6.2. Reformacja od dołu — jak zmieniały się umysły
6.2. Reformacja od dołu — jak zmieniały się umysły
Historycy reformacji odróżniają reformację magisterialną (wprowadzaną odgórnie, decyzją władz) od reformacji ludowej (wyrastającej oddolnie, z przekonań i potrzeb zwykłych ludzi). W Gdańsku lat 1526-1557 mamy do czynienia z fascynującym przykładem tej drugiej formy — z „cichą rewolucją”, która dokonywała się nie na ulicach i w radzie miejskiej, lecz w domach, warsztatach i izbach cechowych.
Jak wyglądał ten proces w praktyce? Wyobraźmy sobie gdańskiego szewca z lat trzydziestych XVI wieku. W niedzielę rano idzie z rodziną do kościoła św. Katarzyny, gdzie odprawiana jest — oficjalnie — msza katolicka. Ale kaznodzieja, choć formalnie katolicki, mówi rzeczy, które brzmią dziwnie znajomo: cytuje Biblię po niemiecku, nawołuje do prostoty wiary, dystansuje się od kultu świętych. Po nabożeństwie szewc wraca do domu i — jeśli umie czytać — sięga po katechizm, który kupił na straganie przy Długim Targu. Wieczorem spotyka się z mistrzami cechowymi w domu cechowym, gdzie ktoś czyta głośno fragment pisma Lutra, przetłumaczonego z łaciny na niemiecki. Dyskutują — o odpustach, o czyśćcu, o tym, czy papież naprawdę jest głową Kościoła, czy tylko uzurpatorem.
Ten scenariusz — oczywiście uproszczony i schematyczny — oddaje jednak istotę procesu. Reformacja w Gdańsku lat 1526-1557 nie była dramatycznym zerwaniem, lecz stopniowym przesuwaniem. Przesuwaniem granic tego, co można było powiedzieć z ambony; przesuwaniem granic tego, co można było drukować i sprzedawać; przesuwaniem granic tego, co można było robić w domach i izbach cechowych. Każdy dzień, każdy tydzień, każdy miesiąc — to kolejne drobne przesunięcie, kolejny mały krok w kierunku, z którego nie było już odwrotu.
Rola kobiet w tym procesie zasługuje na osobną uwagę. Historycy reformacji przez długi czas pomijali kobiety jako aktorki przemian religijnych — skupiając się na kaznodziejach, teologach, rajcach, którzy byli niemal wyłącznie mężczyznami. Tymczasem to właśnie kobiety — matki, żony, siostry — były głównymi transmitorami nowej wiary w obrębie rodziny. To matka uczyła dziecko pierwszych modlitw; to żona czytała mężowi wieczorem fragment Biblii; to siostra przekazywała bratu książkę pożyczoną od sąsiadki. Bogucka zwracała uwagę, że luterańska reforma liturgii — z łaciny na język narodowy — miała szczególne znaczenie dla kobiet, które łaciny nie znały: po raz pierwszy mogły aktywnie uczestniczyć w nabożeństwie, rozumieć kazanie, śpiewać hymny. Ta „demokratyzacja sacrum” — choć Luter bynajmniej nie był feministą w nowoczesnym sensie — otwierała przed kobietami przestrzeń religijnego doświadczenia, z którego dotychczas były w znacznym stopniu wykluczone.