Opowiadano, że głową ściętego rycerza mieszczanie grali w piłkę.1 Tak — w polskim przekazie i w niemieckiej tradycji okolicy — zapamiętano koniec Borharda von Winterfelda, dziedzica wsi Wintershagen, dzisiejszych Zimowisk i Grabna nieopodal Ustki. Czy gra w głowę zabitego naprawdę się odbyła, czy dorobiła ją późniejsza, wzburzona pamięć — tego dziś nie rozstrzygniemy; brzmi to jak podanie, które urosło wokół prawdziwej zbrodni. Faktem pozostaje, że rycerza pojmano i stracono, a reszta jest legendą, jaka łatwo przylega do miejsc, gdzie raz przelano krew.
Trzeba ją opowiedzieć ostrożnie, bo splata trzy wątki: przemoc dawnego pogranicza, tragedię epoki polowań na czarownice oraz to, co potrafiło przetrwać schowane na strychu kościelnej wieży. Wszystkie trzy zdarzyły się pod jednym dachem, w kościele konsekrowanym jeszcze w połowie XIV wieku.
✦ ✦ ✦Zacznijmy od rodu. Od XIV wieku Wintershagen należało do rodziny von Winterfeld, która przybyła tu z Pomorza Przedniego (niemieckie Vorpommern); współwłaścicielami wsi bywały też rody Ramel i Schwaven.2 Winterfeldowie nie byli mile widzianymi sąsiadami miast. Na pograniczu książęcego Pomorza rycerstwo osiadłe pod murami często wchodziło w spory z mieszczanami, a spory te raz po raz przeradzały się w starcia zbrojne. W taki właśnie konflikt wpadł Borhard von Winterfeld. W 1485 roku został pojmany i ścięty w Sławnie, pod Bramą Słupską — za rabunek, jak głosi przekaz.1
Poza legendą pozostaje jednak ślad sprawdzalny. Niezależne opracowania potwierdzają, że Borchard (taką formę imienia notują źródła niemieckie) von Winterfeld z Zimowisk został w 1485 roku schwytany i stracony przez mieszczan Sławna, a po jego śmierci miasto musiało zapłacić rodzinie odszkodowanie, wysłać przedstawicieli na pokutną pielgrzymkę do Rzymu i postawić krzyże przed bramami.3 Wersja parafialna dorzuca, że pomorski książę Bogusław X, którego rycerz był lennikiem, nałożył na winnych surową pokutę — między innymi pielgrzymkę do Rzymu i na pobliski Rowokół, świętą górę pomorskich pielgrzymek, oraz odprawianie mszy za Borharda co rok, „aż do końca świata”.1 Czy mieszczanie naprawdę grali jego głową w piłkę — pozostaje w sferze podania. Wiadomo natomiast, że śmierć rycerza kosztowała miasto wiele i na długo.
Pamięć o nim przetrwała pod ziemią, w dosłownym sensie. Pod kościołem w Zimowiskach znajdowała się krypta, a w niej nagrobek z 1614 roku. Pochowano w niej Damiana von Winterfelda, jego żonę Sophię von Krummel oraz synów Georga i Niclausa; krypta rodu skrywa prawdopodobnie także szczątki samego Borharda.1 Druga płyta nagrobna leżała pośrodku wejścia do kościoła — i napisy na niej zatarły się od stóp wiernych, którzy przez stulecia wchodzili na nabożeństwo, nie wiedząc, że depczą czyjąś pamięć.
✦ ✦ ✦Nie była to jedyna gwałtowna śmierć w dziejach tej parafii. Półtora wieku po ścięciu rycerza, w 1652 roku, tutejszy proboszcz ksiądz Christian Wirker — duszpasterz Wintershagen w latach 1639–1652 — został oskarżony o czary, ścięty, a jego zwłoki spalono na stosie.4 To jedna z najbardziej wstrząsających kart pomorskiego ewangelicyzmu: luterański pastor, sługa Słowa, zginął śmiercią, jaką epoka rezerwowała dla czarownic. Jego losy opowiadamy osobno — w odcinku o Ustce i cieniu, jaki padł nad portem. Tu wystarczy powiedzieć, że ten sam kościół, w którym modlono się za ściętego rycerza, widział później proces i kaźń własnego duszpasterza. Była to tragedia epoki, a nie wina samego miejsca.
A kościół trwał mimo wszystko. Konsekrowano go w 1356 roku — choć inne źródła wmurowanie kamienia węgielnego datują rok wcześniej — nadając mu za patronów Jana Chrzciciela i świętego Mikołaja z Miry.5 Według niemieckiego historyka Hellmutha Heydena wybór Jana Chrzciciela nie był przypadkiem: patronem diecezji w Kamieniu Pomorskim był właśnie Chrzciciel, a biskupstwo kamieńskie, sięgając tu po prawa do ziemi słupskiej, znaczyło swoją obecność wezwaniami kościołów. Konsekracja miała się odbyć w obecności dwunastu biskupów — co także miało wzmacniać pozycję Kościoła pomorskiego. Kościół i wieżę postawiono na fundamencie z polnego kamienia; w ścianie wieży, przy wejściu, do dziś tkwi wmurowany kamień młyński. Nawę przebudowano w 1613 roku, a wraz z Reformacją — przyjętą na ziemi słupskiej w 1525 roku — świątynia stała się luterańska i pozostała nią aż do roku 1945.
✦ ✦ ✦Trzecia opowieść jest o ocaleniu. W 1996 roku na strychu kościelnej wieży w Zimowiskach odnaleziono trzy dębowe tablice. Przeleżały tam, w ukryciu, całą drugą wojnę światową. W 2001 roku, odnowione mimo złego stanu, zawisły z powrotem we wnętrzu kościoła.6 To nie są zwykłe epitafia. Trzy tablice tworzą — jak podaje cykl, z którego czerpiemy — komplet unikalny w skali ogólnopolskiej: kolejne pokolenia parafian upamiętniły na nich swoich poległych w trzech różnych wojnach.
Pierwsza tablica jest najstarsza. Na czarnym tle, białym i czarnym ozdobnym pismem kursywą, poświęcono ją żołnierzom tej parafii, którzy zginęli w wojnie wyzwoleńczej spod władzy Napoleona w latach 1813–1814. Polski przekład inskrypcji brzmi: „Poświęcone pochodzącym z tej parafii żołnierzom poległym za Króla i Ojczyznę w kampaniach 1813 i 1814”. Druga tablica upamiętnia poległych w wojnach o zjednoczenie Niemiec, toczonych z Austrią i Francją; w jej narożach umieszczono cztery wizerunki Krzyża Żelaznego, a całość ujęto prostą złotą ramą. Trzecia — najbardziej poruszająca — to drewniane epitafium w formie tryptyku, poświęcone poległym w pierwszej wojnie światowej. Na trzech czarnych tablicach wypisano złotem rangi, nazwiska i daty śmierci żołnierzy z trzech wsi tworzących parafię: Niestkowa, Przewłoki i samego Wintershagen, czyli Grabna i Zimowisk. Nad tablicami widnieje napis: „Polegli śmiercią bohaterską za Ojczyznę”.6
Warto się przy tym zatrzymać. Te nazwiska to konkretni ludzie — synowie, mężowie, ojcowie ze wsi, w których dziś po niemieckiej ludności nie ma już prawie śladu. Gdy w 1945 roku Wintershagen zajęli żołnierze radzieccy, mieszkańcy musieli opuścić domy, a do 2 września 1946 roku wysiedlono ich do Westfalii.7 Świat, który wyrył te nazwiska w dębie, przestał istnieć. A jednak ktoś — w pośpiechu czy w trosce, dziś już nie wiemy — wyniósł trzy tablice na strych wieży i tam je ukrył. Przeleżały pół wieku i przetrwały, choć ludzie, których upamiętniały, dawno odeszli, a ci, którzy je odnaleźli, nie znali z nich nikogo.
✦ ✦ ✦Tablice nie są tu zresztą same. W 1958 roku kościół przejęli katolicy i 14 grudnia poświęcili go na nowo — ale dawne luterańskie wyposażenie w większości ocalało, tworząc zestaw, jakiego, jak głosi przekaz, nie spotka się nigdzie indziej na Pomorzu.8 Ołtarz z 1615 roku, na którego predelli namalowano Ostatnią Wieczerzę z herbami fundatorów, a wyżej Ukrzyżowanie i Zmartwychwstanie. Okazałe, dwukondygnacyjne empory boczne z 1614 roku, które wcześniej pełniły rolę ław kolatorskich — miejsc dla rodzin patronackich. Empora organowa wsparta na siedemnastowiecznych filarach. Osiemnastowieczna ambona. Płyty nagrobne i tablice erekcyjne. I dzwon odlany w 1614 roku, ozdobiony herbami rodów von Winterfeld i von Krummel — tych samych, których przedstawiciele spoczęli w krypcie pod posadzką.
Tak domyka się ta potrójna historia. Najpierw przemoc — rycerz, którego głowa stała się legendą; potem niesprawiedliwa kaźń pastora spalonego jako czarownik; wreszcie pamięć, cierpliwa i milcząca, która przeczekała wojnę na strychu wieży i wróciła na ściany kościoła. Można w tym widzieć trzy oddzielne opowieści albo jedną: to miejsce, tyle razy świadek śmierci, nigdy nie przestało jej pamiętać — najpierw modlitwą za ściętego rycerza „aż do końca świata”, potem trzema tablicami z nazwiskami poległych, których nikt już nie odwiedza, a które ktoś jednak ocalił. Pomorze nieraz traciło swoje świątynie i swoich zmarłych; tu pamięć okazała się trwalsza od wojny.