Czas Wielkanocy · tydzień 7 · kolor: bial

Rozdział 16: II wojna światowa (1939-1945)

13 min czytania

Rozdział 16: II wojna światowa (1939-1945)

I Wolne Miasto Gdańsk (1807-1814) a Kościoły

Warto na chwilę cofnąć się do pierwszego Wolnego Miasta Gdańska — tworu napoleońskiego z lat 1807-1814 — bo doświadczenia tego okresu w pewien sposób antycypowały sytuację z lat 1920-1939. Powstałe na mocy traktatu z Tylży Wolne Miasto Gdańsk było — podobnie jak jego wersalski następca — tworem niestabilnym, otoczonym przez potężnych sąsiadów, narażonym na wstrząsy polityczne i militarne.

Dla Kościołów gdańskich napoleoński epizod oznaczał krótkotrwały powrót do pewnej autonomii — bo francuska administracja, inspirowana laickim duchem rewolucji, nie ingerowała w sprawy kościelne tak głęboko jak pruska biurokracja. Pastorzy gdańscy, uwolnieni na chwilę od konsystorskiego nadzoru, mogli poczuć się znów samorządni — ale ta samorządność była raczej teoretyczna, bo realia wojennej destrukcji i ekonomicznej ruiny nie sprzyjały kościelnemu rozkwitowi.

Oblężenie Gdańska przez wojska rosyjskie w 1813 roku — długie, wyniszczające, zakończone kapitulacją francuskiego garnizonu — przyniosło kościołom znaczne zniszczenia. Budynki kościelne służyły jako szpitale polowe, magazyny amunicji, kwatery wojskowe. Dach kościoła Mariackiego — tego wspaniałego gotyckiego kolosu — został uszkodzony przez ostrzał artyleryjski. Na wsiach okolicznych kościoły padały łupem maruderów i szabrowników. Ta destrukcja — choć nieporównywalna z katastrofą 1945 roku — stanowiła bolesne doświadczenie, które wpisało się w zbiorową pamięć protestanckiego Gdańska: kościoły, budowane z kamienia i cegły na wieki, okazały się bezbronne wobec ludzkiej przemocy.

Ostatnie miesiące pokoju: lato 1939

Lato 1939 roku w Gdańsku było ostatnim latem pewnego świata. Kościoły ewangelickie — te gotyckie kolosy i neogotyckie budowle, które przez wieki stanowiły kręgosłup duchowy miasta — odprawiały nabożeństwa niedzielne jak zwykle. Chóry śpiewały, organy grały, pastorzy kazali. Ale atmosfera była naelektryzowana: wszyscy wiedzieli, że wojna jest kwestią tygodni. Na ulicach maszerowali żołnierze, w porcie kumulowały się okręty wojenne (w tym pancernik „Schleswig-Holstein”, oficjalnie złożający „wizytę kurtuazyjną”), w gazetach krzyczały nagłówki o „polskiej prowokacji” i „prześladowaniu Niemców na korytarzu”.

W kościołach — zwłaszcza w tych, gdzie dominowali Deutsche Christen — kazania przesiąkały retoryką wojenną. „Bóg jest z nami” — ta formuła, która zdobiła klamry pasów żołnierzy Wehrmachtu (Gott mit uns), pojawiała się na ambonach z coraz większą natarczywością. Pastorzy z Kościoła Wyznającego milczeli lub mówili ostrożnie, szukając w Biblii słów, które mogły być odczytane jako apel o pokój, nie narażając kaznodziei na oskarżenie o defetyzm.

Ostatnie niedzielne nabożeństwo przed wojną — 27 sierpnia 1939 roku — było niemal normalne. Pieśni, czytanie Biblii, kazanie, modlitwa, błogosławieństwo. Nikt nie wiedział, że za pięć dni świat eksploduje. Nikt nie wiedział, że za sześć lat większość tych kościołów będzie w ruinie, większość tych parafian będzie na uchodźstwie, a protestancki Gdańsk — ten Gdańsk, który istniał od 1525 roku — przestanie istnieć.

Wcielenie do Rzeszy

1 września 1939 roku — data, która zmieniła losy świata. O świcie tego dnia salwy z pancernika „Schleswig-Holstein” uderzyły w Westerplatte, rozpoczynając drugą wojnę światową. Gdańsk — Wolne Miasto, ten niestabilny twór wersalski — został natychmiast wcielony do Rzeszy Niemieckiej, stając się częścią Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie (Reichsgau Danzig-Westpreußen). Dla ludności polskiej i żydowskiej oznaczało to początek piekła: aresztowania, deportacje, egzekucje, konfiskaty mienia — cały arsenał nazistowskiego terroru spadł na nich z brutalną systematycznością.

Dla Kościoła ewangelickiego wcielenie do Rzeszy oznaczało formalne włączenie do struktur „kościoła Rzeszy” (Deutsche Evangelische Kirche) — tworu, w którym elementy tradycyjnego protestantyzmu przeplatały się z ideologią nazistowską w proporcjach zależnych od lokalnych układów sił. W Gdańsku, gdzie Deutsche Christen zdobyli dominację już w 1933 roku, inkorporacja nie wymagała dramatycznych zmian — Kościół był już w znacznej mierze „zharmonizowany” z nowym porządkiem.

Natychmiastową konsekwencją było zamknięcie polskiej parafii ewangelickiej — tej małej, ale symbolicznie ważnej wspólnoty polskich luteranów, która od 1929 roku prowadziła nabożeństwa po polsku. Polski pastor został aresztowany lub zmuszony do opuszczenia miasta. Polscy ewangelicy — o ile nie zostali deportowani jako Polacy — znaleźli się w sytuacji bez wyjścia: mogli albo uczęszczać na niemieckie nabożeństwa (co oznaczało akceptację okupacji), albo nie uczęszczać na żadne (co oznaczało rezygnację z życia religijnego). Większość wybrała to drugie — modląc się w domach, po cichu, bez pastora, bez sakramentów, bez wspólnoty.

Życie religijne pod okupacją: nazistowska ingerencja w liturgię

Wcielenie Gdańska do Rzeszy miało konkretne konsekwencje dla życia liturgicznego Kościoła ewangelickiego. Nazistowskie władze — choć oficjalnie głosiły „neutralność” wobec Kościołów — w praktyce wywierały systematyczną presję na treść kazań, formę nabożeństw i symbolikę religijną.

W kościołach gdańskich — tych, w których dominowali Deutsche Christen — pojawiały się flagi ze swastyką obok kościelnego krzyża. Nabożeństwa rozpoczynano niekiedy „Sieg Heil” zamiast tradycyjnego pozdrowienia liturgicznego. Hymn Horsta Wessela śpiewano po zakończeniu nabożeństwa, zaraz po błogosławieństwie. Modlitwy za Führera wpleciono w liturgię, obok tradycyjnych modlitw za władze zwierzchnie, które luterańska liturgia zawierała od czasów reformacji.

Te zmiany — pozornie zewnętrzne, formalne — miały głęboki wymiar teologiczny. W luterańskiej tradycji modlitwa za władze (Obrigkeit) była uzasadniona biblijnie (Rz 13) i nie budziła kontrowersji. Ale modlitwa za Führera — za człowieka, którego ideologia odrzucała fundamentalne zasady chrześcijaństwa — była czymś zupełnie innym. Pastorzy z Kościoła Wyznającego widzieli w tym bałwochwalstwo — oddawanie czci stworzeniu zamiast Stwórcy. Pastorzy z Deutsche Christen widzieli w tym harmonijne połączenie wiary i polityki. Większość — ta „szara strefa”, o której pisał Nowak — nie widziała nic, bo nie chciała widzieć.

Szczególnie kontrowersyjna była kwestia „paragrafu aryjskiego” (Arierparagraph) w prawie kościelnym. Deutsche Christen domagali się, by duchowni „niearyjskiego” pochodzenia — czyli ci, których rodzice lub dziadkowie byli Żydami, nawet jeśli sami duchowni byli ochrzczeni i wychowani jako chrześcijanie — zostali usunięci z urzędu. W Gdańsku — gdzie liczba takich duchownych była minimalna — kwestia ta miała znaczenie bardziej symboliczne niż praktyczne, ale jej symbolika była druzgocąca: Kościół, który dzieli swoich duchownych na „aryjskich” i „niearyjskich”, przestaje być Kościołem Chrystusa i staje się religijnym departamentem rasistowskiego państwa.

Pastorzy na froncie i w parafiach

Wybuch wojny miał natychmiastowy wpływ na obsadę parafii. Wielu pastorów — zwłaszcza młodszych — zostało powołanych do Wehrmachtu. Jedni służyli jako kapelani wojskowi (Militärseelsorger), drudzy — jako zwykli żołnierze. Pruska tradycja utożsamienia Kościoła z państwem sprawiała, że większość duchownych traktowała powołanie do wojska jako naturalny obowiązek obywatelski — nawet jeśli wewnętrznie mieli wątpliwości co do sprawiedliwości wojny.

W parafiach, zwłaszcza wiejskich, pojawiły się braki kadrowe. Jeden pastor obsługiwał niekiedy dwie, trzy, nawet cztery parafie — dojeżdżając rowerem lub konnym wozem między kościołami oddalonymi o kilkanaście, czasem kilkadziesiąt kilometrów. Nabożeństwa odprawiano rzadziej, wizyty duszpasterskie ograniczano do nagłych wypadków, nauka konfirmacyjna skracano. Życie parafialne — ten gęsty splot instytucji, tradycji i ludzkich relacji, który przez wieki stanowił tkankę społeczną protestantyzmu pomorskiego — zaczęło się rozpadać pod ciężarem wojny.

Ci pastorzy, którzy pozostali na miejscu, stawali przed dylematami moralnymi o szalonej intensywności. Jak głosić kazanie o miłości bliźniego, gdy na ulicach miasta aresztuje się Polaków i Żydów? Jak mówić o Bogu sprawiedliwym, gdy niesprawiedliwość jest wszechobecna? Jak modlić się o zwycięstwo — bo tego oczekiwały władze — wiedząc, że zwycięstwo to oznacza kontynuację terroru? Niektórzy pastorzy znajdowali odpowiedzi — jedni w kolaboracji, drudzy w cichym oporze, trzeci w ucieczce w liturgiczną rutynę, która pozwalała udawać, że nic się nie zmieniło. Ale nikt nie mógł udawać, że nic się nie zmieniło.

Kościół a prześladowania Żydów

Jednym z najtrudniejszych i najbardziej bolesnych pytań, które trzeba postawić gdańskiemu Kościołowi ewangelickiemu, jest pytanie o jego postawę wobec prześladowań Żydów. Odpowiedź nie jest jednoznaczna — ale jest w dużej mierze negatywna.

Wolne Miasto Gdańsk liczyło w 1924 roku ponad dziewięć tysięcy mieszkańców wyznania mojżeszowego — społeczność niewielką procentowo, ale ekonomicznie i kulturalnie znaczącą. Gdańscy Żydzi byli w znacznej mierze zasymilowani — mówili po niemiecku, uczęszczali do niemieckich szkół, identyfikowali się z kulturą niemiecką. Wielu z nich utrzymywało dobre stosunki z protestanckimi sąsiadami i współpracownikami.

Gdy po 1933 roku naziści rozpoczęli systematyczne prześladowania Żydów — bojkot ekonomiczny, „ustawy norymberskie”, pogromy — Kościół ewangelicki w Gdańsku milczał. Nie wydał żadnego oficjalnego protestu, nie potępił antysemickich ustaw, nie stanął w obronie prześladowanych. Milczenie to było szczególnie haniebne w przypadku tak zwanych „Żydów ochrzczonych” (getaufte Juden) — ludzi, którzy przyjęli chrzest w kościołach ewangelickich, którzy byli formalnymi członkami protestanckich parafii, ale których nazistowski reżim traktował jako Żydów ze względu na rasowe pochodzenie. Wobec tych ludzi — swoich własnych parafian — Kościół miał podwójną odpowiedzialność: jako wspólnota wiary i jako instytucja, która ich ochrzciła. I tej odpowiedzialności w zdecydowanej większości nie dotrzymał.

Czy byli indywidualni chrześcijanie — pastorzy, diakoniski, zwykli wierni — którzy pomagali prześladowanym Żydom? Prawdopodobnie tak, choć dokumentacja jest fragmentaryczna. Akty odwagi w czasach terroru nie są z reguły dokumentowane — bo dokumentacja oznaczałaby dowód, a dowód oznaczałby wyrok. Ale instytucjonalnie, jako Kościół, protestantyzm gdański zawiódł wobec swoich żydowskich bliźnich — i ta wina nie może być ani zapomniana, ani relatywizowana.

Kościół a zbrodnie na Pojakach i Kaszubach

Równie bolesne — choć rzadziej podnoszone w literaturze — jest pytanie o postawę Kościoła ewangelickiego wobec zbrodni popełnianych na polskiej i kaszubskiej ludności Pomorza po 1 września 1939 roku. Okręg Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie był sceną masowych egzekucji, deportacji i prześladowań Polaków i Kaszubów, przeprowadzanych przez Selbstschutz (samoobrona etniczna Niemców bałtyckich i pomorskich) i Einsatzgruppen. W Lasach Piaśnickich pod Wejherowem zamordowano w ostatnich miesiącach 1939 roku od dwunastu do czternastu tysięcy osób — Polaków, Kaszubów, pacjentów szpitali psychiatrycznych, Żydów.

Kościół ewangelicki — jako instytucja powiązana z niemieckim państwem i niemiecką wspólnotą narodową — nie potępił tych zbrodni. Pastorzy protestanccy, nawet jeśli nie uczestniczyli w mordach (a nie ma dowodów na bezpośredni udział duchownych), nie podnosili głosu w obronie ofiar. Niektórzy wiedzieli — bo w małych wsiach na Kaszubach i Pomorzu trudno nie wiedzieć, gdy sąsiadów aresztują w nocy i wywożą do lasu. Ale wiedzieć i milczeć — to decyzja moralna, za którą odpowiedzialność spada na tych, którzy ją podjęli.

Trzeba jednocześnie pamiętać o kontekście: strach. Pastorzy, którzy protestowaliby przeciwko polityce państwa, ryzykowali aresztowaniem, obozem koncentracyjnym, śmiercią. Niektórzy pastorzy z Kościoła Wyznającego w Rzeszy zapłacili za swój sprzeciw najwyższą cenę — Dietrich Bonhoeffer został powieszony w kwietniu 1945 roku. W Gdańsku takich przypadków nie dokumentujemy — ale to nie znaczy, że strach był mniejszy. Strach paraliżuje sumienie — i to jest być może najgłębsza prawda o relacji między Kościołem a zbrodnią w czasach totalitaryzmu.

Lata wojny: 1940-1944

W latach 1940-1944 Gdańsk — jako miasto tyłowe, oddalone od frontów — żył pozornie normalnym życiem. Kościoły były otwarte, nabożeństwa odprawiano regularnie, chrzty, śluby i pogrzeby odbywały się zgodnie z wielowiekową tradycją. Ale ta normalność była pozorna — pod jej powierzchnią czaił się strach, konformizm i cicha desperacja.

Kościoły odzwierciedlały atmosferę czasu: kazania były coraz bardziej ogólnikowe, unikające tematów mogących wzbudzić podejrzenia władz. Modlitwy za żołnierzy — tak, oczywiście; ale modlitwy za pokój? To mogło być uznane za defetyzm. Czytania biblijne dobierano ostrożnie — prorocy Starego Testamentu z ich gniewnym wołaniem o sprawiedliwość były niebezpieczni, bo mogli być odczytani jako krytyka obecnej władzy. Safer było trzymać się Nowego Testamentu, a nawet w nim — listów Pawła o posłuszeństwie wobec władzy (Rz 13, 1-7), nie zaś Kazania na Górze z jego wezwaniem do czynienia pokoju.

Z biegiem lat coraz bardziej dawała się odczuwać nieobecność mężczyzn — na froncie, w obozach jenieckich, w lazaretach. Ławki kościelne zapełniały się kobietami, starszymi ludźmi, dziećmi. Pastorzy coraz częściej odprawiali pogrzeby żołnierzy poległych na froncie — pogrzeby symboliczne, bo ciała leżały gdzieś na bezkresnych równinach Rosji, w piaskach Afryki, na dnie Atlantyku. Te pogrzeby — z pustą trumną, z flagą, z salwą honorową — były być może najdramatyczniejszymi nabożeństwami w historii gdańskiego protestantyzmu: kaznodzieja musiał znaleźć słowa pocieszenia dla matki, żony, dzieci, słowa, które nadałyby sens bezsensownej śmierci.

Zniszczenia 1945: koniec świata

Wiosna 1945 roku przyniosła gdańskim kościołom zniszczenia, których skala przekroczyła wszystko, co znano z dotychczasowej historii. Walki o Gdańsk — szturm Armii Czerwonej na bronione przez Wehrmacht miasto — trwały od początku marca do 30 marca 1945 roku. Wcześniej, już od połowy marca, miasto było nękane zmasowanymi nalotami bombowymi radzieckiego lotnictwa, do których dołączył się ostrzał artyleryjski.

Gdańsk płonął. Stare Miasto i Główne Miasto — te wspaniałe zespoły kamieniczek, ratuszów, bram i kościołów, które przez wieki zachwycały podróżników — spłonęły niemal doszczętnie. Śródmieście Gdańska zostało zniszczone w dziewięćdziesięciu procentach. Ponad sześć tysięcy domów przestało istnieć, około tysiąca trzystu budynków doznało bardzo poważnych uszkodzeń. Dwadzieścia z trzydziestu sześciu mostów i wiaduktów zostało zniszczonych. Ratusz Głównomiejski, Zbrojownia, Wielki Młyn, Żuraw — symbole gdańskiej świetności — legły w gruzach.

Kościoły — te wspaniałe gotyckie świątynie, które przez niemal pięć wieków stanowiły serce protestanckiego Gdańska — ucierpiały straszliwie. Spośród siedemnastu zabytkowych kościołów Starówki bardzo poważnie uszkodzonych zostało czternaście.

Kościół Mariacki — największy ceglany kościół na świecie, symbol Gdańska i symbol gdańskiego protestantyzmu — doznał poważnych zniszczeń. Spłonął dach, zawaliły się sklepienia, zniszczeniu uległa część wyposażenia wnętrza. Cudem ocalał zegar astronomiczny i część średniowiecznych ołtarzy — ale organy, ambony, ławki — elementy, które przez wieki służyły luterańskiej liturgii — spłonęły.

Kościół św. Jana — piękna gotycka bazylika ze wspaniałym ołtarzem Abrahama van den Blocke z 1611 roku — został zniszczony w dziewięćdziesięciu procentach. Kościół św. Katarzyny — najstarszy kościół Starego Miasta, z wielowiekową tradycją polskich nabożeństw luterańskich — spłonął. Kościoły św. Bartłomieja, św. Piotra i Pawła, św. Trójcy — każdy doznał zniszczeń mniejszych lub większych.

Na Żuławach zniszczenia były nierównomiernie rozłożone. Niektóre kościoły wiejskie — te małe, ceglane budowle z drewnianymi wieżami, które od wieków stanowiły centra życia parafialnego — przetrwały niemal nietknięte. Inne zostały uszkodzone w walkach lub celowo podpalone — przez wycofujących się Niemców lub przez nacierających Rosjan. Mennonickie domy modlitwy — te surowe, celowo niepozorne budynki — często przetrwały właśnie dlatego, że nie wyglądały na kościoły i nie przyciągały uwagi.

Ale zniszczenia materialne — jakkolwiek tragiczne — były tylko częścią katastrofy. Spalił się nie tylko cegła i drewno. Spaliły się organy, na których przez pokolenia grywano chorały Bacha. Spaliły się biblioteki parafialne, gromadzone przez wieki. Spaliły się archiwa — księgi metrykalne, protokoły sesji rad kościelnych, korespondencja pastorów — nieodwracalnie utracone świadectwa czterech stuleci protestantzkiej kultury. To, czego ogień nie zniszczył, często padło łupem szabrowników — żołnierzy radzieckich, ale także polskich osadników, którzy przybywali do zrujnowanego miasta w poszukiwaniu czegokolwiek, co miało jakąś wartość.

Los kościołów wiejskich: Żuławy, Kaszuby, Powiśle

O ile zniszczenia kościołów w samym Gdańsku są stosunkowo dobrze udokumentowane, o tyle los setek kościołów wiejskich na Żuławach, Kaszubach i Powiślu pozostaje w dużej mierze niezbadany. Walki toczone na wsi były z reguły mniej intensywne niż bitwa o Gdańsk — ale za to bardziej rozciągnięte w czasie i bardziej nieprzewidywalne.

Na Żuławach — tym płaskim, pozbawionym naturalnych osłon terenie — kościoły wiejskie bywały ostatnimi budynkami, w których szukali schronienia zarówno cywile, jak i żołnierze. Ceglane mury gotyckich kościółków dawały iluzję bezpieczeństwa — ale iluzję, bo artyleria Armii Czerwonej nie czyniła rozróżnień między celem wojskowym a sakralnym. Niektóre kościoły zostały trafione celowo — gdy służyły jako punkty obronne Wehrmachtu. Inne — przypadkowo, w chaosie walki, która nie uznawała świętości żadnego budynku.

Szczególnie bolesna była destrukcja dokonywana po zakończeniu walk. Radzieccy żołnierze — wyszkoleni w ateistycznym państwie, traktujący kościoły jako symbol „wrogiej” kultury — niekiedy celowo dewastowali wnętrza: niszczyli organy, strzelali do obrazów, rozbijali witraże, palili ławki kościelne na ogniskach. Te akty wandalizmu — dokonywane przez zwycięzców na budynkach pokonanych — nie miały żadnego uzasadnienia militarnego; były wyrazem zemsty, gniewu, a niekiedy zwykłego barbarzyństwa, które wojna wydobywa z ludzi niezależnie od ich munduru.

Na Kaszubach kościoły protestanckie — mniej liczne niż na Żuławach, bo Kaszuby były w większości katolickie — miały los osobliwy. Jako budynki „niemieckie” i „protestanckie” w regionie, w którym dominowali polskojęzyczni katolicy, nie budziły przywiązania nowych władz ani nowych mieszkańców. Niektóre przejął Kościół katolicki — rozszerzając swoją i tak dominującą sieć parafialną. Inne stały opuszczone, stopniowo niszczejąc — aż stawały się ruinami, nad którymi wyrastały brzozy i leszczyny.

Los duchownych

Straty ludzkie wśród duchowieństwa protestanckiego Pomorza Gdańskiego były trudne do oszacowania — i do dziś nie zostały w pełni udokumentowane. Wielu pastorów zginęło na froncie, powołanych do Wehrmachtu jak zwykli żołnierze. Ci, którzy pozostali w swoich parafiach, dzielili los swoich wiernych: bombardowania, ostrzał artyleryjski, radziecki terror. Niektórzy zginęli — zastrzeleni, zabici w bombardowaniach, zmarli z wyczerpania na drogach ucieczki. Inni przeżyli, ale utracili wszystko: parafie, domy, biblioteki, wspomnienia.

Szczególnie tragiczny był los pastorów, którzy pozostali ze swoimi wiernymi do końca — tych, którzy nie uciekli, którzy nie ewakuowali się, lecz postanowili trwać przy swoim stade. Gdy Armia Czerwona wkroczyła do ich wsi i miasteczek, stawali się ofiarami tego samego terroru co ich parafianie: rabunków, gwałtów, morderstw. Pastor — jako przedstawiciel niemieckiej elity, jako człowiek w czarnej todze, symbol tej kultury, którą zwycięzcy zamierzali zniszczyć — był szczególnie narażony.


✦ Zapytaj luteranów