Opowieści · dziedzictwo Kaszub
Kaszubscy luteranie — pamięć wymazana potrójnie
Najstarsze słowa zapisane w mowie bliskiej kaszubskiej nie wyszły spod pióra katolickiego proboszcza ani polskiego uczonego. Wyszły z luterańskiej plebanii. Kiedy w 1586 roku Szymon Krofey, ewangelicki duchowny z Bytowa, wydał w Gdańsku zbiór pieśni Lutra „i inszych nabożnych mężów”, a pół wieku później, w 1643 roku, Michał Mostnik ze Smołdzina przełożył Mały Katechizm — robili to nie po to, by budować kaszubskie piśmiennictwo. Robili to, bo Reformacja kazała dać ludowi Słowo Boże w jego własnej mowie. A mową tego ludu była mowa Pomorza.
Dziś brzmi to jak zdanie z innej rzeczywistości. „Kaszuba” kojarzy się z katolicyzmem tak mocno, że oba słowa zrosły się w jedno. „Luteranin” — z niemieckością. Kaszubski ewangelik nie mieści się w żadnej z tych szufladek, więc po prostu zniknął. Zniknął tak dokładnie, że dziś trzeba tłumaczyć, iż w ogóle istniał. A istniał — przez stulecia, na zachodnim skraju Kaszub, i to jego ręką spisano pierwsze kaszubskie zdania.
Słowo w mowie ludu
Reformacja przyszła na Pomorze w pierwszej połowie XVI wieku i przyniosła ze sobą rzecz dla ludu przewrotną: nabożeństwo, katechizm i pieśń w języku, który słyszało się na co dzień, a nie po łacinie. Dla mieszkańców pomorskich wsi — Słowian mówiących narzeczem pokrewnym kaszubskiemu — oznaczało to, że po raz pierwszy Kościół przemówił do nich ich własnym głosem.
Stąd wzięły się te najstarsze druki. Zbiór Krofeya z 1586 roku i katechizm Mostnika z 1643 roku to nie są ciekawostki dla filologów — to jest fundament, na którym stoi cała późniejsza świadomość, że kaszubszczyzna jest językiem, a nie „zepsutą polszczyzną”. I fundament ten położyli luteranie, w służbie Ewangelii, dwa i pół wieku przed budzicielami kaszubskimi XIX stulecia.
Słowińcy — lud, który wsiąkł w ziemię
Najdalej na zachód, między jeziorami Gardno i Łebsko, na piaszczystej ziemi słupskiej, żyli Słowińcy — zachodni odłam Kaszubów. Byli luteranami. Mówili własnym narzeczem, słowińskim, dziś już martwym. Trwali w swoich wsiach — w Klukach, w Smołdzinie, nad wodą i wśród trzcin — z dala od głównych dróg, przez to długo nietknięci.
Ich ewangelickość, która kiedyś dała im Słowo w ojczystej mowie, z czasem stała się drogą w przeciwną stronę. Bo kościół był ewangelicki, a ewangelicki znaczyło wtedy coraz częściej: niemiecki. Ta sama wiara, która w XVII wieku przemówiła do nich po słowińsku, w wieku XIX prowadziła ich — przez niemiecką szkołę, niemieckie nabożeństwo, niemiecki urząd — ku wynarodowieniu.
Pierwsze wymazanie: germanizacja
W XIX i na początku XX wieku pruskie państwo robiło wszystko, by z pomorskich Słowian zrobić Niemców. Szkoła uczyła po niemiecku, kościół coraz częściej śpiewał po niemiecku, a mowa przodków cofała się z kolejnym pokoleniem — najpierw z urzędu, potem ze szkoły, w końcu z domu. Słowińska mowa gasła. Kto chciał wyjść w świat, mówił po niemiecku. Kaszubski ewangelik z zachodu stawał się Niemcem nie z wyboru serca, lecz z nacisku wszystkiego wokół.
Drugie wymazanie: rok 1945
Kiedy przyszła nowa Polska, Słowińców spotkał gorzki paradoks. Byli Słowianami — ale mówili po niemiecku, chodzili do ewangelickiego kościoła i w papierach figurowali jako Niemcy. Dla nowej władzy liczyły się papiery i wyznanie, nie odległe pochodzenie. Ludzi, których przodkowie siedzieli tu od wieków, potraktowano jak przybyszów. Jednych wysiedlono, inni — upokarzani i niepewni jutra — wyjeżdżali do Niemiec sami, przez kolejne dziesięciolecia, aż po lata siedemdziesiąte. Wsie opustoszały. Lud, który przetrwał germanizację, nie przetrwał wyzwolenia.
Trzecie wymazanie: pamięć
Można było jeszcze ocalić pamięć. Ale i ona się nie zmieściła. W opowieści, którą sobie po wojnie ułożono, luteranin równał się Niemiec, Niemiec równał się wróg — więc kaszubski luteranin był postacią nie do pomyślenia. Prościej było go przemilczeć. Kościoły stały się „poniemieckie”, cmentarze zarosły, a o tym, że najstarsze kaszubskie słowo napisała ręka ewangelika, nie mówiło się wcale. Tak zniknęli po raz trzeci — już nie z ziemi, lecz z pamięci.
Co zostało
Został skansen w Klukach — słowińska wieś zamieniona w muzeum, ostatni widomy ślad świata, którego już nie ma. Zostały dwa stare druki w bibliotecznych zbiorach. Zostały puste kościoły i zarośnięte groby, które nanoszę na tę mapę. I została prawda, o której warto przypomnieć: że kaszubskość i luteranizm nie były sobie obce — że przez stulecia szły obok siebie, a pierwsze słowa w mowie tej ziemi padły właśnie na ewangelickiej ambonie.
Nie wróci już lud znad Gardna i Łebska. Ale pamięć wrócić może. I po to jest ten atlas — żeby kaszubski luteranin przestał być postacią nie do pomyślenia i wrócił tam, skąd go wymazano: do własnej historii.
Nota o źródłach
Tekst opiera się na piśmiennictwie o dziejach Kaszub i Pomorza, opracowaniach poświęconych Słowińcom oraz najstarszym drukom kaszubskim (Szymon Krofey, Gdańsk 1586; Michał Mostnik, Gdańsk 1643). Świadectwem materialnym pozostaje Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach. Szczegółowe odesłania podaję przy poszczególnych wpisach atlasu; wszelkie uzupełnienia i sprostowania proszę kierować na adres lukasz@plexisystem.pl.