Gochy to etnograficzny region na pograniczu Kaszub i Bytowszczyzny. Przez stulecia ewangelicy i katolicy żyli tu sąsiednio — na tych samych drogach, tych samych targowiskach, tych samych cmentarzach. Te odcinki opowiadają o ludziach: hutnikach, siostrzyczkach, pastorach, krzyżach, które zniknęły.
W 1820 roku Johan Strömer osiadł w Borowym Młynie. Jego wnuk Karl był pierwszym przewodniczącym Rady Kościelnej. W sierpniu 1914, cztery tygodnie po wybuchu I wojny, powiesił się na strychu. Z bliżej nieznanych przyczyn.
Karolina Borth urodziła się w 1879 roku, wstąpiła do ewangelickiego zakonu sióstr i przez czterdzieści lat leczyła chorych bez pytania o wyznanie. Cała okolica mówiła na nią zdrobniale. Zamordowali ją Rosjanie 3 marca 1945 roku.
Pastor Westphal ewangelicki, ks. Perschke katolicki, ta sama wieś. Gdy w 1939 r. gestapo aresztowało Perschkego, o jego uwolnienie upomniło się dwóch ewangelickich sąsiadów.
W 1788 roku Czech Piwońska uruchomił hutę szkła i stworzył pierwszą większą skupiskową osadę ewangelicką na Gochach. Huta działała siedemdziesiąt lat. Cmentarz — przez dwieście. W 1976 roku Nadleśnictwo zaorało go i posadziło las.
Do jesieni 2000 roku na cmentarzu w Borowym Młynie stało dwanaście żeliwnych krzyży nagrobnych. Miejscowy proboszcz zabrał je na plebanię „w ramach porządkowania". Mija ćwierć wieku. Nikt nie wie, gdzie są.