Na wzgórzu, na którym dziś stoi główczycki kościół, długo przed chrześcijaństwem oddawano cześć bogom, których imion już nikt nie pamięta.1 Kronika parafialna, spisana w XVIII wieku przez księdza Lohmanna z dawniejszych zapisków, nazywała to miejsce wprost: „strachotne”. Pod wielkimi dębami obok kościoła mieścił się ośrodek pogańskiego kultu, a nieopodal wznosiły się trzy „wierzche” — usypane wzniesienia ofiarne, gdzie spożywano „święty żur”, czarninę z domieszką krwi. Gdy w I połowie XIX wieku ksiądz Küsell, idąc za wskazówkami legendy, kazał kopać w tym miejscu, ziemia oddała liczne urny, broń i narzędzia. Legenda mówiła prawdę. Chrześcijański kościół postawiono dosłownie na grobie dawnej wiary — a to, co działo się pod tym dachem przez następne wieki, było historią innego, powolniejszego umierania: gaśnięcia całego języka.
Bo Główczyce — niemieckie Glowitz, jedna z najstarszych i największych wsi Pomorza, leżąca nad rzeką Pustynką — były przez stulecia czymś niezwykłym na mapie protestanckiego Pomorza Zachodniego.2 Najstarszy wiejski zbór luterański na całym Pomorzu, filia słupskiej parafii ewangelicko-augsburskiej, w którym nabożeństwa dla mieszkańców odprawiano — jak zapisał Jan Wild — „początkowo po polsku i niemiecku, później po niemiecku”. Dwa języki w jednym kościele, dwie wspólnoty pod jednym ołtarzem: niemiecka i kaszubska. I jeden z tych języków, ten starszy, miejscowy, przez całe to trwanie cichł, słabł, cofał się — aż umilkł.
✦ ✦ ✦Początki zboru sięgają wprowadzenia reformacji w całym Księstwie Pomorskim, które Gryfici przeprowadzili w roku 1534.2 Sama parafia była jednak starsza: jej genezę historycy wiążą najprawdopodobniej z XIV wiekiem, a pierwsza pewna pisemna wzmianka o ewangelickim zborze pochodzi z 1577 roku. Określała ona funkcjonowanie parafii oraz prawa i obowiązki trzech stron tej wspólnoty: patronów, proboszcza i ogółu wiernych. Głowczycki zbór obejmował wtedy mieszkańców trzynastu wsi rozsianych po okolicy — od Wielkiej Wsi i Klęcina po Izbicę i Wykosowo — i należał do najpotężniejszych parafii Pomorza. Jej dochody były bardzo wysokie, przez co budziła zainteresowanie wielu pastorów i kandydatów na ten urząd.
Nad tym wszystkim ciążyła jedna instytucja, która na dobre i na złe kształtowała życie kościelne wsi: patronat. Po roku 1475 właścicielem Główczyc został Nicolaus von Puttkamer, i odtąd dobra te pozostawały w rękach tego zamożnego, rozgałęzionego pomorskiego rodu nieprzerwanie aż do 1945 roku — przez blisko pięć stuleci.3 Patronat główczycki był przy tym zbiorowy: prawo obsadzania probostwa należało wspólnie do właścicieli kilkunastu okolicznych folwarków. W praktyce, jak ostrożnie zauważał kronikarz, „nieraz niekorzystnie rzutowało to na życie kościelne i religijne, a zwłaszcza na szkolnictwo”. Dziedzic decydował, kto wejdzie na ambonę — i ta zależność jeszcze odegra w naszej opowieści swoją dramatyczną rolę.
✦ ✦ ✦Aby zrozumieć, dlaczego polszczyzna utrzymała się w Główczycach najdłużej z całego Pomorza, trzeba spojrzeć na liczby — a te zachowały się dzięki skrupulatności pastorów, którzy notowali, ilu wiernych przystępuje do Komunii w którym języku.4 W latach 1713–1720 polskojęzyczni parafianie stanowili niemal 82 procent ogółu komunikujących; w następnym dziesięcioleciu — 80 procent. To była wieś mówiąca po kaszubsku. Ludność kaszubska, jak pisał Wild, „przez długi czas utrzymywała swoją odrębność językową”, a język polski przetrwał na Pomorzu najdłużej właśnie tu, w kościołach w Główczycach i pobliskich Klukach.
I tu pojawia się postać, której trudno zapomnieć — herrnhuta, który chciał zbawić Główczyce surowością. Ksiądz Peter Schimansky, proboszcz od 1733 roku, pochodził z drobnej szlachty z okolic Lęborka, a teologię przesiąkł w duchu pietyzmu i herrnhutyzmu — tego nurtu protestanckiej pobożności, który hrabia Zinzendorf rozpalił w saksońskim Herrnhut, kładąc nacisk na osobiste nawrócenie, surowość obyczaju i karność życia.5 Opisywano go jako człowieka „potężnej postury, niebywałej siły i gołębiego serca”. To gołębie serce miało jednak twardą rękę. Schimansky wziął się za parafian z herrnhucką gorliwością: tępił pijaństwo i nieobyczajność, wpajał punktualność, dokładność, oszczędność i posłuszeństwo. Pijaków, jak głosi kronika, „moczył” w beczkach, a cudzołóstwo i nierząd karał chłostą.
Część zboru przyjęła to fatalnie. Napięcie sięgnęło zenitu w roku 1733, gdy — jak zapisano — w głównych drzwiach kościoła miała tkwić kula, która chybiła proboszcza: strzelać do niego kazał sam dziedzic Główczyc, możny patron protestujący w ten sposób przeciw surowym obyczajom narzucanym przez pastora.1 Wątek o kuli w drzwiach pochodzi z parafialnej kroniki i ma charakter zapisanej tradycji, której dziś nie sposób w pełni zweryfikować — przytaczamy go jako świadectwo pamięci zboru, nie jako pewny fakt. A jednak Schimansky przetrwał i — co więcej — z czasem pozyskał akceptację ogółu zborowników, bo realnie podniósł poziom życia religijnego wsi. Zostawił po sobie coś, co dla naszej opowieści najważniejsze: dbał o polszczyznę swoich kaszubskich owieczek. To on, podczas wizytacji kościelnej, złożył propozycję, by Mały Katechizm Marcina Lutra i Drogę do zbawienia wydrukować w dwóch szpaltach obok siebie — po niemiecku i po polsku.6 Stało się to w 1758 roku. Do biblioteki parafialnej sprowadzał książki polskie: postyllę Samuela Dambrowskiego, dzieła Jana Arndta. Po jego śmierci w parafii złożonej z trzynastu wsi działało dziesięć szkół z polskim językiem nauczania.
✦ ✦ ✦Drugi z barwnych głowczyckich proboszczów wszedł do legendy nie przez surowość, lecz przez namiętność do polowania.5 Ksiądz Christian Schiffert, nauczyciel i rektor głowczyckiej szkoły w latach 1714–1717, później wybitny pedagog, prorektor sławnego królewieckiego Collegium Fridericianum — i, co historia odnotowała z lekkim uśmiechem, nauczyciel samego Immanuela Kanta — był „zapalonym myśliwym”. Z jego pasji wyrósł osobliwy spór prawny: oto pastor upolował zająca Biblią oprawioną w metal. Sprawa oparła się o sam dwór, a werdykt króla pruskiego zachował się w pamięci parafii w brzmieniu, którego nie powstydziłby się żaden zbieracz anegdot: „Każdy zając, którego pastor upoluje Biblią, należy do niego!”. To również zapis kronikarsko-anegdotyczny; oddaje koloryt epoki i postać duchownego-erudyty, ale jego dosłowności nie da się dziś potwierdzić źródłowo. Ten sam Schiffert do biblioteki parafialnej zakupił polskie postylle i zabiegał o dwujęzyczne wydania ksiąg — gorliwość myśliwego szła u niego w parze z troską o słowo.
Najpiękniejszą jednak kartę dwujęzyczności zapisali dwaj XIX-wieczni pastorzy, którzy kaszubszczyznę nie tyle tolerowali, co szanowali. Ksiądz Johann Christoph Koberstein, proboszcz w latach 1801–1828, aż do śmierci głosił w każdą niedzielę kazanie po polsku, a do swoich kaszubskich parafian i ich mowy — jak ujął to Wild — „odnosił się z szacunkiem i powagą, traktował ich na równi z Niemcami”.7 Interesował się kaszubszczyzną na sposób uczony: służył radą i pomocą Krzysztofowi Celestynowi Mrongowiuszowi, gdańskiemu kaznodziei i językoznawcy, w jego pionierskich badaniach nad kaszubskim dialektem w powiecie słupskim. Polskie konfirmacje odbywały się w Główczycach do roku 1827. A ćwierć wieku później, w 1855 roku, ksiądz Ernst Lohmann — choć sam z polszczyzną się mozolił — udzielał, jak zanotowano, „kaszubskich chrztów”, polskojęzyczne książki sprowadzając aż ze Śląska. Rosyjski slawista Aleksander Hilferding, który objeżdżał wtedy słowiańskie Pomorze, zauważył, że Lohmann „z równą życzliwością odnosił się do Niemców, jak i do Kaszubów”.
✦ ✦ ✦Tyle o tych, którzy język podtrzymywali. Ale historia Główczyc to przede wszystkim historia jego gaśnięcia — i to gaśnięcia wymiernego, dającego się policzyć z protokołów komunijnych.4 O ile w drugim dziesięcioleciu XIX wieku do Komunii po polsku przystępowało jeszcze około 85 procent parafian, to w latach trzydziestych wskaźnik ten spadł do połowy, w czterdziestych do 32 procent, w pięćdziesiątych do 19, w sześćdziesiątych do 10, a w siedemdziesiątych — do zaledwie 4 procent. Krzywa opada bezlitośnie. Za każdym z tych ułamków kryje się pokolenie, które przestawało rozumieć mowę swoich dziadków.
Procesu tego nie da się złożyć na karb jednej decyzji, choć i takie padały. Śmierć księdza Kobersteina w 1828 roku otworzyła okres przyspieszonych przemian.7 Jego następca, ksiądz Heinrich Küsell, słabo znał polski i był wobec kaszubskich parafian niechętny — zlikwidował polskie katechezy i konfirmacje, dążył też do usunięcia polszczyzny ze szkół. Działo się to zresztą w warunkach, w których spora część dzieci nie znała jeszcze niemieckiego, więc odbierano im naukę w mowie ojczystej, nie dając w zamian nic, co rozumieją. Likwidacja nauczania po polsku rozpoczęła się już wcześniej, od szkoły w Wykosowie w 1806 roku, a oficjalnie dopełniła się w 1826 — na mocy decyzji władz rejencji koszalińskiej, podyktowanej antypolskimi nastrojami po wojnach napoleońskich.
Germanizacja przebiegała tu jednak wolniej niż gdzie indziej, między innymi dzięki życzliwości takich duchownych jak Lohmann. Wyspą oporu pozostawała zwłaszcza Izbica, gdzie — jak zapisano — kaszubszczyzna była „potoczną mową mieszkańców, młodych i starych”, a sołtys K. Hassekow z dumą mówił o sobie, iż jest „kamiennym Kaszubą”.8 Mieszkało tam wiele rodzin, które po niemiecku nie mówiły wcale. Pod koniec XIX wieku niektóre dzieci jeszcze szczebiotały po kaszubsku — ale, co przejmujące, „starały się to ukrywać”. W tym jednym zdaniu mieści się cała mechanika umierania języka: gdy mowa przodków staje się czymś, czego się wstydzimy, jej koniec jest już tylko kwestią lat.
Zachowało się jeszcze jedno świadectwo — głos zwykłego człowieka, niejakiego J. Boka, zanotowany około 1880 roku, gdy polskie nabożeństwa, gromadzące już tylko około trzydziestu osób, odprawiano co szóstą niedzielę, a Komunię po polsku trzy razy do roku.4 Bok mówił po swojemu, na wpół po kaszubsku, że „polska spowiedź jest lepsza” i że „polskie [kazanie] jest o wiele lepsze niż to niemieckie, choć mógłbym nawet ‘drobkę’ czytać po polsku, bo się tego od ‘macierzy’ nauczył”. Od matki. To zdanie jest jak epitafium dla całej wspólnoty: język przekazywała macierz — a gdy zabrakło komu go przekazać, zabrakło i jego.
W świetle badań niemieckiego językoznawcy Franza Tetznera język polski w głowczyckim kościele zniknął ostatecznie w roku 1886.4 Ostatnim głowczyckim proboszczem posługującym się jeszcze kaszubszczyzną był ksiądz J. Wegeli, choć i on po polsku odprawiał już tylko w pobliskich Klukach, na terenie sąsiedniej parafii smołdzińskiej — najpewniej do początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Tak skończyła się ponadtrzystuletnia obecność słowiańskiej mowy pod tym jednym dachem. Niemczyzna nie zburzyła kościoła — po prostu została w nim sama.
✦ ✦ ✦Reszta jest już historią epilogu. Stary kościół, istniejący w 1577 roku, spłonął w 1662, został odbudowany, a nową wieżę wzniesiono w 1699; w latach 1745–1749 dobudowano skrzydła, czyniąc z budowli krzyż.2 Po kolejnym wielkim pożarze, w 1891 roku, właściciele Główczyc — Puttkamerowie — wystawili na dawnych XVIII-wiecznych murach obecny, neogotycki kościół na planie krzyża, z czterokondygnacyjną, czterdziestodwumetrową wieżą krytą miedzią.9 W jego nawach bocznych zachowały się witraże z herbami pomorskiej szlachty — także Puttkamerów, patronów, którzy przez pół tysiąclecia decydowali o losach tej parafii. Po drugiej wojnie światowej dotychczasowa, ewangelicka ludność odeszła w wielkim exodusie, a kościół, przejęty przez katolików i poświęcony 24 lutego 1946 roku, otrzymał wezwanie świętych Piotra i Pawła. Maleńki ewangelicki zbór trwał jeszcze jako filia parafii w Słupsku, z nabożeństwami odprawianymi początkowo w prywatnych mieszkaniach, potem w skromnej kaplicy; 4 czerwca 2022 roku, modlitwą ekumeniczną, filiał w Główczycach został zamknięty.10
Wśród duchownych, którzy w XX wieku obsługiwali ten gasnący zbór, była też wikariuszka Annemarie Winter, zastępująca proboszcza w Główczycach w latach 1939–1942 — postać o losie tak niezwykłym, że poświęcamy jej osobny odcinek.10 Tu wspominamy ją tylko mimochodem; jej droga prowadzi w zupełnie inną stronę — do syberyjskiego łagru i śmierci z wycieńczenia w 1945 roku.
Co zostaje po wspólnocie, która mówiła dwoma językami, a jeden z nich pochowała? Zostaje kościół na pogańskim wzgórzu — raz katolicki, raz luterański, znów katolicki. Zostają liczby w protokołach komunijnych, opadające jak temperatura. Zostaje zdanie człowieka, który nauczył się polszczyzny „od macierzy”. I zostaje pamięć, że na tej ziemi byli ewangelicy, którzy nie byli Niemcami — kaszubscy, słowiańscy luteranie, dla których słowo Boże brzmiało po swojsku.8 Ich mowa zamilkła nie dlatego, że ktoś ją zakazał jednym dekretem, lecz dlatego, że powoli, pokolenie po pokoleniu, przestało jej być komu przekazać. To może najcichszy ze sposobów, w jaki świat traci swoje bogactwo — i dlatego warto o nim pamiętać.