce, które po nim zostało.