5.12. *Statuta Sigismundi* — analiza dokumentu
5.12. Statuta Sigismundi — analiza dokumentu
Dokument wydany przez Zygmunta I po pacyfikacji — znany jako Statuta Sigismundi — zasługuje na bliższą analizę, bo stanowił on formalne ramy, w których gdańskie życie religijne miało się odtąd toczyć (choć, jak zobaczymy, ramy te okazały się nieskuteczne).
Statuta nakazywały przywrócenie katolicyzmu jako jedynego dozwolonego wyznania w mieście. Luterańscy kaznodzieje mieli opuścić Gdańsk w ciągu dwudziestu czterech godzin — pod karą śmierci. Wierni, którzy przyjęli nową wiarę, mieli czternaście dni na „powrót do owczarni” — lub na opuszczenie miasta. Klasztory miały zostać przywrócone, a mienie kościelne — zwrócone.
W praktyce Statuta były niewykonalne. Wydalenie z miasta kilku tysięcy luteranów — a może i kilkunastu tysięcy, bo sympatyzantów reformacji było znacznie więcej niż jej jawnych wyznawców — oznaczałoby ekonomiczną katastrofę Gdańska. Rada miejska, przywrócona do władzy przez króla, prowadziła więc grę pozorów: oficjalnie deklarowała wykonywanie Statutów, w praktyce zaś przymykała oko na luterańskie nabożeństwa odprawiane prywatnie, na druki reformacyjne krążące po mieście, na coraz wyraźniejszą luteranizację kolejnych parafii.
Zygmunt I, mimo całej swojej surowości, był realistą. Wiedział — lub jego doradcy mu to uświadomili — że Gdańsk jest zbyt ważny ekonomicznie, by go zniszczyć w imię doktrynalnej czystości. Dlatego po pierwszej fali represji — egzekucjach, wygnaniu kaznodziejów — ton złagodniał. Król nie wrócił już do Gdańska, by sprawdzić, czy jego Statuta są przestrzegane — i nie wrócił zapewne dlatego, że wolał nie wiedzieć, co zastanie.
Ta gra pozorów — formalny katolicyzm na powierzchni, faktyczny luteranizm w głębi — trwała przez następne trzy dekady i stanowiła charakterystyczną cechę gdańskiego doświadczenia religijnego. Była frustrująca dla obu stron: katolicy widzieli, jak ich wiara staje się fasadą; luteranie musieli ukrywać swoją wiarę, jakby była czymś wstydliwym. Ale była też — w pewnym paradoksalnym sensie — twórcza, bo zmuszała obie strony do pragmatyzmu, do szukania rozwiązań modus vivendi, do unikania konfrontacji, która mogła zniszczyć miasto. Ten pragmatyzm — wyuczony w trzydziestu latach pozornej gry — stał się trwałym elementem gdańskiej kultury politycznej.