Ewangelicy Pomorza nie byli tylko Niemcami. Byli Kaszubami i Słowińcami, polskojęzycznymi mieszczanami Gdańska, ludźmi, którzy modlili się w językach, jakie im potem odebrano. Sześć opowieści o tym, kim byli — i jak zostali zapomniani.
Gdy na Pomorzu mówi się „ewangelik", słyszy się „Niemiec". A pierwszą pieśń Marcina Lutra wydrukowano tu po kaszubsku — w roku 1586.
Doszła czterema drogami: przez tłum pod dębem na cmentarzu św. Gertrudy, przez zastawione klasztorne dobra, przez kupiecką fundację i przez decyzję pana wsi.
W Smołdzinie pastor tłumaczył Katechizm Lutra na kaszubski. W Gdańsku ostatni polski kaznodzieja głosił kazania przy kościele Świętej Trójcy — aż do roku 1855.
W 1842 roku w Zezenowie do komunii przystąpiło stu pięćdziesięciu jeden Kaszubów. W 1877 roku — ani jeden. Nikt nie wyemigrował. Nikt nie wymarł. Szkoła i kościół zrobiły swoje.
Po ludziach, którzy modlili się tu po kaszubsku i po polsku, pozostał park miejski, tartak na grobach albo pusty plac. I zdanie: „tu byli Niemcy".
Ewangeliccy sąsiedzi upomnieją się za katolickim księdzem aresztowanym przez gestapo. A trzy wieki wcześniej odebrano im osiem z dziesięciu kościołów. Obie opowieści są prawdziwe.