Czas Wielkanocy · tydzień 7 · kolor: bial

Rozdział 18: Kościoły protestanckie w PRL (1945-1989)

13 min czytania

Rozdział 18: Kościoły protestanckie w PRL (1945-1989)

Odbudowa z ruin: polscy ewangelicy w Gdańsku

Nie cały protestantyzm na Pomorzu Gdańskim zniknął w 1945 roku. Gdy opadł dym pożarów i ucichł huk armat, gdy kolumny wypędzonych zniknęły na zachodzie, a kolumny osadników zaczęły przybywać ze wschodu i z centrum — okazało się, że są wśród nowych mieszkańców Pomorza ludzie, dla których luterańska tradycja nie jest „niemiecka” ani „obca”, lecz stanowi integralną część polskiej tożsamości.

Niewielka społeczność polskich ewangelików — częściowo potomkowie tych, którzy żyli na Pomorzu przed wojną, częściowo przybysze z centralnej Polski, ze Śląska Cieszyńskiego (gdzie tradycja polskiego luteranizmu była żywa i nieprzerwana od XVI wieku), z Mazur i z Wileńszczyzny — zaczęła odbudowywać struktury kościelne w warunkach, które były jednocześnie dramatycznie trudne i paradoksalnie sprzyjające.

Trudne — bo nowi polscy ewangelicy stanowili znikomą mniejszość w morzu katolickiego osadnictwa. W mieście, które przed wojną liczyło ponad dwieście tysięcy protestantów, po wojnie została garstka — kilkaset, może kilka tysięcy osób w całym województwie gdańskim. Nie mieli pastorów (bo niemieccy odeszli, a polskich brakowało), nie mieli kościołów (bo większość przejął Kościół katolicki), nie mieli pieniędzy, nie mieli instytucji. Mieli tylko wiarę — i upór, bez którego mniejszość wyznaniowa nie przetrwa.

Sprzyjające — bo w morzu opuszczonych protestanckich kościołów, plebanij i sal parafialnych było z czego wybierać. Problem polegał na tym, że to, co było dostępne, nie zawsze było odpowiednie, a to, co było odpowiednie, nie zawsze udawało się uzyskać.

Parafia ewangelicko-augsburska w Sopocie-Gdańsku

Centralną instytucją polskiego protestantyzmu na Pomorzu stała się parafia ewangelicko-augsburska, która w powojennych dziesięcioleciach przechodziła burzliwe losy lokalizacyjne — wędrując z jednego budynku do drugiego, z jednej dzielnicy do drugiej, w rytmie decyzji administracyjnych, nad którymi nie miała żadnej kontroli.

Kościół Zbawiciela (Erlöserkirche) w Sopocie — ta piękna budowla z lat 1913-1919, zaprojektowana przez Adolfa Bielefelda — miał w pewnym sensie szczęśliwszy los niż wiele innych protestanckich świątyń. W maju 1945 roku został wprawdzie przekazany Kościołowi katolickiemu, ale już we wrześniu tegoż roku — na mocy interwencji władz kościelnych — został zwrócony Kościołowi Ewangelicko-Augsburskiemu. Ta szybka restytucja — rzadkość na powojennym Pomorzu — zawdzięczała wiele determinacji pastora Edwarda Dietza.

Edward Dietz (1911-1988) — polski duchowny luterański, wieloletni proboszcz sopockiej parafii i senior Diecezji Pomorsko-Wielkopolskiej — był postacią kluczową dla przetrwania protestantyzmu w Trójmieście. Przez niemal cztery dekady (1946-1983) prowadził parafię, która obejmowała swoim zasięgiem cały rozległy teren od Gdańska po Elbląg, od Sopotu po odległe osady na Żuławach. Odbudował kościół ze zniszczeń wojennych, nadał mu nowe wezwanie — Kościół Zbawiciela (pw. Zbawiciela) — i stworzył wspólnotę, która pomimo znikomej liczebności zachowała żywą tradycję luterańską.

Dietz był typowym przedstawicielem pokolenia polskich duchownych ewangelickich, którzy w warunkach PRL-u musieli łączyć w sobie rolę pastora, administratora, dyplomaty i — niekiedy — obrońcy praw mniejszości wyznaniowej. Nawiązywał kontakty z rozproszonymi wiernymi na rozległym terenie, organizował objazdy duszpasterskie, odprawiając nabożeństwa w prywatnych domach, w dawnych szkołach parafialnych, w zaadaptowanych pomieszczeniach. Jego dziełem była sieć punktów duszpasterskich, dzięki której ewangelicy rozsiani po całym Pomorzu mogli przynajmniej od czasu do czasu uczestniczyć w nabożeństwie, przyjąć komunię, ochrzcić dziecko.

Autochtoniczni ewangelicy: ci, którzy zostali

Wśród nowych polskich ewangelików na Pomorzu znalazła się jeszcze jedna, specyficzna grupa: tzw. autochtoni — rdzenni mieszkańcy regionu, którzy pomyślnie przeszli „weryfikację narodowościową” i zostali uznani za Polaków. Na Pomorzu Gdańskim — w odróżnieniu od Mazur czy Górnego Śląska, gdzie autochtonów były dziesiątki tysięcy — ta grupa była niewielka: obejmowała głównie Kaszubów, którzy przed wojną identyfikowali się jako Polacy (lub przynajmniej nie identyfikowali się jednoznacznie jako Niemcy), oraz nielicznych mieszkańców mieszanych rodzin polsko-niemieckich.

Wśród autochtonów byli także ewangelicy — ci Kaszubi ewangeliccy, o których pisaliśmy w rozdziałach poświęconych XIX wiekowi, oraz pojedyncze osoby z rodzin mieszanych wyznaniowo. Ich sytuacja po 1945 roku była szczególnie trudna: jako ewangelicy w katolickim otoczeniu byli „podejrzani” (bo ewangelicyzm kojarzył się z niemczyzną), ale jako autochtoni z korzeniami na Pomorzu dysponowali czymś, czego brakowało osadnikom z centralnej Polski: ciągłością — ciągłością miejsca, pamięci, przynależności.

Autochtoni ewangeliccy — tam, gdzie ich przetrwanie było możliwe — stanowili pomost między dawnym a nowym światem. Znali lokalne tradycje, pamiętali nazwy wsi i poldrów, wiedzieli, jak funkcjonował system odwadniania na Żuławach, pamiętali nabożeństwa w dawnych kościołach. Ich pamięć — niekiedy niechciana, niekiedy podejrzana — była bezcennym zasobem, którego znaczenie doceniono dopiero dziesięciolecia później, gdy „powrót pamięci” stał się procesem społecznie akceptowanym.

Diecezja Mazurska i diaspora

Parafia sopocka nie istniała w próżni — była częścią szerszej struktury Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce, który po 1945 roku przeszedł gruntowną reorganizację. Już w 1945 roku w Łodzi zebrali się ocaleli pastorzy i powołali ks. Jana Szerudę na tymczasowego zwierzchnika Kościoła. W 1948 roku dokonano nowego podziału na diecezje, wyznaczono ich władze i objęto opieką duszpasterską nowe parafie na Ziemiach Zachodnich i Północnych.

Struktura diecezjalna, w ramach której funkcjonowała parafia gdańsko-sopocka, zmieniała się z biegiem lat — ale istotą było to, że Pomorze Gdańskie stanowiło część rozległej diaspory: diecezji obejmującej ogromne tereny, na których polscy ewangelicy stanowili znikomą mniejszość. Pastor obsługujący Trójmiasto musiał jednocześnie docierać do wiernych w Elblągu, na Żuławach, a niekiedy nawet dalej — bo diaspora nie uznaje granic administracyjnych. Tam, gdzie jest choćby jeden wierny, tam powinien dotrzeć pastor — a wiernych, rozrzuconych po dawnych niemieckich miastach i wsiach Pomorza, było wielu, choć nielicznych.

Kościół ewangelicko-augsburski w Trójmieście

Życie polskich ewangelików na Pomorzu w okresie PRL było naznaczone kilkoma charakterystycznymi rysami, które odróżniały ich doświadczenie zarówno od doświadczenia katolickiej większości, jak i od doświadczenia ich współwyznawców w innych regionach Polski.

Po pierwsze — izolacja. Byli mniejszością w podwójnym sensie: mniejszością religijną w katolickim otoczeniu i mniejszością w obrębie własnego Kościoła, którego centrum — Warszawa — było daleko, a zasoby — ograniczone. Na niedzielnym nabożeństwie w kościele Zbawiciela w Sopocie gromadziło się kilkadziesiąt osób — w budynku zaprojektowanym na kilkaset. Pustka ławek była fizycznym przypomnieniem o tym, jak bardzo protestantyzm na Pomorzu skurczył się w porównaniu z przedwojennymi czasami.

Po drugie — problemy majątkowe. Kwestia własności dawnych protestanckich nieruchomości kościelnych nie została nigdy jednoznacznie rozwiązana w PRL. Wiele budynków formalnie należących do Kościoła ewangelickiego zostało przejętych przez państwo, przez Kościół katolicki lub przez spółdzielnie mieszkaniowe — i ich odzyskanie wymagało lat procesów sądowych, interwencji, petycji. Biernat z goryczą pisał o „kościelnej wędrówce” gdańskich ewangelików — o ciągłym szukaniu miejsca, w którym mogliby się modlić, w mieście, które niegdyś było jednym z największych ośrodków luteranizmu w Europie.

Po trzecie — kwestia tożsamości. Polscy ewangelicy na Pomorzu musieli ciągle odpowiadać na pytanie: kim jesteście? Nie byli Niemcami — mówili po polsku, czuli się Polakami, wielu z nich walczyło w polskim wojsku lub w ruchu oporu. Ale byli protestantami — co w polskiej kulturze, gdzie katolicyzm splótł się z tożsamością narodową w nierozerwalny węzeł, było postrzegane jako coś co najmniej niezwykłego, a niekiedy podejrzanego. „Jak to, Polak i ewangelik?” — to pytanie, które wielu z nich słyszało wielokrotnie i na które musieli ciągle od nowa odpowiadać, cierpliwie tłumacząc, że luteranizm w Polsce ma tradycję sięgającą XVI wieku, że polscy reformatorzy działali w Gdańsku, Toruniu i Poznaniu, że konfederacja warszawska z 1573 roku — jeden z najważniejszych dokumentów polskiej historii — gwarantowała wolność wyznania.

Kościół ewangelicki w PRL: między tolerancją a marginalizacją

Kościół Ewangelicko-Augsburski w PRL funkcjonował w warunkach, które można określić jako „tolerancję przez zaniedbanie”. W odróżnieniu od Kościoła katolickiego — który komunistyczne władze postrzegały jako głównego ideologicznego przeciwnika, potężną instytucję zdolną do mobilizacji milionów i podważenia monopolu partii na „rząd dusz” — protestanci byli mniejszością tak małą, że nie stanowili dla władz żadnego zagrożenia.

Ta „niewidoczność” miała swoje zalety i wady. Z jednej strony, Kościół ewangelicki nie doświadczał tych form prześladowania, które spotykały katolików: nie aresztowano pastorów, nie konfiskowano mienia kościelnego na masową skalę, nie prowadzono kampanii propagandowej wymierzonej w protestantyzm. Władze komunistyczne niekiedy wręcz instrumentalnie popierały mniejszości protestanckie — jako przeciwwagę dla potężnego Kościoła katolickiego, jako dowód na „wolność wyznania” w PRL.

Z drugiej strony — „niewidoczność” oznaczała marginalizację. Protestantyzm nie istniał w świadomości publicznej: nie uczono o nim w szkołach, nie wspominano w mediach, nie uwzględniano w planowaniu urbanistycznym. Gdy w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych likwidowano protestanckie cmentarze, nikt nie protestował — bo nikt nie wiedział, że to cmentarze protestanckie, bo nikt nie wiedział, że protestantyzm na Pomorzu ma pięciowiekową historię.

Życie parafialne było skromne, ale autentyczne. Dom parafialny przy kościele Zbawiciela w Sopocie — z pomieszczeniami na katechezę, chór, zebrania stowarzyszeń ewangelickich, a także z przedszkolem i mieszkaniami dla emerytowanych duchownych i diakonis — stanowił centrum wspólnoty. Tu przygotowywano młodzież do konfirmacji, tu spotykały się koła biblijne, tu organizowano wieczory wspólnotowe, na których przy kawie i cieście rozmawiano o Biblii, o historii, o tym, jak być ewangelikiem w Polsce.

Konfirmacja, chrzty i pogrzeby: życie sakramentalne mniejszości

Życie sakramentalne małej wspólnoty ewangelickiej na Pomorzu w epoce PRL miało swój specyficzny koloryt, wynikający z warunków, w których mniejszość funkcjonowała. Konfirmacja — uroczysty obrzęd potwierdzenia wiary, odpowiednik katolickiego bierzmowania — była dla młodych polskich ewangelików na Pomorzu wydarzeniem o szczególnym znaczeniu. W społeczeństwie, w którym niemal wszyscy rówieśnicy przystępowali do Pierwszej Komunii Świętej, konfirmant był wyjątkiem — wyróżniającym się, niekiedy narażonym na niezrozumienie kolegów, ale też dumnym ze swojej odrębności.

Przygotowanie do konfirmacji — nauka katechizmu, historii biblijnej, tradycji reformacyjnej — prowadził pastor osobiście, zwykle w małych grupach liczących kilkoro, rzadko kilkanaścioro młodych ludzi. W porównaniu z katolickimi grupami przygotowującymi się do bierzmowania — liczącymi dziesiątki, niekiedy setki osób — konfirmacyjna klasa ewangelicka była intymna, niemal rodzinna. Ta intymność miała swoje zalety: pastor znał każdego konfirmanta osobiście, mógł dostosować nauczanie do jego możliwości i pytań. Miała też swoje wady: brak rówieśniczej wspólnoty, poczucie izolacji, niekiedy — poczucie dziwactwa.

Chrzty odprawiano w kościele Zbawiciela w Sopocie lub — w przypadku wiernych mieszkających daleko — w domach prywatnych, gdzie pastor, przyjeżdżając na wizytę duszpasterską, chrzcił niemowlę z wody i w imię Trójcy Świętej. Śluby ewangelickie — rzadkie, bo w morzu katolickiego społeczeństwa trudno było znaleźć ewangelickiego partnera — bywały niekiedy ślubami mieszanymi: z katolikiem lub katoliczką, co rodziło dodatkowe komplikacje (gdzie ślub? który duchowny? w jakim wyznaniu wychowywać dzieci?).

Pogrzeby ewangelickie — odprawiane na cmentarzach komunalnych, bo odrębnych cmentarzy ewangelickich na Pomorzu praktycznie nie było — odróżniały się od katolickich liturgią, modlitwami i pieśniami. Chorały Lutra — „Warownym grodem jest nasz Bóg” przy pogrzebie bojownika o wiarę, „Jezus, ma radość” przy pogrzebie cichego wiernego — rozbrzmiewały na cmentarzach, zaskakując niekiedy katolickich sąsiadów, którzy po raz pierwszy słyszeli inną tradycję modlitwy za zmarłych.

Mazurzy i Ślązacy: współtwórcy pomorskiej wspólnoty

Wśród polskich ewangelików, którzy po 1945 roku osiedlili się na Pomorzu Gdańskim, szczególną grupę stanowili Mazurzy — protestanccy Polacy z południowej części dawnych Prus Wschodnich. Mazurzy — lud o skomplikowanej tożsamości, posługujący się polskim dialektem, ale wychowany w pruskiej szkole, luterański z wyznania, ale niechętny zarówno polskiej, jak i niemieckiej państwowości — znaleźli się po 1945 roku w sytuacji tragicznej. Na Mazurach, ich ziemi ojczystej, poddani byli presji weryfikacyjnej (musieli „udowadniać” swoją polskość), szykanom, a niekiedy represjom. Wielu wyemigrowało do Niemiec. Ci, którzy pozostali w Polsce, rozpraszali się po kraju — i część z nich trafiła na Pomorze Gdańskie, zasilając parafię ewangelicko-augsburską w Trójmieście.

Mazurzy wnosili do pomorskiej wspólnoty ewangelickiej specyficzną tradycję: tradycję polskojęzycznego luteranizmu, pielęgnowaną przez wieki na peryferiach pruskiego państwa. Ich pobożność — głęboka, konserwatywna, zakorzeniona w luterańskiej ortodoksji — różniła się od bardziej liberalnej pobożności ewangelików z centralnej Polski. Mazurskie pieśni kościelne, mazurska wymowa modlitw, mazurska tradycja „godzin budowania” — to wszystko wnosiło do parafii sopockiej barwy, których nie miała wcześniej.

Drugą ważną grupą byli ewangelicy ze Śląska Cieszyńskiego — regionu, w którym polski luteranizm miał najdłuższą i najsilniejszą tradycję. Cieszynianie — pewni swojej polsko-ewangelickiej tożsamości, nieobarczeni kompleksami mniejszościowymi, przyzwyczajeni do aktywnego życia parafialnego — wnosili do pomorskiej diaspory energię i organizacyjne doświadczenie, którego brakwało rozproszonym Mazurom i nielicznym ewangelikom z centralnej Polski.

Inne wspólnoty protestanckie

Obok Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego — największego i historycznie najstarszego Kościoła protestanckiego w Trójmieście — działały w okresie PRL także inne wspólnoty protestanckie, choć ich liczebność była jeszcze mniejsza.

Kościół Ewangelicko-Metodystyczny kontynuował działalność w Gdańsku, z siedzibą przy ulicy Grunwaldzkiej we Wrzeszczu. Metodyści — choć nieliczni — byli aktywną wspólnotą, prowadzącą nabożeństwa, grupy biblijne i działalność charytatywną. Ich tradycja w Gdańsku sięgała XIX wieku, gdy brytyjscy i amerykańscy misjonarze metodystyczni zakładali pierwsze zbory na Pomorzu.

Zbór Kościoła Chrześcijan Baptystów — kontynuujący w pewnym sensie tradycję przedwojennego baptyzmu gdańskiego — działał przez cały okres PRL, spotykając się w domach modlitwy o zmiennych lokalizacjach. Baptyści, z ich naciskiem na osobistą decyzję wiary i chrzest dorosłych, przyciągali ludzi poszukujących bardziej intensywnego doświadczenia religijnego niż to, które oferowały kościoły historyczne.

Zbór Adwentystów Dnia Siódmego — z kaplicą w Gdyni — również przetrwał okres PRL, prowadząc regularne nabożeństwa w soboty (siódmy dzień tygodnia, co odróżniało ich od innych chrześcijan) i szkoły sobotnie.

Zbory zielonoświątkowe pojawiły się w Trójmieście w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, początkowo jako nieformalne grupy modlitewne, stopniowo organizujące się w zbory afiliowane przy Zjednoczonym Kościele Ewangelicznym.

Kultura religijna i obrzędowość

Kultura religijna polskich ewangelików na Pomorzu w okresie PRL zachowywała elementy tradycji luterańskiej, dostosowane do warunków diaspory. Rok kościelny — z jego cyklem świąt, postów i okresów liturgicznych — strukturyzował życie wspólnoty: Adwent z wieczornymi nabożeństwami roratnymi (choć w luterańskim wydaniu, bez maryjnych elementów katolickich rorat), Boże Narodzenie z choinkę i kolędami (śpiewanymi po polsku, ale w luterańskim repertuarze: „Cicha noc”, „Przybieżeli do Betlejem”), Wielki Piątek jako najważniejsze święto roku (bo w luterańskiej tradycji Wielki Piątek — dzień Krzyża — ma pierwszeństwo przed Niedzielą Wielkanocną), Wielkanoc, Wniebowstąpienie, Zesłanie Ducha Świętego, Święto Reformacji 31 października.

Szczególne znaczenie miało Święto Reformacji — obchodzone 31 października, w rocznicę ogłoszenia 95 tez przez Marcina Lutra w 1517 roku. W małej wspólnocie sopockiej Święto Reformacji było okazją do potwierdzenia tożsamości: wyznaniowej, historycznej, wspólnotowej. Pastor głosił kazanie o znaczeniu reformacji, chór śpiewał „Warownym grodem jest nasz Bóg” — hymn Lutra, który jest dla ewangelików tym, czym „Boże, coś Polskę” dla polskich katolików — i wspólnota czuła, że należy do tradycji większej niż ona sama, tradycji sięgającej XVI-wiecznej Wittenbergi i XVI-wiecznego Gdańska.

Obrzędowość rodzinna — chrzty, konfirmacje, śluby, pogrzeby — stanowiła rdzeń życia sakramentalnego. W małej wspólnocie każde takie wydarzenie było wydarzeniem wspólnotowym: na chrzcie obecna była nie tylko rodzina, ale cała parafia; konfirmacja była świętem całej wspólnoty, nie tylko konfirmantów; pogrzeb ewangelicki gromadził wszystkich — bo gdy umierał jeden z nielicznych, brakło wszystkim.

Tradycja luterańskiej pieśni kościelnej — choralnej, wielozwrotkowej, śpiewanej przez całe zgromadzenie — zachowywała się w parafii sopockiej z zaskakującą żywotnością. Śpiewnik „Śpiewnik Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego” — opracowany w Warszawie, zawierający polskie przekłady klasycznych hymnów luterańskich — był podstawowym narzędziem wspólnej modlitwy. Pieśni Pawła Gerhardta w polskim przekładzie, chorały Marcina Lutra, pieśni adwentowe i pasyjne — cała ta tradycja muzyczna, kształtowana przez pięć wieków, trwała w Sopocie, choć wykonywana przez nieliczne głosy.

Ekumenizm i Solidarność

Ruch ekumeniczny — dialog między wyznaniami chrześcijańskimi — zyskał na Pomorzu w okresie PRL szczególny wymiar, wynikający ze specyfiki regionu. W mieście, w którym większość budynków kościelnych miała protestancką genezę, ale katolickich użytkowników, ekumenizm nie był abstrakcyjną ideą teologiczną, lecz codzienną rzeczywistością. Katolicki proboszcz, odprawiający mszę pod gotyckim sklepieniem zbudowanym przez luteranów, nieraz stawał przed pytaniem: czy ten budynek pamięta inne modlitwy? Czy te ściany niosą echo innych kazań?

Polska Rada Ekumeniczna — organizacja skupiająca Kościoły protestanckie i prawosławne w Polsce — miała na Pomorzu swoje struktury, choć ich działalność była ograniczona przez niewielką liczebność wspólnot. Spotkania ekumeniczne duchownych różnych wyznań — ewangelicko-augsburskiego, metodystycznego, baptystycznego, a niekiedy także katolickiego — odbywały się regularnie, choć w skromnej scenerii, bez rozgłosu, bez medialnej atencji.

W tym kontekście warto odnotować osobliwą sytuację dawnych obiektów kościelnych, które w okresie PRL pełniły funkcje świeckie. Niektóre z nich — zwłaszcza sale parafialne i domy diakonisek — zostały zamienione na instytucje państwowe: urzędy, biblioteki, szkoły. Inne służyły jako mieszkania komunalne, warsztaty rzemieślnicze, a nawet — w jednym przypadku — jako budynek miejskiego domu kultury. Te „przetworzone” obiekty protestanckiego dziedzictwa żyły podwójnym życiem: oficjalnie — jako instytucje świeckie; nieoficjalnie — jako budynki, których architektura (krzyżowe sklepienia, zamurowane nisze ołtarzowe, fragmenty inskrypcji biblijnych pod warstwami farby) zdradzała ich kościelną przeszłość.

Po 1989 roku niektóre z tych obiektów wróciły do użytku religijnego — inne pozostały w rękach świeckich właścicieli. Los każdego z nich jest osobną historią, wymagającą osobnych badań. Ale jako całość, te obiekty stanowią jeszcze jedno świadectwo dramatycznych losów protestantyzmu na Pomorzu — świadectwo przemian, w których budynki zmieniały funkcję, ale zachowywały formę, i w których forma — architektura, ornament, przestrzeń — niosła pamięć, nawet gdy o pamięć nikt nie dbał.

Szczególnym momentem był okres Solidarności (1980-1981) i stanu wojennego (1981-1983). Ruch Solidarności — choć w swojej masie katolicki, głęboko związany z Kościołem katolickim i postacią Jana Pawła II — miał wymiar ekumeniczny, który nie zawsze jest doceniany. Wśród działaczy Solidarności w Trójmieście byli także ewangelicy — nieliczni, ale obecni, wnoszący do ruchu perspektywę mniejszości wyznaniowej, wrażliwość na wolność sumienia, tradycję protestanckiego indywidualizmu. W kościele Zbawiciela w Sopocie — jak w wielu kościołach w Polsce — modlono się za internowanych i prześladowanych, niezależnie od ich wyznania.


✦ Zapytaj luteranów