Rozdział 17: Wielka zmiana 1945
Rozdział 17: Wielka zmiana 1945
Ostatnie nabożeństwo: marzec 1945
Nie wiemy, kiedy dokładnie odprawiono ostatnie protestanckie nabożeństwo w Gdańsku — ostatnie nabożeństwo tego nieprzerwanegociągu nabożeństw, który ciągnął się od 1525 roku. Być może było to w niedzielę 18 marca 1945 roku — gdy Gdańsk był już bombardowany, gdy artyleryjski ostrzał wzmagał się z dnia na dzień, gdy większość cywilów próbowała uciekać z miasta. A może nawet później — w jakimś piwnicu, w jakimś schronie, gdzie garść przerażonych ludzi skupiła się wokół pastora, który wśród grzmotu eksplozji czytał Psalm 46: „Bóg jest naszą ucieczką i siłą, pomocą w utrapieniach najpewniejszą”.
Historycy nie odnotowali tego momentu — bo w chaosie oblężenia nikt nie dokumentował nabożeństw. Ale ten moment musiał nastąpić: moment, w którym po raz ostatni w jednym z gdańskich kościołów — Mariackim, św. Jana, św. Katarzyny, a może w jakimś małym kościółku na przedmieściu — pastor wypowiedział formułę błogosławieństwa: „Pan niech ci błogosławi i strzeże cię. Pan niech rozjaśni oblicze swoje nad tobą i niech ci miłościw będzie. Pan niech obróci ku tobie oblicze swoje i niech ci da pokój.” (Lb 6, 24-26). Po raz ostatni — bo po tym nie było już ani kościoła, ani pastora, ani wiernych. Był tylko gruz, ogień i cisza.
Bilans zniszczeń: co ocalało?
W katastrofie 1945 roku — paradoksalnie — ocalały niektóre najcenniejsze zabytki. Zegar astronomiczny w kościele Mariackim, dzieło Hansa Düringera z 1464-1470 roku, przetrwał wojnę i do dziś zachwyca zwiedzających swoim astronomicznym mechanizmem, pokazującym pozycje Słońca, Księżyca i planet. Zachowała się — choć uszkodzona — gotycka Pieta z około 1430 roku, jedno z arcydzieł rzeźby XV-wiecznej. Ocaliał Sąd Ostateczny Hansa Memlinga — choć ten obraz, zrabowany przez gdańskich korsarzy w XV wieku i zabrany jako łup przez Armię Czerwoną w 1945, wrócił do Gdańska dopiero po negocjacjach.
Wiele elementów wyposażenia kościelnego zaginęło bez śladu — rozkradzionych, spalonych, wywiezionych, porzuconych. Nie wiemy dokładnie, co znajdowało się w kościołach, których wnętrza spłonęły — bo wojenna pożoga zniszczyła nie tylko przedmioty, ale także dokumentację. Inwentaryzacje z okresu Wolnego Miasta — prowadzone przez pruskich konserwatorów z typową skrupulatnością — pozwalają nam odtworzyć to, co straciliśmy. Ale odtworzyć na papierze — nie w rzeczywistości.
Jednym z najbardziej bolesnych strat była utrata archiwów kościelnych. Księgi metrykalne — chrzty, śluby, pogrzeby — prowadzone przez gdańskie parafie od XVI wieku stanowiły bezcenne źródło nie tylko dla historii Kościoła, ale także dla genealogii, demografii historycznej, historii społecznej. Część tych ksiąg przetrwała — przechowywana dziś w Archiwum Państwowym w Gdańsku — ale część spłonęła bezpowrotnie, zabierając ze sobą imiona i daty życia ludzi, których istnienie nie jest teraz poświadczone żadnym innym dokumentem.
Ucieczka i wypędzenie
To, co wydarzyło się na Pomorzu Gdańskim w 1945 roku, było nie tyle końcem rozdziału, ile końcem całej książki — całego tomu cywilizacji, pisanego przez cztery i pół stulecia. Masowa ucieczka i wypędzenie niemieckojęzycznej ludności — szacowane na setki tysięcy osób — oznaczało koniec społeczności, która od czasów reformacji stanowiła trzon protestanckiego życia regionu.
Ucieczka rozpoczęła się zimą 1944/1945, gdy Armia Czerwona zbliżała się do Pomorza. Kolumny uchodźców — kobiety, dzieci, starcy, bo mężczyźni byli na froncie — ruszały na zachód pieszo, wozami konnymi, niekiedy barkami po zamarzniętych kanałach żuławskich. Temperatura spadała do minus dwudziestu, minus trzydziestu stopni. Samoloty radzieckie ostrzeliwały kolumny uchodźców na drogach. Wielu nie przeżyło tej drogi — zamarznięci, zastrzeleni, zdeptani na zatłoczonych mostach, zatopieni, gdy lód pękał pod ciężarem wozów.
Ci, którzy nie zdążyli uciec lub nie chcieli opuścić ojczyzny, zostali po wojnie objęci systematycznym programem wysiedleń. Tzw. „dzikie wysiedlenia” z lata 1945 roku — prowadzone w chaosie, brutalnie, bez przygotowania — były szczególnie tragiczne. W Gdańsku pierwsze transporty ruszyły w lipcu 1945 roku: około trzech tysięcy Niemców z Sopotu, Oliwy i Nowego Portu zostało siłą zgromadzonych na stacji we Wrzeszczu, skąd pociąg złożony z sześćdziesięciu wagonów ruszył do Kostrzyna nad Odrą. Warunki transportu — bydlęce wagony, brak jedzenia i wody, brak opieki medycznej — powodowały, że wielu nie dotarło do celu podróży żywych.
Późniejsze wysiedlenia — zorganizowane na mocy decyzji konferencji poczdamskiej z sierpnia 1945 roku — były nieco bardziej uporządkowane, ale nie mniej tragiczne w swoich konsekwencjach. Pozostała ludność niemiecka została podzielona na kategorie: specjaliści, których zatrzymywano do czasu znalezienia polskich zastępców; zdolni do pracy na roli, kierowani do państwowych gospodarstw rolnych; niezdolni do pracy, wobec których „stosowano nacisk na przyspieszenie dobrowolnego wyjazdu”. Za tym biurokratycznym językiem kryło się ludzkie cierpienie — rozbijanie rodzin, konfiskowanie majątku, szykanowanie i poniżanie ludzi, którzy mieli jedną „winę”: urodzili się Niemcami.
Mennonici: koniec czterystuletniego rozdziału
Wśród wypędzonych z Pomorza była cała — bez reszty — społeczność mennonicka. Ci potomkowie holenderskich osadników, którzy od lat czterdziestych XVI wieku osuszali żuławskie bagna, budowali groble, uprawiali ziemię i modlili się w surowych domach modlitwy — odeszli zimą 1945 roku tak samo jak ich luterańscy sąsiedzi: pieszo, wozami, w mrozie, pod ostrzałem.
Klassen — sam potomek mennonitów żuławskich, piszący z perspektywy wygnańca — opisywał ten exodus z precyzją historyka i bólem człowieka, który opowiada o końcu własnego świata. „Żuławy”, pisał, „były dla mennonitów tym, czym Ziemia Obiecana dla Izraelitów — miejscem, które Bóg im dał, by je uprawiali i strzegli. Ale w odróżnieniu od Izraelitów, mennonici nigdy nie wrócili.”
Po mennonitach żuławskich zostały domy podcieniowe — Vorlaubenhäuser — te charakterystyczne budowle z drewnianym gankiem-arkadą, które stanowią dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów żuławskiego krajobrazu. Zostały cmentarze — zdewastowane, zarośnięte, z nagrobkami, na których holenderskie i dolnoniemieckie imiona powoli znikają pod mchem. Została pamięć — ale pamięć, która przez dziesięciolecia była niczyja, bo polscy osadnicy nie znali historii mennonitów, a mennoniccy wygnańcy nie mogli wrócić.
Dziś potomkowie żuławskich mennonitów żyją rozproszeni po całym świecie: w Niemczech, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Paragwaju, Brazylii. Niektórzy — ci z najstarszego pokolenia — pamiętają jeszcze język plautdietsch, pamiętają nazwy wsi, pamiętają pieśni śpiewane w domach modlitwy. Ich dzieci i wnuki — zasymilowani w nowych ojczyznach — wiedzą o żuławskich korzeniach coraz mniej. Za pokolenie pamięć prawdopodobnie zgaśnie całkowicie — tak jak zgasła pamięć o niderlandzkich korzeniach, z których mennonici żuławscy wyrośli pięć wieków wcześniej.
Wymiar duchowy katastrofy
Katastrofa 1945 roku miała wymiar nie tylko materialny i demograficzny — miała wymiar duchowy, który jest najtrudniejszy do opisania, ale być może najważniejszy. Przez czterysta lat protestantyzm na Pomorzu Gdańskim kształtował duchowy krajobraz regionu: jego etykę pracy, jego poczucie obowiązku, jego relację z Bogiem i z bliźnim. Protestanckie kazania głoszone z gdańskich ambon, protestanckie hymny śpiewane w żuławskich kościółkach, protestanckie modlitwy odmawiane w mennonickich domach zgromadzeń — to wszystko tworzyło duchową kulturę, która przenikała życie codzienne, nadawała mu sens i porządek, łączyła jednostki we wspólnoty, a wspólnoty — w naród.
I to wszystko skończyło się w ciągu kilku miesięcy. Nie zostało przezwyciężone w dyskusji teologicznej, nie zostało zastąpione inną tradycją duchową w procesie ewolucji — zostało po prostu wyrwane z korzeniami, jak drzewo wyrwane przez huragan. Na miejsce protestantyzmu nie przyszedł od razu katolicyzm — przyszła pustka. Pustka opuszczonych kościołów, pustka pozbawionych wiernych ław, pustka organów, na których nikt nie gra, ambon, z których nikt nie każe, chrzcielnic, w których nikt nie chrzci.
Dopiero z czasem — powoli, nierównomiernie, z trudem — pustka ta zaczęła się wypełniać. Katolickie nabożeństwa w dawnych protestanckich kościołach. Polskie pieśni w miejscu niemieckich chorałów. Nowe imiona na starych nagrobkach. Nowe życie w starych murach. Ale warstwa protestancka — jak warstwa geologiczna — pozostała pod spodem: niewidoczna z powierzchni, ale obecna, kształtująca podłoże, na którym buduje się nowe.
Statystyki katastrofy: próba bilansu
Próba bilansu demograficznego katastrofy 1945 roku na Pomorzu Gdańskim wymaga zestawienia kilku rzędów liczb, których precyzja jest z natury rzeczy ograniczona — bo w chaosie wojennym i powojennym dokładna ewidencja nie była możliwa.
Przed wojną — w 1939 roku — na terenie Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie mieszkało około 1,5 miliona Niemców, z czego zdecydowana większość była protestantami. W samym Wolnym Mieście Gdańsku (w granicach z 1920 roku) protestanci stanowili około 55% ludności — co przy całkowitej populacji około 408 000 (w 1939 roku, po włączeniu do Rzeszy) dawało około 220 000 osób.
Z tych setek tysięcy protestantów na Pomorzu Gdańskim po 1945 roku pozostało — praktycznie zero. Nie dlatego, że wszyscy zginęli — choć straty ludzkie były ogromne (szacowane na kilkadziesiąt tysięcy zabitych, zmarłych z głodu, z chorób i wyczerpania na drogach ucieczki). Większość przeżyła — ale na wygnaniu, w zachodnich strefach okupacyjnych Niemiec, a później w RFN, w NRD, w Austrii, w zamorskich krajach emigracji.
Na ich miejsce przybyli polscy osadnicy — szacowani na kilkaset tysięcy w pierwszych powojennych latach, stopniowo rosnący do populacji porównywalnej z przedwojenną. Wśród nich ewangelicy stanowili ułamek procenta. Parafia ewangelicko-augsburska w Sopocie-Gdańsku liczyła w latach pięćdziesiątych kilkaset osób — w mieście, które niegdyś liczyło ponad dwieście tysięcy protestantów. To jest skala katastrofy: nie stopniowy upadek, nie powolna erozja, lecz całkowita wymiana ludności wyznaniowej w ciągu kilku lat.
Ewakuacja pastorów
Pastorzy protestanccy dzielili los swoich parafian. Niektórzy uciekli wcześniej — ci, którzy mieli dość dalekowzroczności lub dość szczęścia, by zorganizować ewakuację w porę. Inni pozostali do końca, wierni przysiędze duszpasterskiej, że nie opuszczą swojego stada. Jeszcze inni zostali zatrzymani przez radzieckie lub polskie władze i zwolnieni dopiero po tygodniach lub miesiącach, w których doświadczyli aresztowań, przesłuchań, głodu i poniżenia.
Wśród pastorów, którzy opuścili Pomorze, byli ludzie, którzy poświęcili swoim parafiom dekady życia. Znali imiona każdego parafianina, chrzcili ich dzieci, żegnali ich rodziców, towarzyszyli im w radościach i w smutku. Dla nich utrata parafii była nie tylko utratą miejsca pracy — była utratą całego świata, w którym żyli, który budowali, który kochali. Pastor, który dwadzieścia lat służył wiejskiej parafii na Żuławach, który znał każdy zakątek swojego kościoła, każdą ryskę na chrzcielnicę, każdą melodię swoich organów — taki pastor, stojąc na peronie w zachodnioniemieckim mieście z jednym walizem w ręku, musiał czuć coś, czego nie da się opisać żadnym teologicznym pojęciem: bezdom — nie tylko fizyczny, ale duchowy.
Ci, którzy zdołali dotrzeć do zachodnich stref okupacyjnych Niemiec — a potem do nowo powstałej Republiki Federalnej — nieśli ze sobą pamięć o swoich parafiach, o swoich kościołach, o swoich wiernych. Wielu z nich organizowało na Zachodzie „parafie wypędzonych” (Vertriebenen-Gemeinden), w których dawni parafianie z Gdańska, Żuław czy Kaszub spotykali się, modlili i wspominali utraconą ojczyznę. Te „parafie wypędzonych” — istniejące niekiedy przez dziesięciolecia, stopniowo zanikające wraz z odchodzeniem pokolenia świadków — stanowią jeden z najbardziej wzruszających i najmniej znanych rozdziałów powojennej historii niemieckiego protestantyzmu.
Niektórzy pastorzy spisywali wspomnienia — kroniki swoich parafii, biografie swoich wiernych, opisy kościołów i plebanii, których już nie było. Te wspomnienia — napisane z perspektywy wygnańców, naznaczone żalem i nostalgią, ale niekiedy także zdumiewającą uczciwością wobec własnej przeszłości — stanowią cenne źródło historyczne, uzupełniające obraz, którego polskie archiwa nie mogą dostarczyć.
Polscy osadnicy wobec protestanckiego dziedzictwa
Na miejsce Niemców — ewangelików, katolików, żydów — przybyli osadnicy polscy: z centralnej Polski, z Kresów Wschodnich utraconych na rzecz ZSRR, z Wielkopolski, z Kieleckiego, z Lubelszczyzny. Byli w przytłaczającej większości katolikami. Przybywali do miast i wsi, które jeszcze niedawno tętniły życiem — a teraz stały puste, zniszczone, ograbione, naznaczone śladami wojny i exodusu.
Ich relacja z protestanckim dziedzictwem — z kościołami, cmentarzami, domami, przedmiotami — była złożona, ambiwalentna, zmieniająca się w czasie. W pierwszych miesiącach po wojnie dominował pragmatyzm czystego przetrwania: mieszkano, gdzie się dało, użytkowało się to, co było dostępne, nie pytając o proweniencję. Kościół luterański? Dobrze — będzie kościół katolicki. Plebania pastora? Dobrze — będzie mieszkanie dla rodziny osadników. Biblioteka parafialna? Niepotrzebna — bo po niemiecku, bo protestancka, bo „obca”.
Z czasem — gdy życie się stabilizowało, gdy lęk o przetrwanie ustępował miejsca potrzebie zakorzenienia — stosunek do protestanckiego dziedzictwa ewoluował. Niektórzy osadnicy — zwłaszcza ci z Kresów, którzy sami doświadczyli utraty ojczyzny — odczuwali swoistą empatię wobec dawnych mieszkańców: „my też straciliśmy domy, my też zostawiliśmy groby przodków za sobą”. Inni — zwłaszcza ci, którzy pamiętali wojnę i niemieckie zbrodnie — traktowali protestanckie dziedzictwo z niechęcią lub wrogością: „Niemcy zrabowali nasze domy — teraz mieszkamy w ich”. Jeszcze inni — może większość — po prostu nie myśleli o tym w kategoriach historycznych: mieszkali, żyli, pracowali, i nie zadawali sobie pytania, kto przed nimi mieszkał w tych samych murach.
Ta ambiwalencja — pomieszanie pragmatyzmu, empatii, niechęci i obojętności — kształtowała los protestanckiego dziedzictwa na Pomorzu przez dziesięciolecia. Nie było jednoznacznej decyzji o zniszczeniu — ale nie było też jednoznacznej decyzji o zachowaniu. Protestanckie dziedzictwo po prostu poddano działaniu czasu, zaniedbania i przypadku — i to, co przetrwało, przetrwało nie dzięki ludzkiej woli, lecz wbrew ludzkiej obojętności.
Opuszczone kościoły: co się z nimi stało?
Gdy ostatni niemieccy parafianie opuścili Pomorze Gdańskie — ci, którzy uciekli zimą 1945, ci, których wysiedlono latem i jesienią — po protestanckim Gdańsku, protestanckich Żuławach, protestanckim Powiślu pozostały puste kościoły. Setki budynków sakralnych — od gotyckich katedr po skromne wiejskie kapliczki — stały opuszczone, bez wiernych, bez pastorów, bez opieki. Co się z nimi stało?
Losy opuszczonych kościołów protestanckich na Pomorzu Gdańskim — to opowieść o pragmatyce, przypadku i (niekiedy) barbarzyństwie.
Przejęcie przez Kościół katolicki. Większość kościołów — zwłaszcza tych, które przetrwały wojnę w stanie nadającym się do użytku — została przejęta przez Kościół katolicki, który organizował parafie dla polskich osadników. To było rozwiązanie najbardziej naturalne: nowi mieszkańcy potrzebowali kościołów, kościoły stały puste, dekrety komunistycznych władz umożliwiały ich przekazanie. Kościół Mariacki w Gdańsku — luterański przez niemal cztery wieki — stał się katolicką bazyliką, jednym z największych kościołów katolickich w Polsce. Kościoły wiejskie na Żuławach — budowane dla luterańskiej liturgii, z centralną amboną i galeriami — stawały się kościołami katolickimi, w których trzeba było instalować tabernakula, konfesjonały i stacje drogi krzyżowej. Niekiedy elementy protestanckiego wyposażenia — luterańskie ołtarze, ambony, epitafia — zachowywano, traktując je jako zabytki; częściej usuwano je, zastępując katolickim wyposażeniem.
Zamiana na magazyny, warsztaty, sale. Część kościołów — zwłaszcza tych mniejszych, gorzej zachowanych lub niepotrzebnych nowym parafiom katolickim — została zamieniona na magazyny, warsztaty rzemieślnicze, a nawet stajnie. Na Żuławach, gdzie przed wojną istniała bardzo gęsta sieć parafialna, nie wszędzie było dość katolików, by obsadzić wszystkie kościoły — a te, które nie znalazły nowego „właściciela” religijnego, trafiały do użytku świeckiego.
Muzea i sale koncertowe. Nieliczne kościoły zyskały nowe życie jako instytucje kultury. Kościół św. Trójcy w Gdańsku — pofranciszkański, potem luterański — stał się częścią Muzeum Narodowego. Kościół św. Jana — odbudowany dopiero w latach dziewięćdziesiątych — pełni dziś funkcję sali wystawowo-koncertowej Nadbałtyckiego Centrum Kultury.
Ruina i rozbiórka. Część kościołów — zwłaszcza tych, które doznały poważnych zniszczeń wojennych — została po prostu porzucona i pozostawiona własnemu losowi. Bez dachu, bez okien, bez opieki, poddane działaniu deszczu, mrozu i wandali, stopniowo się rozpadały. Niektóre rozebrano celowo — jako źródło materiałów budowlanych (cegła, drewno, metal) potrzebnych do odbudowy innych obiektów. Inne stały przez dziesięciolecia jako ruiny, pokryte bluszczem i trawą, zapomniane przez nowych mieszkańców, którzy nie znali ich historii.
Przejmowanie świątyń: perspektywa katolicka
Proces przejmowania protestantyckich kościołów przez Kościół katolicki zasługuje na dokładniejsze omówienie, bo był to fenomen o skali niespotykanej w dziejach europejskiego chrześcijaństwa. W ciągu kilku lat — między 1945 a 1950 rokiem — setki kościołów, zbudowanych i wyposażonych dla luterańskiej liturgii, zostały zaadaptowane do liturgii katolickiej. Skala tego procesu na Pomorzu Gdańskim była porówywalna tylko z tym, co działo się jednocześnie na Dolnym Śląsku, Warmii i Mazurach.
Adaptacja nie była sprawą prostą. Kościoły luterańskie — z ich centralnie umieszczoną amboną, galeriami zwiększającymi liczbę miejsc, przestrzennymi nawami bez bocznych kaplic — były zaprojektowane według zupełnie innej logiki liturgicznej niż kościoły katolickie. W kościele luterańskim centrum stanowiła ambona — bo kazanie było najważniejszym elementem nabożeństwa. W kościele katolickim centrum stanowił ołtarz — bo Eucharystia, sprawowana przy ołtarzu, była istotą mszy. Galerie — typowy element luterańskiej architektury, służący pomieszczeniu większej liczby wiernych, którzy mieli słyszeć kazanie — w kościele katolickim nie miały funkcji liturgicznej.
Trzeba było więc: zainstalować tabernakulum (naczynia z konsekrowanym chlebem eucharystycznym, które w luteranizmie się nie przechowuje), ustawić konfesjonały (bo luteranie nie znają sakramentalnej spowiedzi usznej), dodać stacje drogi krzyżowej (bo droga krzyżowa jest nabożeństwem katolickim, nie protestantyckim), umieścić figury i obrazy Matki Bożej i świętych (bo protestantyzm odrzuca kult świętych). Niekiedy luterańskie ambony przesuwano z centralnego miejsca na bok, ustępując miejsca nowemu ołtarzowi. Niekiedy zachowywano je na miejscu — bo były piękne i zabytkowe — ale ich symboliczna rola się zmieniała.
Dla polskich katolików, którzy przejmowali te kościoły — osadników z centralnej Polski, Kresów Wschodnich, Wielkopolski — kościoły te były jednocześnie schronieniem i obcością. Schronieniem — bo każda wspólnota katolicka potrzebowała miejsca do sprawowania mszy, a te budynki stały puste i czekały na nowe życie. Obcością — bo ich architektura, ich estetyka, ich „duch” były inne niż to, do czego przywykli. Kościoły „protestanckie” miały w sobie coś surowego, racjonalnego, pozbawionego tej ciepłej, niekiedy przeładowanej ornamentyką zmysłowości, która charakteryzowała polskie kościoły katolickie.
Z biegiem lat katoliccy parafianie oswajali się ze „swoimi” kościołami — dobudowywali nowe elementy, malowali wnętrza, instalowali organy, fundowali witraże. Kościoły, które przez wieki były luterańskie, stawały się katolickimi nie tylko prawnie, ale i atmosferą, duchem, codziennym użytkowaniem. Ale ich gotyckie mury — te ceglane ściany, budowane w XV, XVI, XVII wieku przez luterańskich rzemieślników — zachowywały w sobie pamięć, którą nikt nie mógł wymazać.
Kościoły jako schronienie: wiosna i lato 1945
W chaosie wiosny 1945 roku — gdy Gdańsk był morzem ruin, gdy ulice zalegały gruzem, gdy nie było ani prądu, ani wody, ani władzy — kościoły, te które przetrwały, pełniły funkcję, do której nie były projektowane: schronisk. W ich murach — masywnych, ceglanych, zdolnych oprzeć się pożarom, których nie opierały się drewniane kamieniczki — chronili się ludzie: ci Niemcy, którzy nie zdążyli uciec, polscy osadnicy, którzy zaczynali napływać, radzieccy żołnierze szukający suchego kąta. Kościół — budynek, którego sakralny charakter w pewien sposób chronił go przed najgorszym (choć nie zawsze) — stawał się azylem, szpitalem polowym, magazynem, a niekiedy — kwaterą wojskową.
W kościele Mariackim — tym kolosie, którego mury przetrwały pożar dachu — przez pewien czas przebywali żołnierze radzieccy. Ślady ich pobytu — napisy cyrylicą na ścianach, resztki ognisk na posadzce — można było zobaczyć jeszcze przez lata. W innych kościołach przechowywano zrabowane mienie, gromadzono żywność, a niekiedy — przetrzymywano jeńców. Budynki, które przez wieki służyły modlitwie, w tym jednym, apokaliptycznym roku 1945 służyły przetrwaniu — służyły życiu w najbardziej elementarnym sensie tego słowa.
Z biegiem tygodni i miesięcy — gdy sytuacja się stabilizowała, gdy polskie władze przejmowały administrację, gdy kościoły zaczynano przekazywać katolickim parafiom — ta nadzwyczajna funkcja kościołów jako schronisk zanikała. Ale pamięć o niej pozostała — przynajmniej u tych, którzy tego doświadczyli. Kościół, który był schronieniem w chwili ostatecznego zagrożenia, nabierał innego znaczenia niż kościół, który jest tylko miejscem niedzielnego nabożeństwa. Stawał się miejscem, w którym można się schować — dosłownie i metaforycznie — gdy świat się wali.
Losy wyposażenia kościelnego
Los protestanckiego wyposażenia kościelnego — ołtarzy, ambon, chrzcielnic, organów, epitafiów, ław, świeczników, paramentów liturgicznych — był różny i nie zawsze jednoznacznie zły. Niektóre elementy wyposażenia przetrwały, zaadaptowane przez katolickich użytkowników lub zachowane jako zabytki. Inne zaginęły — zniszczone w pożarach wojennych, rozkradzione przez szabrowników, usunięte w trakcie katolicyzacji wnętrz, użyte jako materiał opałowy w surowych powojennych zimach.
Organy — te wspaniałe instrumenty, budowane przez renomowanych organmistrzów z Gdańska, Elbląga i Rzeszy — miały los szczególnie dramatyczny. Niektóre spłonęły w 1945 roku wraz z kościołami. Inne przetrwały wojnę, ale popadły w ruinę z braku konserwacji — bo nowi użytkownicy albo nie mieli organistów, albo nie mieli pieniędzy na utrzymanie skomplikowanych instrumentów. Jeszcze inne zachowały się w dobrym stanie — zwłaszcza w kościołach wiejskich, gdzie warunki wojny były łagodniejsze — i służą do dziś, grając Bacha i Mendelssohna na katolickich nabożeństwach, tak jak niegdyś grały na luterańskich.
Epitafia — te okazałe tablice pamiątkowe, poświęcone zmarłym parafianom, z portretami, herbami, cytatami biblijnymi i datami życia — zachowały się w wielu gdańskich kościołach. W kościele Mariackim, w kościele św. Trójcy (dziś muzeum), w niektórych kościołach wiejskich — wszędzie tam można zobaczyć twarze dawnych parafian, ich imiona i nazwiska, fragmenty ich życiowej historii, zatrzymane w kamieniu i drewnie. Te epitafia — milczące, ale wymowne — stanowią jedno z najcenniejszych świadectw protestanckiego dziedzictwa Pomorza.
Los cmentarzy protestanckich
Los cmentarzy protestanckich na Pomorzu Gdańskim po 1945 roku jest jednym z najbardziej bolesnych rozdziałów tej historii — rozdziałem, o którym przez dziesięciolecia wolano milczeć i który dopiero w ostatnich latach zaczął być uczciwie opowiadany.
Gdańsk przed wojną miał kilkadziesiąt cmentarzy — protestanckich, katolickich, żydowskich, mennonickich. Po 1945 roku, gdy odeszła niemiecka ludność, cmentarze protestanckie — te miasta umarłych, w których spoczywały pokolenia gdańskich luteranów — znalazły się w próżni prawnej i instytucjonalnej. Nie było nikogo, kto by o nie dbał: dawni parafianie wyjechali, nowi mieszkańcy nie czuli się z nimi związani, władze komunistyczne traktowały je jako niepotrzebny relikt „obcego” dziedzictwa.
Już w 1945 roku pochówki na gdańskich cmentarzach wymknęły się spod kontroli — w chaosie wojennym chowano, gdzie się dało, bez rejestracji, bez porządku. Dekret Rady Krajowej z 5 września 1945 roku komunalizował wszystkie cmentarze z wyjątkiem tych, które pozostawały własnością parafii — ale w praktyce nikt nie dbał o cmentarze, które nie należały do żadnej istniejącej parafii. Cmentarze przy Wielkiej Alei i większość mniejszych cmentarzy śródmiejskich zamknięto już w 1946 i 1947 roku. Do czasu ich fizycznej likwidacji na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku stopniowo zarastały trawą i krzewami.
Likwidacja cmentarzy — przeprowadzona na masową skalę w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych — była procesem systematycznym i brutalnym. Nagrobki usuwano, mogiły niwelowano, teren przeznaczano pod budowę bloków mieszkalnych, parków lub parkingów. Z krajobrazu Gdańska zniknęło w ten sposób dwadzieścia siedem cmentarzy różnych wyznań. Kamienie nagrobne — niekiedy piękne, rzeźbione w piaskowcu lub marmurze — niszczyono, używano jako materiał budowlany lub po prostu wywożono na wysypiska.
Na Żuławach proces ten przebiegał nieco inaczej — mniej systematycznie, ale nie mniej destrukcyjnie. Cmentarze wiejskie — te małe, otoczone lipami lub dębami, nekropolie przy wiejskich kościółkach — były dewastowane stopniowo: nagrobki przewracano, napisy niemieckie skuwano, metalowe ogrodzenia demontowano na złom. Niektóre cmentarze zaorywano, zamieniając je w pola uprawne. Inne zarastały drzewami i krzewami, aż stały się nierozpoznawalne — anonimowymi kępami zieleni, pod którymi spoczywały pokolenia luterańskich i mennonickich chłopów.
Ten proces — celowej lub mimowolnej destrukcji protestantckiego dziedzictwa sepulkralnego — był jednym z najtragiczniejszych aspektów powojennej „wymiany ludności” na Pomorzu. Nie chodziło tu tylko o kamienie i kości — chodziło o pamięć. Likwidując cmentarze, likwidowano ostatnie materialne ślady obecności ludzi, którzy przez wieki mieszkali na tej ziemi, uprawiali ją, budowali kościoły, rodzili dzieci i kładli się do wiecznego snu w cieniu wież, które sami wznieśli. To było — niezależnie od intencji, które bywały różne: od ideologicznej wrogości po zwykłe niedbalstwo — wymazywanie pamięci.