Jest takie miejsce na środkowym wybrzeżu, gdzie ląd jest cienki jak skóra. Z jednej strony Bałtyk, z drugiej rozlewisko jeziora Gardno — drugiego co do wielkości jeziora dzisiejszego Słowińskiego Parku Narodowego, leżącego dziś w samym jego sercu.1 Na tym pasie, między wydmą a wodą, ludzie od wieków stawiali domy, łowili śledzie i grzebali zmarłych. I budowali kościoły — choć morze raz po raz dawało do zrozumienia, że jest tu tylko gościem na cudzej, ruchomej ziemi.
Pierwsza wzmianka o Rowach pochodzi z dokumentu z 1282 roku, którym książę Mściwoj II nadał osadę „Rou” norbertankom ze Słupska.2 O sąsiedniej Objeździe — niemieckie Wobesde, w 1294 roku zapisywanej jako Wobasdo — czytamy jeszcze rok wcześniej: w 1281 roku ten sam Mściwoj II przekazał ją norbertanom z Białoboków. Legenda chce widzieć w założycielach Rowów uciekinierów z Wolina, którzy mieli tu szukać schronienia po napaści wikingów. Historię trudno potwierdzić, ale mówi ona prawdę o samym miejscu: że było końcem świata, ostatnim skrawkiem przed otwartą wodą.
✦ ✦ ✦Reformacja dotarła tu wcześnie, bo dotarła wszędzie na Pomorzu. W 1535 roku klasztorną część Rowów przejął zwolennik nowej nauki, Jakob von Ramel; od połowy XVI wieku wieś należała do rodziny von Suawe — a jeden z tego rodu, ksiądz Bartłomiej Suawe, został ewangelickim biskupem kamieńskim.2 Parafia luterańska w Rowach funkcjonowała odtąd nieprzerwanie, a obejmowała trzy gminy wiejskie rozrzucone nad jeziorem: Rowy, Objazdę i Dębinę (dawne Schönwalde) z ich przysiółkami. Filiał w Objeździe, z własnym kościołem, działał co najmniej od 1590 roku.3
I tu trzeba zatrzymać się przy rzeczy, która tę parafię odróżnia od wielu innych. Przez długie stulecia była to wspólnota dwujęzyczna — niemiecka i kaszubska. Ewangeliccy duchowni głosili kazania po kaszubsku prawdopodobnie aż do około 1830 roku, a w liturgii niemieckiej posługiwali się dolnoniemieckim narzeczem plattdeutsch.3 W samej Objeździe jeszcze pod koniec XVIII wieku mówiono po kaszubsku; dopiero około 1800 roku wieś przeszła całkowicie na niemiecki. Luteranizm na tym wybrzeżu nie był więc wyłącznie sprawą niemiecką — modlił się tu i słuchał Słowa Bożego także lud słowiański, tyle że w języku, który z każdym pokoleniem cichł.
✦ ✦ ✦Najdłuższą i najbardziej dramatyczną opowieść ma kościół w Rowach — bo był ich tu po kolei trzy. Pierwszy stał na Wzgórzu Cmentarnym, zwanym też „Lippitze”: skromna budowla o konstrukcji ryglowej, szachulec wypełniony gliną i drewnem.4 Dziewiątego lutego 1558 roku zmiotła go silna burza — kościół po prostu się zawalił. Drugi ufundował w 1750 roku Georg von Ramel, ale i ten nie przetrwał: w 1844 roku rozebrano go z obawy, że runie.
Trzeci, ten, który stoi do dziś, postawiono mądrzej — na stabilniejszym gruncie, dwieście metrów na północny zachód od starego wzgórza, jakby uciekając przed pamięcią dwóch katastrof. Neoromańską świątynię wzniesiono w latach 1844–1849, a materiał na nią czerpano z Kamiennej Wyspy na jeziorze Gardno. Część prac wykonano odpłatnie, część w czynie społecznym; dwie trzecie kosztów pokrył król Fryderyk Wilhelm IV. Konsekracja odbyła się w niedzielę 16 lutego 1845 roku — choć budowa wcale nie była jeszcze skończona. Ściana frontowa okazała się za słaba, by udźwignąć dzwony, więc tych przez długi czas po prostu nie zawieszono.
Dzwony przyszły dopiero później i mają własną, cichą historię. Dwa nowe zawieszono uroczyście 1 października 1922 roku — nie na wieży, lecz w osobnej, zewnętrznej dzwonnicy, co na Pomorzu jest rzadkością.4 Odlano je w giserni Ulrich & Weule w Bockenem w hrabstwie Hildesheim. Wybór nie był przypadkowy: prezydentem tamtejszego okręgu był wówczas Wilhelm Kutscher, urodzony właśnie w Objeździe. Na szyi większego i mniejszego dzwonu, pod fryzem z dębowych liści, wybito rok „1922”, a skorodowana inskrypcja przypomina o tym, że poprzednie dzwony przetopiono na potrzeby wojny.
✦ ✦ ✦W Objeździe, na wzgórku pośrodku wsi, stoi inny kościół — i ten przetrwał wszystko. Szachulcowy kościółek zbudowano w 1606 roku, później rozbudowano. Jednonawową bryłę zamyka dwuspadowy dach kryty karpiówką, a od strony północno-zachodniej wieńczy go ośmioboczna drewniana wieża-latarnia, nakryta cebulastym hełmem z blachy.5 Na jej szczycie do dziś „powiewa” barokowa chorągiewka z kutego żelaza, z wyciętym napisem „Anno 1606”. Przez stulecia ta wieża pełniła funkcję, o jakiej nie myśli się, patrząc na wiejski kościół: była punktem nawigacyjnym dla rybaków, bo widać ją zarówno od strony morza, jak i od strony jeziora Gardno.
Wnętrze opowiada o tym samym świecie wody. Ołtarz, łączący się z amboną tuż przy murze, ufundował prawdopodobnie około 1631 roku Antonius von Natzmer wraz z żoną; centralny obraz przedstawiał ukrzyżowanie na Kalwarii, a po bokach widniały herby fundatorów. W XVIII wieku kościół wyposażono w sprzęty w stylu barokowo-ludowym i dobudowano nawę boczną ze skromnymi organami o jednym manuale. A pod sklepieniem wisiał — jak w wielu nadmorskich kościołach — model statku, wotum dziękczynne ludzi, którzy żyli z morza i przed morzem drżeli. Niebieski pas zachowany w zagłębieniu budynku symbolicznie łączył wszystkie leżące nad jeziorem Gardno pomorskie wioski w jedno.5
✦ ✦ ✦O ludziach tej parafii najwięcej mówi lista jej proboszczów — od księdza Eliasa Tinellusa w latach 1590–1593 aż po księdza Heinza Schimmelpfenniga, który urząd sprawował do roku 1945, do końca niemieckiego Pomorza.6 Wśród tych nazwisk jedno zasługuje na osobną opowieść, bo prowadzi daleko poza wybrzeże — aż na Morze Czerwone i pod Kalkutę.
Ksiądz Emil Max Wilhelm Müller (1863–1919), najstarszy syn chłopa z Pomorza Zaodrzańskiego, marzył o misji w Indiach. W 1889 roku zgłosił się do berlińskiej organizacji misyjnej Gossnera i 16 września wyruszył w drogę.7 Miesiąc później, 16 października, jego statek uległ katastrofie na Morzu Czerwonym. Niemieccy misjonarze przez dwie doby tkwili uwięzieni na parowcu, potem dryfowali w łodziach ratunkowych do jednej z wysp, skąd — najpierw na pokładzie brytyjskiego okrętu wojennego, a później parowcem pasażerskim — dotarli wreszcie do Adenu i do Kalkuty. Müller przeżył to, czego wielu by nie przeżyło, i pracy nie porzucił: przez lata kierował szkołą, seminarium teologicznym i całą stacją misyjną w Ranchi, dwa razy wracając do Niemiec i dwa razy płynąc znów do Indii, za każdym razem z liczniejszą rodziną.
Do Rowów trafił dopiero u schyłku życia. Objął tu probostwo w 1912 roku i z całym rozmachem człowieka, który widział pół świata, wyznaczył sobie trzy zadania: zbudować nowy kościół w Objeździe, przenieść do niej siedzibę parafii i postawić w Rowach dom dla wdów po pastorach. Wojna pokrzyżowała wszystko. Müller zmarł w styczniu 1919 roku w Rowach, po zaledwie kilkudniowej chorobie — misjonarz, który przeżył morze, odszedł cicho w nadmorskiej wsi, nie dokończywszy żadnego z planów.
Co ciekawe, samo przeniesienie siedziby parafii do Objazdy próbowano przeprowadzić jeszcze raz. W 1921 roku władze kościelne formalnie tak zarządziły — ale do przeprowadzki nie doszło. W Objeździe nie było plebanii, a jej budowa pochłonęłaby zbyt wiele; sprzeciwili się też sami parafianie z Rowów i z Dębiny. Tak więc parafia, mimo dwóch podejść, do końca nosiła nazwę od Rowów.3
✦ ✦ ✦A potem, po pierwszej wojnie światowej, do Rowów przyszli malarze — i odtąd wieś zaczęła znaczyć coś także w historii sztuki.2 Osiedlił się tu między innymi Max Pechstein, jeden z najwybitniejszych niemieckich ekspresjonistów, dawny członek grupy „Die Brücke”. Od 1921 roku tworzył w pobliskiej Łebie, a wiosną 1927 urzekły go Rowy; to on zainicjował plenery malarskie w Rowach, Gardnie i Łebie, na które zjeżdżała plejada artystów.8 Jednym z nich był urodzony w Słupsku Siegfried Reich — to właśnie zachęcony przez Pechsteina zaczął malować, a po wojnie dodał do nazwiska przydomek „an der Stolpe” i tłumaczył to prosto: „Naprawdę chciałem zabrać ze sobą w ten sposób kawałek mojego domu. Zawsze jednak muszę myśleć o Rowach”. Obu malarzy hitlerowcy zaliczyli później do twórców „sztuki wynaturzonej” i skonfiskowali ich prace. Wątek Pechsteina i pomorskich plenerów rozwijamy w osobnym odcinku cyklu — „Madonna na prześcieradle” o Łebie i świętym obrazie Maxa Pechsteina; tu zostawiamy go na drugim planie, bo bohaterami są dwie wsie nad Gardnem.
✦ ✦ ✦Jest w dziejach Objazdy jeszcze jeden epizod, który warto opowiedzieć rzeczowo i ze spokojem, bo łatwo o nim zapomnieć albo go przekręcić. Otóż ta luterańska niemal w stu procentach wieś — w 1925 roku tylko ośmioro mieszkańców deklarowało katolicyzm, reszta była ewangelikami — stała się na chwilę miejscem misji religijnej spoza głównego nurtu.9 Już w 1903 roku nauki głosił tu przedstawiciel szwajcarskiej grupy proroka Toberera. A w 1929 roku przybyli do Objazdy amerykańscy misjonarze Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich — mormoni.
Działali skutecznie, choć skromnie. Najpierw przekonali do swojego wyznania trzy mieszkanki wsi — Marie Kutschke, Metę Gennrich i najprawdopodobniej Martę Lawerenz; rok później dołączyła Margareta Pawelke.9 Z czasem gmina mormonów w Objeździe liczyła trzydzieści trzy osoby, a spotkania odbywały się w domu Marty Kutschke. Nie był to wybryk ani sensacja: w Niemczech lat dwudziestych Kościół ten miał już rozbudowaną misję i tysiące wyznawców, a u progu lat trzydziestych liczył w Rzeszy ponad jedenaście tysięcy członków.10 To, co wydarzyło się w Objeździe, było więc lokalnym odbiciem szerszego zjawiska — i świadectwem, że nawet w głębokiej, jednolicie ewangelickiej wsi ludzie szukali, wątpili i czasem zmieniali wiarę.
✦ ✦ ✦W 1924 roku statystyki kościelne notowały w parafii w Rowach 1308 luteran — 542 w Rowach i 766 w Objeździe; w 1932 roku było ich równo 1300.3 W 1940 roku, w przededniu końca, wszyscy mieszkańcy deklarowali się jako ewangelicy. A potem przyszedł rok 1945 i ten świat zniknął — jak na całym niemieckim Pomorzu. Cmentarz w Dębinie całkowicie zniwelowano; dziś porasta go las, w którym jeszcze w latach dziewięćdziesiątych leżały resztki żeliwnego krzyża z grobu dziecka i fragment figury anioła.11 Na starym cmentarzu w Objeździe rodzina Kutscherów wzniosła już po wojnie ścianę pamięci z czerwonej cegły, z siedmioma wnękami w kształcie krzyża i tabliczkami piętnastu zmarłych.
I jest tam jeszcze jeden grób, który mówi więcej niż niejeden pomnik. Na czynnym cmentarzu w Objeździe, wśród mogił z lat sześćdziesiątych, spoczywa Otto Bartz — ewangelik, rybak z Rowów. Pochowali go polscy osadnicy, których on, Niemiec, nauczył rybackiego rzemiosła.11 W jednym grobie, na ziemi, która zmieniła naród i wyznanie, zamknęła się cała ta historia: morze, łodzie, dwa języki, dwa kościoły i ludzie, którzy mimo wszystko przekazali sobie nawzajem to, co umieli najlepiej.
Trzy kościoły nad jeziorem Gardno. Jeden zmiotła burza, drugi rozebrano przed upadkiem, trzeci stoi do dziś. A obok niego — szachulcowa wieża w Objeździe, która świeciła rybakom z dwóch stron naraz. Pomorze nieraz traciło swoje świątynie. Te dwie, nad cienkim pasem lądu między morzem a jeziorem, jeszcze trwają.